Moge powiedziec, ze miewam bardzo podobnie. Czesty niepokoj i myslenie, ktore oscyluje, ze nawet jak bedzie dobrze to i tak sie cos wydarzy zlego, cos sie popsuje itp. a ostatnio wrecz stany deprsyjne i kompletny brak wiary, ze jeszcze zaswieci slonce. Zaliczam sie do grupy osob, ktore nie wierza w "wieczne" szczescie. Wynika to z faktu, ze kiedys zawierzylem tak bardzo, ze moze tak byc i gdy sie zesypalo to uczucie bylo mysle porownywalne ze spadkiem na goly beton z trzeciego pietra. Niestety nadmierny entuzjam i wiara bywa czesto bolesna, podobnie jak te drugie mysli, ktore kaza myslec, ze nawet jesli teraz jest dobrze, to i tak bedzie zle, bo powoduja, ze nie potrafimy sie cieszyc z tego co jest, tylko zamartwiamy na zapas. Sztuka jest wyposrodkowac to wszystko i jednoczesnie przezywajac w danej chwili szczescie, podswiadomie byc przygotowanym na ten gorszy okres w zyciu.
Bycie samoswiadomym oprocz szeregu zalet bywa zwyczajnie uciazliwe. Zamiast po prostu "zyc" i skupic na tu i teraz, czlowiek dokonuje szeregu niepotrzebnych analiz i kalkulacji z ktorych nic nie wynika.
Tez nie mam na co narzekac i mysle sa osoby, ktore mogloby pozazdroscic mojej sytuacji. Dobrze platna praca, samochod, mam gdzie mieszkac i co zjesc, zdrowie w porzadku, wyglad ok, jestem lubiany, w towarzystwie potrafie duzo zartowac i smiac sie, posiadam umiejetnosc sluchania drugiej osoby, natomiast sam nie lubie opowiadac o sobie, potrafie byc optymista w stosunku do wszystkich tylko nie do siebie, wysluchac doradzic, podniesc na duchu itp. A mimo wszystko w srodku jestem bardzo nieszczesliwy, nie potrafie tak szczerze sie z niczego ucieszyc. To ze mamy usmiech na twarzy, nie znaczy, ze w sercu tez jest.
Czasem zastanawiam sie czy nie bylbym dobrym psychologiem. To dziwne bo sam siebie nie widze opcji naprawic, ale kogos bym moze mogl. Lubie dokonywac analizy zachowania, charakterow, osobowosci innych osob. To jest oczywiscie taki paradoks bo jak osoba, ktora sama ma problemy i sobie nie radzi chcialaby kogos "naprawiac" ; )