List,bardzo dobrze.Najważniejsze,to mieć szansę się wypowiedzieć,gdy nie będzie chciał rozmawiać w 4 oczy (trochę dziecinne),list pewnie chociaż z ciekawości przeczyta..Nie pytaj czy Cię kocha,jeśli wróci będziesz wiedzieć.
Podobne tematy
List,bardzo dobrze.Najważniejsze,to mieć szansę się wypowiedzieć,gdy nie będzie chciał rozmawiać w 4 oczy (trochę dziecinne),list pewnie chociaż z ciekawości przeczyta..Nie pytaj czy Cię kocha,jeśli wróci będziesz wiedzieć.
Ja na Twoim miejscu bym sobie oszczedzila traumy i nerwow spotykajac sie z nim.
Lepiej podac przez kogos paczke z tym listem, albo wyslac poczta.
To spotkanie rozmowa, bylaby przesiaknieta emocjami.
To spotkanie byloby trudne i dla Ciebie i dla niego tez.
Jak się rozeszliśmy to 2x mi napisał że nigdy mnie nie zdradził i że tamtą poznał potem. Wiem że to prawda.
Skoro on mnie nie kocha, to nie powinno mu być ciężko. Powinien przyjąć to obojętnie. Chciałam by rzeczy przekazała mu moja matka, ale to była by w jakiś sposób ucieczka. Mogłabym potem całe życie żałować. Nie liczę na powrót, chcę tylko rozejść się w zgodzie, jak dorośli. Między nami nie było zdrady. Póki był ze mną w związku zawsze był w porządku. Teraz zmienił się nie do poznania. To nie ten sam człowiek.
bartass72 napisał/a:List,bardzo dobrze.Najważniejsze,to mieć szansę się wypowiedzieć,gdy nie będzie chciał rozmawiać w 4 oczy (trochę dziecinne),list pewnie chociaż z ciekawości przeczyta..Nie pytaj czy Cię kocha,jeśli wróci będziesz wiedzieć.
Ja na Twoim miejscu bym sobie oszczedzila traumy i nerwow spotykajac sie z nim.
Lepiej podac przez kogos paczke z tym listem, albo wyslac poczta.
To spotkanie rozmowa, bylaby przesiaknieta emocjami.
To spotkanie byloby trudne i dla Ciebie i dla niego tez.
Bezpośrednia rozmowa jest najlepsza,i może wiele zmienić.Bez emocji to lepiej w ogóle się nie spotykać.
70 2015-10-31 17:47:36 Ostatnio edytowany przez agusia587 (2015-10-31 18:02:03)
No i już po wszystkim
.
Odebrał rzeczy, ale jak go zobaczyłam serce mi zamarło (jak ja go kocham
). Wyglądał okropnie, był chudszy, zarośnięty, niepoczesany, zapuszczone włosy, był w dresie, śmierdział fajkami, smutne oczy, ani razu się nie uśmiechnął, wyglądał okropnie
. Serce mnie zabolało jak go zobaczyłam, o dziwo pogadaliśmy, był miły jak zawsze. Na koniec życzył mi szczęścia z innym i przytulił mnie. Na moje oko nie wyglądał na szczęśliwego, a już na pewno nie na kogoś kim się interesują dziewczyny. Gdy usiadłam, usiadł obok mnie i ciągle patrzył mi w oczy jakby chciał je zapamiętać.
Nie takiego chciałam go zapamiętać. Mimo wszystko cieszy mnie fakt że miałam możliwość się pożegnać. Kocham go, ale już do mnie doszło że to koniec.
71 2015-11-25 20:17:39 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-11-25 20:18:12)
agusia587 Prosiłaś o moja opinię, więc się wypowiem.
Po przeczytaniu powodu waszego rozstania i tego jak wygląda komunikacja z Twoim ex, powiem Ci krótko i polecam Ci te słowa zapamiętać na przyszłość: Jeśli mężczyzna mówi Ci, że "spotkasz kogoś lepszego", że Cię nie kocha, itp. - uwierz mu.
