Roxan, gdyby mnie ktoś pisał takie sms-y (jak to tęskni itd.), zawracał mi głowę... a jednocześnie przy próbie konfrontacji rzucał tego typu teksty o "przyjaźni", to uznałabym, że próbuje ze mnie zrobić głąba... lub, co gorsza, za głąba mnie uważa....
Ten człowiek wie, co do niego czujesz, widzi Twoje zaangażowanie i Twoje emocje...
I wykorzystuje to... dla wzmocnienia swojego ego. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Odwróć tą sytuację: to Ty masz męża, jesteście już "starym, dobrym małżeństwem, macie dzieci i całkiem dobrą rodzinę... tyle, że wkradła się już w Wasz związek lekka nuda i rutyna; tymczasem w Twojej pracy pojawia się zapatrzony w Ciebie, wzdychający i rzucający ukradkowe spojrzenia dzieciak... takie ciasteczko... któremu, w dodatku możesz pomóc w karierze, zaopiekować się nim. Nie skorzystałabyś z tej dodatkowej porcji adrenaliny i paliwa dla własnego ego?
Och, jak łatwo jest pierdzielić o przyjaźni...
przecież ja od Ciebie niczego nie chcę, niczego Ci nie obiecywałem... chcę się z Tobą tylko przyjaźnić... och, powiem więcej... tak straaaasznie mi na tej naszej pięknej przyjaźni zależy!
Jakie to proste, a jednocześnie płytkie i puste...
A Ty Roksan w to idziesz jak owca na rzeź...
O czym on ma z Tobą rozxmawiać na boga?? Co ma Ci powiedzieć? On nie ma Ci nic więcej do powiedzenia... i nie zrobi tego Roksan... choćbyś nie wiadomo ile na to czekała... choćbyś nie wiadomo roiła sobie w swojej głowie...
Choćby Xymena nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, pisząc w kółko o jego "prawdziwej i szczerej miłości", od której zrealizowania oddziela go tylko poczucie odpowiedzialności w stosunku do niekochanej żony...
Roxan, wg mnie masz tylko dwa wyjścia, żeby się z tego wyleczyć.
Pierwsze - wejdź w to w całości, bez żadnych ograniczeń. Zwyczajnie: skorzystaj. Ale nie na takiej zasadzie jak do tej pory. Że swoje uczucia i emocje dusisz w sobie, a pan żonkiś jest zwolniony z odpowiedzialności za Ciebie, nie martwi się Twoimi odczuciami (wszak to "tylko" przyjaźń), a Ty sama się kontrolujesz i dbasz o to, by mu za dużo na głowę nie nawrzucać. Zrób wręcz przeciwnie: utnij z nim sobie kolejny romans, teraz już świadomie (że to tylko romans), ale "obdarz" go wszystkimi tego konsekwencjami: niech martwi się, że się zakochałaś i tak łatwo mieć już nie będzie... dzwoń do niego co godzinę i zawsze wtedy, gdy poczujesz taką potrzebę; wyznawaj mu swoją miłość i tęksnotę... itd itp.
To Cię za jakiś czas wyleczy. Bo po pierwsze, zaspokoisz własne potrzeby, a takie zaspokojone - jak wiadomo - po góra dwóch latach opadają.... a po drugie - pan żonkiś szybko pokaże Ci swoją prawdziwą twarz
To Cię powinno szybko otrzeźwić.
Masz też drugie wyjście - zerwać z nim całkowicie kontakt. Ale to oznacza także zmianę pracy. I konsekwentną, systematyczną pracę nad sobą - czyli nad wywalaniem go z głowy. To też potrwa... ale za kilka-kilkanaście miesięcy powinno Ci się udać. Tylko potrzeba bezwzględnie spełnić ten jeden warunek - zero jakiegokolwiek kontaktu.
Powodzenia 