Ja mam wrażenie, że to nie chodzi o to, że ktoś każe komuś tak wprost lubić dzieci, bo raczej na hasło "nie lubię" pojawia się najwyżej zdziwienie albo odpowiedź "a ja lubię, przecież takie małe są słodkie". Nikt WPROST nie zmusza do tego. Problem w tym, że te osoby, które dzieci lubią, nie do końca rozumieją to, co się kryje pod stwierdzeniem "nie lubię dzieci". Bo mimo tego, że ktoś przyzna, że w porządku itd., to nadal odbiera to tylko jako takie "aha, no okej, to nie będziesz mieć" - a to nie tylko o to chodzi. Po prostu z góry większość zakłada, że wobec dzieci każdy ma jakieś tam odczucia, że powinno być ich żal, jeśli głodne, że zrozumienie dla ich zachowań, że wsparcie dla rodziców, że... Ale oczywiście każdy powie i tak, że dzieci lubić nie musisz.
Tzn. chodzi mi o to, że jeśli ktoś powie, że nie lubi zwierząt i nie obchodzi go np. testowanie leków na nich, to ja nie oczekuję od takiej osoby żadnych cieplejszych uczuć wobec zwierząt. Przecież to nawet nie wina tej osoby, że jej to nie interesuje. Natomiast jeśli się powie, że się nie lubi dzieci, to - przy konsekwencjach tego stwierdzenia - pojawia się oburzenie. No bo można dzieci nie lubić, ale nie można mieć gdzieś tego, że są głodne czy chore. Jeśli Cię to nie wzrusza, to ogólnie jesteś pozbawionym empatii potworkiem. Ewentualnie pojawiają się tłumaczenia, że to nie wina dziecka albo że to dziecko, więc może coś tam. I okej, to może być prawda - tylko to dalej nie nakłada na nikogo obowiązku przejmowania się tym.
Ja jak już większość wie pewnie, uwielbiam zwierzęta. Dzieci nie lubię, o ile nie wchodzą mi w drogę. Jeden z moich współlokatorów uwielbia dzieci, nie lubi zwierząt. Tzn. te zwierzęta są mu obojętne. Jak wyjeżdżam, to oczywiście nakarmi mojego kota czy coś, ale na pewno nie będzie wkoło niego skakał i robi to dla mnie, a nie dla niego. Więc nie każę mu go kochać, przytulać, znosić na stole podczas obiadu; nie pozwalam nawet kotu wchodzić do niego do pokoju. ROZUMIEM to, że on nie lubi zwierząt. Nie tłumaczę, że to kot, więc nie rozumie czegoś, bo mojego współlokatora to nie obchodzi. Jak mojemu drugiemu współlokatorowi, który koty na szczęście lubi, kot nasikał do łóżka, to nie bawiłam się w tłumaczenie kota, tylko wyprałam wszystko i zaproponowałam, że odkupię, jeśli zapach nie zejdzie w żaden sposób. Proponowałam też, że jak on będzie miał otwarte drzwi, to ja będę kota u siebie zamykać, ale nie chciał. I to jest dopiero zrozumienie, że ktoś czegoś może nie lubić. Bo ja się domyślam, że mamusia może dziecko chlapiące piciem wytłumaczyć na sto sposobów, ale mam to w nosie, bo dla mnie liczy się efekt - stoję w zatłoczonym autobusie i cała się lepię. Cud, że wracałam wtedy do domu, a nie jechałam np. na egzamin czy rozmowę kwalifikacyjną.