Faceci z reguły nie rzucają słów na wiatr i rzadko kiedy im się coś ot tak "wymsknie".
Moje odczucie jest takie, że ten facet nie jest z Tobą szczery do końca. 1 zdanie wypowiedziane w nerwach, w dodatku na temat głupich papierosów, nie jest powodem do takiej zaciętości i unoszenia się dumą. Ten facet stawia swoją dumę ponad dogadanie się z Tobą i związek, czyli jego miłość jest zależna od jego dobrego samopoczucia. To jest typ ludzi, przy których "chodzi się na paluszkach".
Słaby materiał na związek.
72 2015-12-28 03:10:40 Ostatnio edytowany przez agusia587 (2015-12-28 03:53:28)
Elle dzięki za odpowiedź, teraz dopiero ją zauważyłam
.
Powiem tak, to nie był pierwszy raz jak go zostawiłam. Pierwszy raz powiedziałam to, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem, jednak tego samego dnia przekonał mnie bym została, że rzuci itd. (to był warunek). Drugi raz był, gdy wyprowadziłam się od Niego. Wtedy również mnie zatrzymywał (w sensie w związku, nie w mieście), znów mówił że rzuci. Wiem, że robił podejścia, wiem że się starał. Trzeci raz (ostateczny), przez tego eska. Miałam dość wodzenia za nos i pustych obietnic, naprawdę nie dawałam rady. Powiedziałam wprost, nie chce go znać puki pali. On zapytał, czy jestem tego pewna. Moja odpowiedź - tak. Od tamtego czasu był nieugięty. Zmienił się o 180 stopni, nie poznawałam go. Chłód, obojętność, zimno, totalnie lód. Potem teksty o tej dziewczynie, obwinianie mnie za wszystko, że nie chce mnie znać, i wszystko inne. Dodam, iż wypomniał mi że skoro odeszłam przez papierosy to go nie kocham, że potraktowałam go jak śmiecia. To, że mnie nie kocha przeczytałam tylko w eskach i tylko na zasadzie odpowiedzi, tzn. ja go zapytałam (sms), czy mnie kocha. Sam z tym nie wypalił, więcej o tym nie mówił, w oczy też mi tego nie powiedział. Ogólnie, przez eski był zimny, w realu miły (nawet przytulił), a potem przez tel. znów lód. Od listopada totalna cisza.
73 2015-12-28 14:13:46 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-12-28 14:14:39)
Agusia, przykro mi, ale tak właśnie się kończy pogrywanie z czyimiś uczuciami.
Nie wolno rzucać tak pochopnie słów na wiatr... mówić, że "już Cię nie kocham"... zrywać... straszyć rozstaniem... nie odzywać się przez 2 tygodnie...
a jednocześnie czekać, że ta druga strona będzie tupać nóżkami, tęsknić, szlochać i nieustannie zabiegać o nasze względy...
Agusiu, miałaś focha... i chciałaś, żeby on skakał koło Ciebie...
tymczasem on być może cholernie mocno to przeżył...
a na pewno znalazł pocieszenie u kogoś innego...
i już
smutne, bo jesteś już tu którymś z kolei przypadkiem osoby, która oczekuje "cudów-wianków" od partnera, strzelając jednoczesnie focha, obrażając się i kłócąc...
rozumiem, że to takie podświadome oczekiwanie bezwarunkowej, oddanej, wielkiej miłości... ale to pomyłka... bo miłość polega na czymś innym... bardziej na dawaniu niż braniu, a już na pewno nie na tego typu oczekiwaniach...
74 2015-12-28 14:52:32 Ostatnio edytowany przez agusia587 (2015-12-28 14:58:03)
Zorija, to nie tak.
