Honey jak tak piszesz o tym to dochodze do wniosku, ze ze mna tez bylo niedobrze... nie umialam zostawic malej z mama, maz mnie wrecz sila wyciagal na zakupy, czy nawet ot tak na chwile sie przejsc czy pojechac nad wode i posiedziec we dwojke. Nie umialam z nim o niczym innym rozmawiac jak o Majeczce, nie wierzylam, ze ktos inny moze cos przy niej dobrze zrobic. Z mezem sie klocilam co chwila, ale to juz mialam takie stany, ze najpierw sie darlam na niego o byle co, pozniej rzucalam sie z rekoma na niego, wyrzucalam z domu, a pozniej cala sie trzeslam z nerwow, plakalam ze ma mnie nie zostawiac samej z corka bo w takim stanie nie umiem sie nia zajac, pomoglo dopiero jak naprawde przesadzalam jiz ze slowami do niego i ogolnie z czynami, i ktoregos dnia pojechal(jak polska mecz grala, co przegrali) i wrocil, ja wsciekla zaczelam sie rzucac, gafac naprawde okropne rzeczy, zaczelam sie rzucac rekoma na niego, i dzieki bogu, ze wpadl na to, zeby mnie odwrocic do siebie tylem, przyciagnal do drzwi od garazu zlapal mnie delikatnie zaa szyje(tzn tak bardziej w okolicy szczeki) i kazal sie uspokoic, ze spokojem . Dopiero wtedy zrozumialam, ze naprawde przesadzac zaczelam, w koncu zaczelam z nim rozmawiac, powiedzialam, ze sobie psychicznie nie radze, zechyba mam problem ze soba. Pogadalismy wtedy od serca, i tamtej nocy spalismy osobno, i od tamtej pory chyba jest jakos lepiej ze mna... no i nie wiem moze to od tego, ze zaczelam brac tabletki anty. Nie mam pojecia, ale juz jakos tak coraz lepiej niby ze mna. A zszedl ze mnoe ten stres jak powiedzialam mezowi, ze jednak ide na rok macierzynskiego, nie wracam od sierpnia do pracy