Witam wszystkich,
może najpierw coś o sobie, mam 23 lata i jestem trudnym człowiekiem, zdaję sobie z tego sprawę. Choć moje życie to raczej pasmo fartów, szczęścia, braku poważnych problemów, jednak z nieznanego samemu sobie powodu odciąłem się od ludzi. Nie wiem nawet kiedy, podejrzewam że jakieś 7-8 lat temu to się zaczęło. Zostawiałem tylko bardzo małe grono znajomych, a nawet z nimi nie rozmawiałem ze wszystkim, pomimo, że to naprawdę zaufane osoby. Choć mam niesamowitą, bliską i kochającą rodzinę, z nimi też nie rozmawiałem już o swoich problemach, uznałem, że mają swoje i obarczacie ich moimi to przesada, przecież dzięki nim mam to co mam, wspaniały start, świetne możliwości i perspektywy. Zawsze stroniłem od alkoholu (nigdy nie byłem pijany), czy jakichkolwiek używek, wpadłem za to w nałóg komputerowy... Kilka lat temu można by powiedzieć że to była tylko fascynacja technologią, zainteresowanie, hobby. Gdy doszedł internet, z czasem było mnie więcej tam niż tu... bo przecież tam kontakt był łatwiejszy.
Na początku tego roku nieco się załamałem. To w co się angażowałem (projekty raczej wirtualne) padło, stwierdziłem, że straciłem 2-3 lata życia na coś bezsensownego, w tym czasie znajomi którzy się nie zniechęcali odeszli, założyli rodziny, nie mają już czasu na takie znajomości. Teraz już wiem, że to co robiłem nie było bez sensu. Skoro wtedy widziałem w tym sens, angażowałem się, działałem z kimś wspólnie, to pomimo że nie widziałem innych osób w rzeczywistości, to przecież takie własnie były "po drugiej stronie". To co robiłem miało sens, nie wyszło mówi sie trudno.. mimo wszystko z początkiem roku wpadłem w stan odrętwienia, niby wszystko ok, a jednak coś nie tak, takie życie-wegatacja, brach chęci do czegokolwiek. To chyba była, jest nadal depresja.
Wszystko zmieniło się latem. Przypadkowo, w miejscu gdzie w życiu bym się tego nie spodziewał moja uwagę zwróciła pewna kobieta. Nigdy nie zwracałem na nie dużej uwagi (wiem jak to brzmi, ale tak było), a tu jeden uśmiech, spojrzenie i moje myśli krążyły tylko wokół niej. Jestem tchórzem, nie byłem w stanie ani podejść, ani tym bardziej sensownie się odezwać. Dopiero po kilku dniach zdecydowałem się na kontakt. Zgodziła się porozmawiać, spotkać. To co stało się później uważam za najcudowniejszy okres mojego życia - w zaledwie 2-3 tygodnie zupełnie otworzyłem się przed drugą osobą. To samo widziałem po jej stronie. Długie, luźne rozmowy o wszystkim, jak nigdy do tej pory. Szybko doszło przytulenie, które dla mnie było szokiem... ja wiem, że to dla wielu osób jest normalne, oczywiste, ale dla mnie to było coś niesamowitego, nie do opisania. Później pierwszy pocałunek. Sam dziwiłem się sobie, bo można by powiedzieć, że mam swoje zasady, mam swoją godność i zastanawiałem się, co ja w ogóle robię - przytulać się, całować z osobą, którą znam tak krótko? Nie widziałem w tym jednak niczego złego, uznałem, że to pozytywne szaleństwo i tym razem nie chcę mieć wszystkiego pod kontrolą, chcę dać się porwać temu nurtowi.
Całe moje życie się zmieniło. Zacząłem cieszyć się każdą drobnostką, przestałem przejmować drobnostkami, z które wcześniej podnosiłem do rangi co najmniej katastrof. Zacząłem dbać o siebie, ćwiczyć, choć nigdy nic nie mogło mnie do tego nakłonić. Zmieniło się również moje nastawienie do ludzi, zrobiłem się bardziej otwarty, nieco zmniejszył się mój strach przed nawiązywaniem nowych kontaktów. Zacząłem patrzeć na życie dalej niż tylko kilka tygodni do przodu. Zacząłem planować, snuć cele na przyszłość, zamarzyłem o założeniu rodziny, choć nigdy wcześniej takie myśli w ogóle nie przychodziły mi do głowy. Mimo wszystko bałem się, bałem się tego, że sam nie wiem co czuję. Bałem się również tego, żeby niczego nie zepsuć, aby nie zachować się w jakiś głupi sposób. Bałem się tym bardziej, że z czasem przestała mówić otwarcie, mówiłem głównie ja... słuchała, nie była obojętna, ale widziałem w tym problem, doszukiwałem się go na siłę, zacząłem tracić nad sobą kontrolę. Często też wspominała o dzielących nas różnicach - wiek (jest starsza, ile dokładnie to nawet nie wiem, nie chciała zdradzić, nie naciskałem), o tym, że ja niby jestem "z wyższej półki", a to przecież nie moja, a moich rodziców zasługa... mi te różnice nie przeszkadzały. W życiu pojawił się cel, zazwyczaj zamknięty i ignorancki chciałem być dla niej oparciem, pomocą...