Zanim zaczął się związek, On już wiedział, że nie zaakceptuje papierosów. Na samym starcie był tego w pełni świadom, mówiłam mu, jeśli będziesz palił odejdę, dlatego nie chciałam się z nim wiązać. On rzucił, przekonał mnie do siebie. Jednak po tych 9 miesiącach, miał problemy w pracy, stresował się nową sytuacją, kumpel go namawiał, no i zapalił. Nigdy się nim nie bawiłam (dla mnie też było to trudne), wiedział od razu jak jest. Być może nie wierzył, że zostawię go naprawdę, nie wiem, ale to nie była zabawa. To dobry facet, choć fakt, ma słabą wolę. Rozumiem jak mógł się czuć i wiem, że mocno to przeżył. Pewnie myśli podobnie jak Ty, że się zabawiłam jego kosztem. Nic podobnego, choć o tym mogę wiedzieć tylko ja sama.
75 2015-12-28 18:10:42 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-12-28 18:11:25)
Agusiu, sądzę, że on Cię nie oszukiwał wówczas, gdy na początku związku deklarował rzucenie palenia.
Zapewne święcie w to wierzył i chciał to zrobić.
Potem mu nie wyszło.
Może mu wcale nie zależało i uznał, że ma Twoje odczucia w nosie.
A może chciał i starał się, ale to było dla niego trudne.
Tak czy inaczej, jeśli on tego nie zrobił... a Tobie to żadną miarą nie odpowiadało... to bycie razem było niemożliwe.
Jeśli komunikowałaś mu to wprost, wiedział, że odejdziesz jeśli się nie zmieni, że to jest dla Ciebie absolutnie nie do zaakceptowania - wówczas grałaś fair. Rozumiem, że żałujesz tego związku, ale w takiej sytuacji sama wiesz, że inaczej się nie dało.
Jeśli jednak ten człowiek był dla Ciebie ważniejszy niż jakaś jego wada... jeśli Ci na nim zależało... wcale nie stawiałaś jego nałogu na ostrzu noża - tylko chciałaś go "postraszyć", pokazać mu, dać mu nauczkę - to użyłaś artylerii zbyt dużego kalibru. Porzucenie... brak kontaktu... słowa o braku miłości... Pamiętaj Agusiu, że w życiu nie powinno się nigdy rzucać słów na wiatr. Jeśli coś mówisz, musisz brać za swoje słowa odpowiedzialność. Nie wolno mówić czegoś, co nie jest prawdą, lub czego nie będziesz później w stanie zrealizować/dotrzymać.
To tak jak z dzieckiem, które narozrabia... po pierwsze - nigdy mu nie powiesz, że go zostawisz... po drugie - nie możesz grozić mu np. tym, że nie pójdziecie na spacer w sytuacji gdy wiesz, że ten spacer i jemu i Tobie jest potrzebny...
Co do Twojego faceta - nie wiem do czego tam pomiędzy Wami doszło... ale jeśli nie było skrajności, a on nie zawalczył, to może to też o nim źle świadczy?
Niestety dla Ciebie, pojawiła się "pocieszycielka", a on jej uległ. Zastanów się teraz, czy uległ, bo był słaby (wtedy odpuść sobie jakiekolwiek żale, niepotrzebny Ci taki facet, który w obliczu problemów tak łatwo daje się "pocieszyć" innej). Czy uległ, bo między Wami już było tak źle, poczuł się tak osamotniony i zraniony, że - w jego ocenie sytuacji - nic już się nie dało zrobić.
76 2015-12-28 18:19:46 Ostatnio edytowany przez agusia587 (2015-12-28 18:32:21)
Wiem, że chciał to zrobić, że się starał (tabletki, książki, nawet pomysł z hipnozą). Ma słaba wolę w tym przypadku, niestety dowiedziałam się o tym po fakcie. Wiedziałam, że jeśli nie rzuci odejdę (uwierz mi to dla mnie głębszy problem). Dlatego też mu tak powiedziałam (w tych eskach, na żywo nie dałabym rady), ostro, chłodno, rzeczowo. Wiedziałam, że albo to nim wstrząśnie i się uda, albo odejdzie. Byłam świadoma ryzyka, jednak wiedziałam też że w tym stanie kłótnie nigdy się nie skończą. Nie chciałam ranić, ani siebie, ani jego. To wspaniały facet i oczywiście, żal mi że tak musiało to wyjść. Napisałam mu to wszystko trochę celowo (ze łzami w oczach), wiedziałam że on musi mnie zostawić, nie walczyć, bo ja nie dam rady. Walczył 2 tyg. ja usilnie milczałam. Wiem, że teoretycznie nie robił nic złego, tylko dla mnie był to problem. Nigdy mi nie okłamywał, nie zdradzał, zawsze okazywał szacunek itd. Ja po prostu nie wiem, czy byłam fair, czy to tylko moja wina.
