A może po prostu te 20 stron temu nie byłam gotowa na „zderzenie” się z prawdą? Zamiast za jednym zamachem zdjąć z niego „maskę”, wolałam powoli, milimetr po milimetrze.. oswajać się z tym obrazem, który tam się pojawia. I zamiast wykonywać śmielsze ruchy wolałam choćby na chwilę, znów go zakryć, jednak już ta „maska” nie była taka idealna, bo choć się przylepiło, przyklepało, co oderwałam, to już nie wyglądało, tak jak „oryginał” z moich wyobrażeń – już nie było takie idealne. Powoli nabierałam jednak odwagi by sprawdzić, co jest pod spodem. I chociaż prawdziwy obraz zaczynał mi się rysować coraz bardziej wyraźnie… to jednak wciąż próbowałam zaklinać rzeczywistość, że jednak to nie jest to co widzę… bo te resztki maski (pewne szczegóły, sprzeczności), które nie pasowały do tego co zaczynam widzieć, jeszcze rozmywały obraz (dawały nadzieję, że jednak gdzieś się mylicie). I ostatecznie Summerka pomogła mi je zerwać.
Wiecie, tak sobie teraz myślę, o żonach/osobach, które na co dzień żyją z takimi jednostkami… Jak się tak człowiek uprze, nie przejdzie tej drogi do prawdy...zaklnie rzeczywistość woląc żyć w iluzji, wyobrażeniami, to może i całe życie przeżyć z taką osobą mając wrażenie, że jego małżeństwo/partner byli idealni. I na koniec powiedzieć – dobrze, że wybaczyłam zdradę, że nie posłuchałam ludzi, którzy tak bardzo się mylili. Przecież on wciąż był taki cudowny dla mnie! Tyle bym straciła. W końcu inny/„zwykły” facet nigdy by mnie tak nie traktował, nie robił tylu rzeczy bym czuła się wyjątkowa (a że to tylko gra pozorów? Co tam! Ważne jak ja się w tym czuję – a czuję wyjątkowa). Kto takich gestów, szczególnie wrażliwa osoba, nie odbierze jako objaw tej „prawdziwej’ miłości? Tej wyjątkowej? Wystarczy, że będzie się uległą, łatwowierną (przestanie węszyć zdrady) i masz życie jak w bajce. Dla mnie ta droga do prawdy była konieczna i potrzebna by się ratować, bo byłam tą trzecią, ale dla żony? Nie wiem czemu wciąż mam w głowie teraz watek GIA. Ile osób żyje w „iluzji” dobrego małżeństwa/idealnego męża? Smutne to trochę.
Edit: sama nie wiem, co bym zrobiła, mając z taką osobą np. dziecko, będąc żoną. Miałam to szczęście w nieszczęściu? że zorientowałam się wczas że facet jest żonaty… a i tak jego „czar” ciągnął się za mną te lata.. blokował, nie pozwalając ułożyć sobie życia z innym, bo żaden nie dorastał mu do pięt. Tyle, że tamci faceci nie grali – byli sobą. Przez co wydawali się tacy „zwykli”, nijacy, z defektami. A przez to on jeszcze bardziej w mojej głowie „wyrastał” na ideał. I nagle się pojawił mówiąc o „niespełnionej miłości” do mnie. No i jak tu nie zgłupieć? W tym całym moim emocjonalnym oderwaniu od rzeczywistości, bozia na szczęście mi dała też rozsądek i logikę. Ale pomiędzy nimi była ciągła walka. Taka przysłowiowa serce-rozum. Myślę jednak, że nie mam problemów z moralnością, ale właśnie z emocjami/uczuciami.
Czytałam wiele wątków o zdradzie. I właśnie, są zwykle 2 sytuacje – albo kryzys, oddalenie, albo wręcz przeciwnie. I o dziwo, to właśnie w tym drugim przypadku, kobiety łatwiej wybaczały, czyż nie? Bo wciąż miały na co dzień „dowód” miłości. Jakie to mylne. Jak potrafimy się oszukiwać, dawać sobą manipulować.