Nasza znajomość trwała dwa miesiące. Gdy przyszła jesień, chyba wróciła depresja. Kilkudniowy brak jej obecności, zła pogoda, wcześniejsze wątpliwości i na napisany do mnie przez internet żart że niby ją olewam zareagowałem idiotycznie - stwierdziłem że jestem zły, nie odzywałem się aż do następnego dnia. Później, za późno zdałem sobie sprawę, że to mogło przynieść jej wątpliwości, że mogła się martwić... i tak się stało. Po dwóch dniach spotkaliśmy się aby porozmawiać, stwierdziła, że na takie traktowanie sobie nie pozwoli, że nie mogę liczyć już na nic więcej niż tylko "co słychać" itd.. Zrozumiałem, jest starsza ode mnie, próbowała wcześniej i zawsze wychodziła na tym źle... a ja stałem się kolejnym problemem, choć sama przyznawała podczas rozmów, że planowała już z nikim się nie wiązać i zająć się problemami, których ma sporo. Mimo wszystko dalej się o mnie martwiła i chciała dalej utrzymywać kontakt.
Od tego czasu, już niemal miesiąca, jestem w całkowitej karuzeli emocjonalnej. Nie może to do mnie dotrzeć, że w tak głupi sposób odrzuciłem osobę, która tak bardzo zmieniła moje życie. Sumienie nie daje mi żyć... do tego ten dalszy kontakt. Martwi się, wypytuje, a ja tak nie potrafię... ona nie jest "miską" do której mają spływać moje żale. Czuję się na fair, wyszukuję problemy, jeden dzień zachowuję się normalnie, chcę prosić o drugą szansę, na drugi rzuciłbym wszystko, wszystko to leci w jej stronę... dziwię się, że chce utrzymywać kontakt z takim wariatem. Tak naprawdę jednak nie jestem w stanie się na nią denerwować, tym bardziej że mam świadomość, że to moja wina. Za nic nie mogę się zabrać, co chwila się załamuję, całkowicie rozklejam, popadam w marazm i rozpacz.
Rozmawiałem o tym z dwoma zaufanymi znajomymi. Stwierdziły, że to nie był żaden powód aby zakończyć znajomość. W chwilach trzeźwego myślenia nawet się z tym zgadzam, mam wtedy do niej żal... a z drugiej strony rozumiem, że każdy może mieć swoje zasady, że ja przekroczyłem jej zasady.
Ostatnio napisałem do niej, że nie mogę w ten sposób utrzymywać kontakt, bo to tylko powoduje niesamowity ból (nie powiedziałem tego wprost). Zadzwoniła, nie chciała zrywać kontaktu ale stwierdziła, że uszanuje moją decyzję. Powiedziałem jej, że tak nie mogę, że mam dość takiego monologu, bo dla mnie to monolog - ja mogę się żalić, mam do niej zaufanie, a z drugiej strony głucha cisza... po tym stwierdzeniu zakończyła rozmowę.
Myślałem, aby dać sobie spokój, wrócić do poprzedniego trybu życia. Ale nie chcę, bardzo nie chcę znowu wegetować, znowu być tym kim byłem, bo to nie było nic dobrego. Wyrzuciłem wszystko co mogłoby się z nią kojarzyć - wiadomości, muzykę jaka nam towarzyszyła... ale myśli zostały i cały czas wracają. Nie pomaga mi próba zajmowania się hobby, bo chwilę coś robię, a potem w krótkiej chwili tracę ochotę, szybko znowu się załamuję. Nie wiem już co mam robić... po tym jak się zachowywałem w tej karuzeli twierdzę, że dałem jej taki swój obraz, że nie zdecyduje sie na cokolwiek. A ja nie mogę funkcjonować bez myśli o niej... dla mnie sytuacja bez wyjścia, z jako informatyk tym bardziej nie potrafię sobie z tym poradzić. Bo przecież wszystko do tej pory było logiczne... przewidywalne...
Wiem, że to krótka znajomość, dla wielu osób tutaj zapewne powód do śmiechu, machnięcie ręką. Ja jednak wiem jak to odbieram, jakie zmiany zaszły w moim życiu, postrzeganiu świata, myśleniu.