Jeśli faktycznie Jej uległ, to raczej z tego drugiego powodu. O tym jestem prawie święcie przekonana. Nigdy nie oglądał się za innymi, nigdy nie zagadywał kobiet, świata poza mną nie widział. Było tak w sumie do samego końca, zawsze był za mną. Tylko jakoś z tym paleniem miał cholernie ciężko, już wiele razy w życiu chciał rzucić. Faktycznie była już u nas skrajność, dlatego to wszystko się wydarzyło (czułam od dłuższego czasu że tak się to skończy). Nie dawałam rady, on pewnie też.
Agusiu, więc zaryzykowałaś eksperyment na żywym organizmie...
Przez 2 tygodnie pozwoliłaś swojemu partnerowi prosić Cię, zabiegać o Ciebie, walczyć o Was, starać się...
gdy tymczasem Ty milczałaś, byłaś zimna i niedostępna, odpychałaś go, mówiłaś mu przykre rzeczy na temat Waszej (Twojej) miłości...
Tylko Agusiu, skąd on miał wiedzieć, że z Twojej strony to jest tylko taka gra?
Własnie o tym pisałam na początku... jak łatwo jest niektórym osobom "wykorzystywać" swoich najbliższych...
szczególnie wtedy, gdy ci drudzy starają się, zabiegają... wydawało Ci się, że trzymasz go na smyczy... smyczy miłości, przywiązania... że skoro tak się stara, to możesz pozwolić sobie na więcej... i więcej...
Naprawdę, prawdziwy eksperyment... na uczuciach drugiego człowieka.
No cóż, robiąc to musiałaś mieć z tyłu głowy świadomość (może słabo docierającą, ale jednak), że smycz może nie wytrzymać... że napięcie jest zbyt duże i pęknie... że on weźmie Twoje słowa dosłownie, potraktuje Cię poważnie...
78 2015-12-29 16:00:57 Ostatnio edytowany przez agusia587 (2015-12-29 16:01:40)
Wiedziałam czym to grozi, jak może być. Wiedziałam, że tak się nie postępuje, że to okrutne. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Nie miałam pewności co będzie, wręcz czułam że odejdzie. Z jednej strony chciałam tego, inaczej zawsze były by kłótnie. Sam mi powiedział, że mam go jakoś przycisnąć, bo ma z tym problem, że potrzebuje silnego bodźca, inaczej będzie kombinował. Ja już nie widziałam co zrobić, skoro rok rozmów i błagań nic nie pomagał, pozostało mi zagrać nieczysto. Na co on się okropnie wściekł, wyrzucił mi że grałam w grę zamiast ratować związek, że papierosy nigdy nie były ważniejsze. Tylko, że jak niby miałam ten związek ratować ? Skoro od początku związku było jasna sytuacja, a rozmowy i błagania nie pomagały.
Agusia, skoro tak, to nie obwiniaj siebie.
I tak już dostałaś po głowie - bo rozumiem, że to rozstanie jest dla Ciebie ciężkie...
A Twój partner okazał się słaby. Nawet jeśli nie do końca akceptował Twoje metody, to przecież wiedział o co Ci chodzi i co on mógłby zrobić, żeby było dobrze.
Myślę, że w nim uaktywniło się jego ego - i jego poczucie "wygranej"... to, że nie da sobą manipulować... to, że "nikt mu nie będzie mówił co ma robić"... dyktował itd - zwyciężyło nad troską i staraniem się o Wasz związek.
