truskaweczka19 napisał/a:Nie mam pojęcia jak to jest, nikt nie ma pewności. Niemniej tak, już nie cierpią, bo tak, ból musi być straszny.
No rozumiem. Mój facet za to z 12 lat temu miał uśpionego psa, jakoś tak chyba,więc dawno, też rak, no i nadal czasem łza mu się zakręci. To był dla niego przyjaciel, wszędzie razem, po prostu bardzo kochał tego psa, był do niego najbardziej przywiązany. Mają innego psa, ale to po latach dopiero wzięli. No, a niektórzy wcale nie chcą więcej, jak moja mama żyła, to też już psa nie chciała. Ja kiedyś może tak, ale jak się wyprowadzę kiedyś. Niemniej wiadomo mój facet ma psa, ale i tak największym jego przyjacielem był tamten pies, takie uczucia zawsze będą w sercu myślę.
Sąsiedzi rodziców mają tak samo. Mieli takiego Edka, staruszka. I on zawsze spał z nimi w łóżku. I pewnego wieczoru szedł na górę, poślizgnął się, spadł ze schodów. Pani Edka bardzo płakała, potem jak o tym mówiła też płakała. Nie chcą już innego psa. Swoją drogą pamiętam Edka, fajny był. Miejmy nadzieję że gdzieś tam jest mu dobrze.
A ja mam tak, od dziecka, że w pierwszej chwili nie potrafię płakać. Dopiero po godzinie, dwóch, czasem więcej. Nie wiem czemu. Siedzę, patrzę się w ścianę i nic. Nawet nie myślę wtedy chyba. Jak moja kotka umarła to nie potrafiłam płakać od razu. Mam płakała od razu, ja nie wiedziałam co się dzieje.
Tak samo jak mój kot obecny miał podejrzenie guza w okolicach wątroby (na szczęście to było tylko zwłóknienie, które się samoistnie jakoś zmniejszyło na lekach i karmie weterynaryjnej), to na początku, jak widziałam to usg, to nic, stałam, patrzyłam. Dopiero jak miałam już kupować karmę, płacić, wychodzić, to stanęłam w takim kąciku jak wszyscy wyszli tylko został mój facet który trzymał kota i rozryczałam się. No ale jest wszystko dobrze, całe szczęście. Ale boję się, bo wiem, że moja podświadomość nie rozumie i nie przyjmuje do wiadomości śmiertelności mojego kota. Po prostu nie. Nie czuję tego, że to już staruszek. A najbardziej boję się, że nie będę potrafiła podjąć odpowiedniej decyzji - czy ratować, czy eutanazja. Tak samo jak wtedy było podejrzenie guza, a guzy wątroby są z reguły nieoperacyjne i nie chcą się tego podejmować, to obdzwoniłam wszystkie lecznice, byłam nawet gotowa iść do onkologa, ale na szczęście jest dobrze. Co najlepsze kot sie CAŁY CZAS dobrze czuł, a to wyszło przez przypadek - gorsze wyniki badań krwi, enzymy wątrobowe mu podskoczyły do góry.
Moim zdaniem ważne jest też podejście lekarza. Tam gdzie ja chodzę jest ojciec, syn i synowa. I o ile młodzi są ok, podtrzymywali mnie na duchu, to stary (chociaż bardzo dobry specjalista) walnął mi tekstem: "no ja swojego kota chorego właśnie na wątrobę pożegnałem w wieku 7 lat"... i wyszedł. A mi gały aż wyszły ze strachu. No ale facet ma lata praktyki, specjalizację z chirurgii, więc nie wiem...