mariusz_ napisał/a:Powyższe słowa Roxann idealnie ujmują istotę rzeczy i są do bólu prawdziwe. Jako mężczyzna podpisuję się pod nimi obiema rękami.
mariusz_ napisał/a:Jeszcze raz odwołam się do tego, co napisała Roxann w tym temacie. Doprawdy, nokautuje mnie inteligencja i mądrość życiowa tej dziewczyny. Sam jako mężczyzna nie opisałbym tego lepiej.
Mariusz_, bo to co opisałam to są w dużej mierze słowa zdradzającego faceta oraz moje obserwacje. To nie jest żadna mądrość życiowa, tylko smutna (dla nas kobiet) prawda. Można zaklinać rzeczywistość, można obrażać się na facetów, cały świat, czy szukać winy w sobie ale na pewne rzeczy my kobiety nie mamy wpływu. Jeśli facet będzie chciał zdradzać, to zdradzi bez mrugnięcia powieką. Myślę, że o tym decydują pewne ‘predyspozycje’ wynikające z cech charakteru, mentalności w tym egoizm, narcyzm i niskie poczucie empatii. W końcu nie wszyscy zdradzają, choć jak wynika z badań zdecydowana większość, tak mężczyzn jak i kobiet.
Ja spędziłam sporo czasu nad poznaniem mechanizmu czy powodów zdrady, bo nijak nie mogłam zrozumieć, jak można kochać i zdradzać. Osoba, o której mówię, zaczęła zdradzać w momencie kiedy pojawiło się 2 dziecko, czyli kilka dobrych lat po ślubie. Wtedy żona nie pracowała, przez co on zaczął pracować coraz więcej, do tego jego praca jest dość wymagająca i w dużej mierze wiąże się z delegacjami. A że panuje powszechne powiedzenie, że w delegacji to nie zdrada? Sam kiedyś przyznał, że dla niego szybki numerek z nieznajomą, był po prostu masturbacją z tym, że przy ‘użyciu’ drugiej osoby. I jak już facet dopuści się tego raz, to potem zaczyna mu to wchodzić w krew. Raz się udało, było fajnie, drugi raz na pewno też się uda. W końcu lepiej pobawić się z jakąś laską, niż samemu przed komputerem
Z tymże z czasem taki delikwent już nie ma ochoty co rusz szukać nowej panienki na noc, tylko woli poszukać „stałej”, pewnej kochanki. Nie rzadko, podbuzowany jeszcze opowieściami kolegów, którzy ochoczo we własnym towarzystwie chwalą się swoimi często wyimaginowanymi podbojami (kolejny cytat „każdy z moich kolegów prezesów, ma czy miał kochankę”). Dlatego taki facet wręcz stawia za sprawę honoru, że i on potrafi, co ma być gorszy? A że to ma potwierdzić jego męskość, ego, to dla potencjalnej, upatrzonej jest w stanie niemal nieba uchylić. W końcu ma to być inwestycja długoterminowa, opatrzona dużym ryzykiem co prawda, ale jakie „zyski”? Zaczyna więc się zachowywać jak kawaler (obrączka ląduje w kieszeni) – komplementy, randeczki, czułe słówka, prezenciki itd. Wiadomo, że kiedy jest chemia, to i seks lepiej smakuje, milej się spędza razem czas, zaczyna się człowiek przywiązywać, tęsknić. To już nie jest „masturbacja przy użyciu 2 osoby”. W końcu padają słowa „kocham” i zaczynają się problemy – ogólnie dramat czy też melodramat. Kochanka dowiedziawszy się w jakim „układzie” się znalazła albo się wycofuje albo zaczyna szantażować. A miało być tak pięknie… Wtedy wychodzi z delikwenta prawdziwe oblicze - tchórza i krętacza. Wraca taki z podkulonym ogonem do żony i mówi „kochanie, nawróciłem się” (to też jego cytat). Żona wierzy, bo musi/chce, pewnie stawia warunki. Facet na jakiś czas staje się posłuszny jak pies. Kiedy jednak sprawa ucicha, żona już udobruchana, ten zaczyna znów myśleć o romansie. Czy to spotkał inną, czy dawną „miłość”... znów zaczynają się podchody. W końcu z żoną taka powszedniość, a w pamięci wspomnienia płomiennego romansu… kto by nie tęsknił za taką adrenaliną? Nagle się dowiaduje, że „kochanka” znów wolna, spotyka ją – sentyment powraca, zaczyna swoje wynurzenia jak to ją bardzo kochał, jaka to jego niespełniona miłość… (w domyśle, oj jak chętnie bym wrócił do tamtych czasów). A może warto spróbować, zaryzykować? „Kochanka” zaczyna myśleć, a może rzeczywiście kocha, może przez ten czas wszystko przemyślał, zrozumiał? W końcu i u niej te wspomnienia są wciąż żywe, choć 2 lata minęły, wtedy natomiast uniosła się dumą, nie było szczerej rozmowy… Może teraz na to pora? Facet niby z dystansem, ale znów zaczyna wysyłać smsy, maile, proponować spotkania… Jednak u „kochanki” zapala się czerwone światełko, że coś jest nie tak. Chce szczerej rozmowy, on jej unika jak ognia. Nie czas, nie pora itd. Kiedy powoli zaczyna coraz bardziej naciskać, ten stopniowo zaczyna się otwierać. Jednak to co mówi, ma się nijak do tego jego „kocham”. Kocham, ale nie zostawię żony ze względu na dzieci itd. Mało tego próbuje wzbudzić poczucie winy w „kochance” – chcesz odebrać ojca dzieciom?? Jest jak jest i tak być musi… przecież oboje się kochamy, dlaczego mamy z siebie rezygnować? Przecież oboje się męczymy? Normalnie jakieś rozdwojenie jaźni 
Kochanka znów się wycofuje, wyjeżdża.. Facet jeszcze przez jakiś czas się nie poddaje działając jednak na oślep, co jeszcze bardzie utwierdza ją w przekonaniu, że ten facet nie wart żadnej uwagi, a tym bardziej łzy.
Ot, taka, moja smutna historia…
Czy już nie zdradzi? Śmiem wątpić…
Ogólnie żal mi jego żony, siebie trochę też, bo swojego czasu nabrałam się na jego „kocham”, ale … ja układam sobie teraz życie z kimś innym, a ona nadal z nim jest czy też musi? być…