Co do Ciebie. No cóż, miałaś prawo tego nie zaakceptować. I miałaś prawo odejść. Mnie chodziło tylko o to, że czasem bywa tak, że tak naprawdę chcemy tylko coś wymusić... dostać, np. większe zainteresowanie... a swoim zachowaniem niszczymy relację na której nam zależy.
Ale to jednak nie jest Twój przypadek.
Bo Ty jesteś (i byłaś) konkretna - wiedziałaś na co się narażasz, wiedziałaś, jakie mogą być konsekwencje... więc robiłaś to w pełni świadomie i odpowiedzialnie. I - powtarzam - miałaś do tego prawo.
Rozumiem też to, że to - mimo wszystko, mimo tego, że przewidywałaś taki scenariusz - boli.
Bo musi boleć.
Niemniej poradzisz sobie, głównie dlatego, że wiesz, że tak jest dla Ciebie dobrze. Że to nie miało sensu. Pewnie będziesz za nim tęsknić, to ludzkie. Ale bardzo dojrzałe jest jednak to, że nie brniemy w relację, o której wiemy, że na dłuższą metę byłaby szkodliwa. Nawet jeśli wydaje nam się, że "jest też dużo plusów". Albo coś działa, albo nie. Jeśli jesteś w stanie wybaczyć niedociągnięcia, przymknąć na nie oko - robisz to. Jeśli nie jesteś w stanie ich zaakceptować - nie ma sensu oszukiwanie samej siebie i tej drugiej osoby.
80 2015-12-29 16:32:20 Ostatnio edytowany przez agusia587 (2015-12-29 17:07:25)
Owszem, ciężko to przechodzę (mimo wszystko nadal kocham).
Doskonale wiedział co musi zrobić by było dobrze, sam mi powiedział, że wie iż jak nie pali jestem aniołem, że to chore i mam awersję (prawda). Natomiast słowa, "Myślę, że w nim uaktywniło się jego ego - i jego poczucie "wygranej"... to, że nie da sobą manipulować... to, że "nikt mu nie będzie mówił co ma robić"... dyktował itd - zwyciężyło nad troską i staraniem się o Wasz związek". Coś w tym może być. Zawsze bardzo cenił sobie by nikt nim nie manipulował, nie mówił co powinien robić, ciężko przyjmował krytykę. Czasem normalnie mu coś tłumaczyłam, a on zarzucał, że się czepiam. Nigdy nie mieszkał z dziewczyną, ja byłam pierwsza. To wszystko było dla niego nowe, to że mam wgląd do wszystkiego i wszystko jest jakby wspólne.
Natomiast "Mnie chodziło tylko o to, że czasem bywa tak, że tak naprawdę chcemy tylko coś wymusić... dostać, np. większe zainteresowanie... a swoim zachowaniem niszczymy relację na której nam zależy". Nigdy tak nie było. Zawsze czułam, że mnie kocha, że mu zależy, że jest mój. Nigdy nie dawał mi odczuć inaczej, jego oddanie było bardzo widoczne. Nie miałam nawet najmniejszych powodów by wymuszać zainteresowanie, czy dowody miłości. Sam mi ich dawał wystarczająco.
W tej jednej (dla mnie kluczowej) sprawie nie potrafiliśmy się dogadać. Dlatego z ciężkim sercem, zrobiłam co zrobiła.
Dziękuję ślicznie za odpowiedź
, sytuacja wydaje mi się jeszcze bardziej jasna. Jest mi odrobinę lżej, raz jeszcze bardzo dziękuję kobietki
.
81 2015-12-30 06:38:27 Ostatnio edytowany przez MrSpock (2015-12-30 06:39:40)
Myślę Agusiu że ty oraz inni ludzie powinni przyjaźnić się tak długo aż nauczą się siebie nawzajem kochać i dopiero wtedy mówić sobie że to jest uczucie. Nie starać się być ze sobą wcześniej bo to się skończy sporami. Nie jest łatwo nauczy się kochać ponieważ dusze zamieszkujące tą planetę mają w sobie zło a nie miłość.
