Lilka787, po pierwsze dzięki za pochylenie się nad moim problemem
Miło, że poświęciłaś czas i energię żeby pomyśleć co może mi dolegać itp. ![]()
Co do terapii to ja wiem, że na tą chwilę raczej żadnej się nie podejmę , bo przeczytałam tyle książek n/t i z tyloma problemami musiałam sama dać sobie radę, że od długiego czasu wierzę tylko w samopomoc - od pewnego etapu Świadomości rzecz jasna
Nie ukrywam też, że moja strona praktyczna nie chce płacić za 'terapię', która w moim przyp. sprowadzałaby się do mówienia głośno o tym, co robię częściowo tutaj, a terapeuta mówił by rzeczy, o których ja wiem od dawna albo po prostu słuchał - od tego mam bliskie osoby (niewiele, ale mam).
Co do mężczyzn i seksu.. Myślę, że na Forum wytworzył się jakiś mój obraz nie do końca spójny z tym jak to wygląda dzisiaj, ale tak to jest gdy nie można powiedzieć wszystkiego na raz
Otóż moje podejście do seksu zmieniło się, od 'tamtych czasów' i to zmieniło się na tyle, że jestem w stanie żyć bez niego długie tygodnie i miesiące - dopóki nie trafię na kogoś, kto naprawdę mi się podoba i coś we mnie porusza.
Nie traktuję seksu jako sposobu na 'rozładowanie stresu', ani nie widzę sensu uprawiania go z innych 'nieseksualnych' powodów. Tylko 'problem' polega na tym, że mimo iż kręcą się wokół mnie mężczyźni to nikt mi się jakoś na tyle nie podoba 'całościowo' żebym chciała wejść w głębszą interakcję..Nic nie czuję po prostu i szybko się do każdego zniechęcam.
Jeśli już trafi się ktoś z kim rozmowa się klei i jest nić porozumienia na poziomie 'duszy', okazuje się, że mieszka setki km ode mnie i owszem, często gotowi przyjechać, tyle że mnie związek na odległość z kolei średnio interesuje.
Na pewno popełniam jeszcze wiele błędów, których jestem nie do końca świadoma jako że podświadomie bronię się przed związkiem. Ale nie zamykam się na obserwacje czy wnioski innych osób, każdy z nich na poważnie przemyślę i trawię. Nie obrażam się, ani nie biorę jako atak - raczej wdzięczna jestem za poświęcony czas.
Z Roxy jesteśmy diametralnie inne i podobne w tym sensie, że ja kiedyś kiedyś byłam idealistką i uciekałam do świata iluzji, jak ona.
Ale potem odkryłam, że skoro potrafię materializować większość swoich dążeń i myśli, to po co mi iluzje? Raczej bałam się żeby się nie zmaterializowały
bo tak naprawdę dawały mi poczucie pozornego komfortu i bezpieczeństwa, ale w głębi duszy wolałam żeby zostały tam gdzie są - w świecie fantazji.
A jak czegoś NAPRAWDĘ chciałam to materializowało się.
Myślę, że dlatego jestem teraz sama, bo podświadomie moje myśli nie kierują się w stronę związku i szukania partnera który by się do tego nadawał. Ot, cała tajemnica
W pewnym uproszczeniu rzecz jasna.