Od pewnego czasu jestem sama. Jest mi z tym źle, ale nie dlatego, że kochałam mojego partnera, bo zrozumiałam, że jeszcze nie byłam nigdy zakochana - trafił się, czułam się samotna i zostaliśmy parą. Nigdy nie czułam motyli w brzuchu, wielkiego pożądania i poczucia, że oddałabym za tę osobę wszystko. Drugi raz popełniłam ten sam błąd i wiem, że nie mogę dopuścić do tego, że po raz kolejny będę z kimś, przy kim wcale nie czuję się dobrze, ale ważne, że w ogóle jest. Chcę być tym razem dużo ostrożniejsza, mówić o swoich potrzebach i wymagać tego, co sama też chcę dawać. No wszystko jest pięknie, ale w teorii. Widzę, że podświadomie rozglądam się wokół siebie - czy to w autobusie, czy na ulicy, czy na siłowni i wypatruję kogoś, kto mógłby mnie interesować. Wiem, że prawdziwa miłość przyjdzie, gdy nie będę się jej spodziewała - ten ostatni chłopak był właśnie taki "ustawiony" i nic dobrego mi to nie przyniosło. Tyle osób mi się dziwiło, że jestem w takich związkach - często słyszę, że jestem piękną, inteligentną dziewczyną, a wcale nie wyglądam na szczęśliwą i po co tracę czas na coś takiego, lepiej poczekać na prawdziwe uczucie. Mimo tego, że już sobie w głowie to poukładałam i wiem, że to jest prawda, to łapię się ciągle na zachowaniach, które są z tym sprzeczne, kurczę, nie wiem, z czego to wynika - mam jakąś silną potrzebę bycia z kimś blisko? Jak się tego wyzbyć, jak skupić się na sobie, jak wybić sobie z głowy (a bardziej z serca) to, że poczucie mojej wartości jest związane z tym, z kim jestem, a nie z tym, kim ja jestem? Za kilka miesięcy skończę dopiero 22 lata, a ja już bym chciała mieć zaplanowane całe życie - narzeczonego, datę ślubu, później też dzieci. Patrzę na koleżanki wokół siebie, które są w związkach i mam wrażenie, że wszyscy już mają to, o czym ja marzę, a ze mną jest coś nie tak i zostanę sama. Przecież to jest chore - powinnam cieszyć się życiem, bawić, odkrywać, podróżować, a na związki przyjdzie czas. I co ciekawe, tak zawsze mówię moim rówieśniczkom i np. nie uważam, żeby moja siostra, która jest trzydziestolatką, przegrała życie, bo nie ma partnera, ani dzieci. Oczywiście gdy widzę z kolei siebie w takiej sytuacji, to jestem już załamana. O co w tym chodzi, co ze mną jest nie tak? ![]()
Podobne tematy
Od pewnego czasu jestem sama. Jest mi z tym źle, ale nie dlatego, że kochałam mojego partnera, bo zrozumiałam, że jeszcze nie byłam nigdy zakochana - trafił się, czułam się samotna i zostaliśmy parą. Nigdy nie czułam motyli w brzuchu, wielkiego pożądania i poczucia, że oddałabym za tę osobę wszystko. Drugi raz popełniłam ten sam błąd i wiem, że nie mogę dopuścić do tego, że po raz kolejny będę z kimś, przy kim wcale nie czuję się dobrze, ale ważne, że w ogóle jest. Chcę być tym razem dużo ostrożniejsza, mówić o swoich potrzebach i wymagać tego, co sama też chcę dawać. No wszystko jest pięknie, ale w teorii. Widzę, że podświadomie rozglądam się wokół siebie - czy to w autobusie, czy na ulicy, czy na siłowni i wypatruję kogoś, kto mógłby mnie interesować. Wiem, że prawdziwa miłość przyjdzie, gdy nie będę się jej spodziewała - ten ostatni chłopak był właśnie taki "ustawiony" i nic dobrego mi to nie przyniosło. Tyle osób mi się dziwiło, że jestem w takich związkach - często słyszę, że jestem piękną, inteligentną dziewczyną, a wcale nie wyglądam na szczęśliwą i po co tracę czas na coś takiego, lepiej poczekać na prawdziwe uczucie. Mimo tego, że już sobie w głowie to poukładałam i wiem, że to jest prawda, to łapię się ciągle na zachowaniach, które są z tym sprzeczne, kurczę, nie wiem, z czego to wynika - mam jakąś silną potrzebę bycia z kimś blisko? Jak się tego wyzbyć, jak skupić się na sobie, jak wybić sobie z głowy (a bardziej z serca) to, że poczucie mojej wartości jest związane z tym, z kim jestem, a nie z tym, kim ja jestem? Za kilka miesięcy skończę dopiero 22 lata, a ja już bym chciała mieć zaplanowane całe życie - narzeczonego, datę ślubu, później też dzieci. Patrzę na koleżanki wokół siebie, które są w związkach i mam wrażenie, że wszyscy już mają to, o czym ja marzę, a ze mną jest coś nie tak i zostanę sama. Przecież to jest chore - powinnam cieszyć się życiem, bawić, odkrywać, podróżować, a na związki przyjdzie czas. I co ciekawe, tak zawsze mówię moim rówieśniczkom i np. nie uważam, żeby moja siostra, która jest trzydziestolatką, przegrała życie, bo nie ma partnera, ani dzieci. Oczywiście gdy widzę z kolei siebie w takiej sytuacji, to jestem już załamana. O co w tym chodzi, co ze mną jest nie tak?
Skoro Twoja trzydziestoletnia siostra nie przegrała życia, a Ty mając kilka lat mniej - tak, to czym się różnicie? Chcąc znaleźć odpowiedź, zignoruj 'niczym' i szukaj dalej.
Może ktoś był w takiej sytuacji? ![]()
Moim zdaniem nie ma nic złego w przyglądaniu się facetom w tramwaju i zwracaniu na nich uwagi. Ja też lubię sobie popatrzeć na jakieś "ciacho"
Z tym bym nie walczyła. Nie walczyłabym nawet z tęsknotą za byciem w związku, bo to też ludzkie i normalne.
W ogóle nie widzę sensu wypierania się swoich uczuć. Nie pozwól sobie tylko ślepo im ulegać. Pamiętaj, że chcesz dobrego związku i prawdziwej miłości, a nie zastępczych ochłapów.
Singlem jestem już kilka lat i choć nie miałabym nic przeciwko dobrej miłości, staram się tak żyć, żeby mi sie po prostu żyło fajnie i ciekawie. Dbam o nowych i starych znajomych, spotykam się z nimi bywam na miejskich imprezach, zapraszam ich do siebie na ciasto i herbatę. Robię to, co lubię, np. jeżdżę na rowerze. Zaspokajam (w miare możliwości) różne swoje fanaberie. Nie czekam, aż mnie wymarzony książę porwie do restauracji na kolację przy świecach, tylko sama sobie idę albo z koleżanka. Moją jeszcze niezrealizowaną fanaberią jest skosztować wreszcie żabich udek u znanego w moim miasteczku "Chińczyka". Nigdy ich nie jadłam! Zrobię to, gdy tylko uda mi się zwerbować jakieś towarzystwo (bo jednak mam ochotę wybrać się tam z kimś jeszcze).
Rób to, co lubisz, to, co ważne, a na facetów zerkaj sobie ile chcesz, to nic nie kosztuje ![]()
I nie trzeba takiemu "tramwajowemu" prać skarpetek ani wysłuchiwać jego pretensji - to dopiero komfort ![]()