Dobrze że to już jest koniec i decydujące zmiany nastąpią w przyszłym roku.
MrSpock, myślałam że jest przyjaźń.
Dobrze się dogadywaliśmy, mówiliśmy sobie o wszystkim, każdy troszczył się o drugiego, długo i często o wszystkim gadaliśmy, dobrze spędzało nam się czas ze sobą. Jak już mówiłam, główne problemy zaczęły się z mojej strony, gdy zaczął palić. Palenie w przyjaźni mi nie przeszkadzają, ale w bliższym kontakcie już tak.
Dla mnie palacy partner tez bylby nie do zaakceptowania.
Jemu moze sie wydaje, ze to nie takie wazne i jak sie kocha, to nie jest to powod do zakonczenia zwiazku.
Ale tak nie jest! To moze byc ogromnie przeszkadzajace dla tego niepalacego. Czemu taki palacz nie pomysli chocby o tym, ze skazuje partnera na pasywne palenie, na smrod w domu, na niespetyczne pocalunkui. Fuj, dla mnie smrod, jakim jest przesiakniety palacz zabija tez i ochote na kontakt cielesny.
Agusia, dobrze zrobilas, postawilas wazna dla siebie rzecz na pierwszym miejscu. To nie jest zadna blahostka. Ja tu nie widze miejsca na kompromisy.
Poza tym jak to taki slaby facet, nie umiejacy sobie poradzic z nalogiem, to moglby wpasc i w inne, na przyklad alkohol.
Nastepnym razem wogole nie zaczynaj niczego z palaczem czy innym nalogowcem. To sa zazwyczaj ludzie, ktorzy jakis wewnetrzny problem trzymaja pod zamknieciem za pomoca uzywki, ale to nie jest zadne rozwiazanie. Predzej czy pozniej i tak ujawnia sie te inne problemy i rzuca cien na zwiazek.
Uff, dziękuję Marajka.
Przynajmniej jedna osoba uważa, że palnie może być na tyle uciążliwe (zwłaszcza gdy ktoś ma traumę i awersję). Do palenia miał wielką słabość (co wyszło później), do alkoholu nie ma w ogóle pociągu. Jego ojciec pił, on nigdy nie chce przechodzić tego samego. Pod tym względem akurat nie było problemu, nie pił w ogóle. Dowiedziałam się przypadkiem w sylwestra, że próbuje sobie ułożyć życie. Ja już stoję o własnych siłach
. Zerwanie kontaktu bardzo mi pomogło, teraz widzę, że to wszystko było dobrym rozwiązaniem. Na dobre nam to wyszło, oby tak zostało.
Ja uwazam, ze nie wolno nigdy ignorowac sygnalow, ktore daje nam cialo, a to dlatego, ze cialo jest nieprzekupne i nigdy nie klamie. W koncu jest to czyms, co zapewnia nam zycie.
Mowi nam, kiedy jest dobrze, oraz ostrzega, kiedy istnieje jakies zagrozenie. To jest instinkt i dlatego warto zawsze przyjrzec sie dokladniej, dlaczego mamy taka a nie inna reakcje. I jesli jest ona ciagle taka sama, to wtedy lepiej tego sluchac. Jesli czlowiek ignoruje ciagle ostrzezenia, to z duza doza prawdopodobienstwa prowadzi to do choroby lub co najmniej klopotow.
Obrzydzenie do smrodu z papierosow jest takim sygnalem. W koncu nikotyna jest trucizna, wiec nie ma sie czemu dziwic. Dziwic trzeba sie ludziom, ktorzy sie dobrowolnie zatruwaja i jeszcze narazaja na to innych.
Agusia, masz widocznie dobry stosunek do swojego ciala, co oznacza zdrowe instynkty. Trzymaj sie ich, wtedy bedzie dobrze. ![]()
Ja to się zawsze dziwię i będę dziwić palaczom i nie tylko im.
Dlaczego ludzie dobrowolnie tak się trują, czy np. alkoholicy.
Dla mnie masakra.
Nigdy tego nie zrozumiem.