Hej,
w sumie nie do końca wiem co chcę napisać... chyba po prostu się komuś wygadać, bo do psychologa chyba się nie wybiorę- przynajmniej na razie. Jeśli ktoś z Was da radę przebrnąć przez ten potok słów, to bardzo dziękuję. Przepraszam za wszelkie błędy, czy jakikolwiek chaos, ale myślę, że zrozumiecie wraz z kolejnymi zdaniami.
Mam 19 lat, w październiku zaczęłam studia. W drugiej klasie liceum okazało się, że moja mama choruje na nowotwór złośliwy jajnika. Jakby tego było mało, chwilę po niej okazało się, że ciocia, która była nam bardzo bliska, również jest chora na nowotwór. Z ciocią było tak, że momentalnie trafiła na oddział paliatywny i po trzech miesiącach zmarła. Byłam u niej kilka razy, widziałam jak mizernieje, zapomina kim jesteśmy. Lekarz stwierdził, że ma tak wiele przerzutów, że właściwie rak ma ją, a nie ona jego. Chociaż należę do tych "cichych szarych myszek" i jestem "z tych wrażliwych", to mam bardzo silną psychikę. Co prawda było mi przykro, że bliska mi osoba zmarła, ale nie rozpaczałam. Zwykle nie dociera do mnie ta "powaga sytuacji".
Jeśli chodzi o mamę, to pamiętam, że kiedy dowiedziałam się o diagnozie było kilka dni, kiedy co chwilę płakałam. Później wydawało mi się, że wszystko może jednak będzie w porządku, że mama z tego wyjdzie. Przeszła przez chemioterapię, wypadły jej włosy. Mimo choroby była bardzo radosna, dobrej myśli. Prawdę mówiąc nawet wtedy bardziej interesowała się stanem zdrowia innych, nie myśląc o sobie. Czasami żartowała z choroby. Jest z tych osób, na które zawsze można liczyć i pomogą nawet kosztem swojego zdrowia. Nie wstydziła się chodzić bez czapki, w peruki też nie chciało jej się bawić, bo "było w niej za gorąco". Przeszła bardzo wiele operacji, nie tylko tych związanych z nowotworem. Bywało, że przechodziła naprawdę ciężkie chwile, niektóre zabiegi musiały być tak szybko wykonane, że np. przy cewnikowaniu, lub wyjmowaniu portu z klatki piersiowej nie dostawała żadnego znieczulenia. Nie zliczę już ile razy karetka musiała do nas przyjeżdżać.
Przez kilka miesięcy byłam tylko ja z babcią, no i nasi najbliżsi znajomi, którzy pomagali tyle ile mogli. Tato od wielu lat pracował za granicą i przyjechał raz zwalniając się z pracy, ale mama kazała mu wracać dopóki w miarę sobie tutaj radziliśmy. W końcu był teraz jedyną osobą, która coś zarabiała, a pieniądze podczas choroby zaczęły uciekać jak woda przez palce. Jednak dziadek również jest chory, nie może chodzić i co tydzień trzeba jeździć z nim do szpitala.
W końcu babcia zaczęła odczuwać, że za dużo na siebie wzięła, dostała udaru. Na szczęście teraz jest z nią w porządku. Tato ostatecznie rzucił pracę, bo po 11miesiącach od zakończenia chemioterapii u mamy pojawiły się nawroty. Ma 4 guzy o średnicy około 9cm, między innymi na aorcie biodrowej, w okolicy jelit i ogólnie przy narządach rodnych. Lekarze załamują ręce, sami nie wiedzą co robić. Mama znowu dostaje chemię (moim zdaniem to taka chemia, aby coś dać), ale widzę, że jest z nią coraz gorzej. W ciągu kilku dni schudła 10kg. Coraz częściej wstaję w środku nocy żeby z nią posiedzieć, coś przynieść. Cokolwiek. Nie ma już siły się ruszać, do toalety idzie trzymając mnie za rękę. Chodzi w pampersach, ciągle krwawi. Musi przyjmować leki, nie może praktycznie nic jeść (przed chwilą nakarmiłam ją 10 łyżkami kleiku ryżowego i herbaty), a żołądek jest już tak zniszczony, że co chwilę wymiotuje, bo wszystko jej szkodzi i podrażnia. Tato chucha i dmucha na nią, potrafi gotować jedną zupę (która sklada się raptem z ziemniaka, marchewki i jakiejs pietruszki) kilka razy, bo dla mamy ciągle jest niedobra (mimo ze tato świetnie gotuje, więc nie daje jej byle czego). Chwilami zaczyna się denerwować, bo już nie ma siły, jest przemęczony, musi ciągle przy niej być i jednocześnie biegać za lekami, do lekarzy po kolejne recepty i robi milion innych rzeczy. O ile do jesieni było całkiem znośnie, tak teraz już przestaję dawać sobie radę. Dobija mnie to, że tato jest taki bezradny, że chce pomóc, ale ciągle coś jest nie tak. Martwi mnie co z nim będzie. Coraz bardziej dociera do mnie, że mama umiera mi przed oczami. Jestem do niej bardzo przywiązana, zawsze mówiłam jej kilka razy dziennie, że ją kocham, uwielbiałam się do niej przytulać i opowiadać jej o wszystkim co się u mnie działo. Mam wrażenie, że coraz bardziej trudno jest mi opanować emocje, co chwilę chce mi się płakać, odpuściłam sobie tydzień zajęć, bo byłam tak zdenerwowana, że trochę się rozchorowałam, poza tym co chwilę trzęsę się z nerwów. Zastanawiałam się nad wizytą u psychologa/psychiatry, ale z drugiej strony mam wrażenie, że jeszcze daję sobie radę. (Wszyscy dookoła mówią mi, że podziwiają mnie za opanowanie, za to, że tak sobie ze wszystkim radzę. Między ludźmi zupełnie nie widać po mnie przez co przechodzę. Mam jakoś tak, że nawet jakbym miała pęknięte serce, to i tak umiem się uśmiechać, myśleć pozytywnie i ogólnie mam jakieś dobre nastawienie do życia). Poza tym głupio jest mi prosić tatę o pieniądze na ten cel. Muszę go wspierać, a nie jeszcze pokazywać, że też to bardzo przeżywam. Przeraża mnie myśl, co może być kiedy mamy zabraknie. Nie wiem jak się nastawić na najgorsze, które i tak lada moment nadejdzie...