Snake napisał/a:Wiesz ja myślę, że po prostu do ciebie i niektórych koleżanek już dotarło, że możecie zrobić 3 fakulety, doktoraty, zarabiać i się "spełniać" ale koniec końców i tak ktoś zapyta: no dobra fajnie, fajnie ale co tam u twoich dzieci? No i wkurza was, że wasze zdolności, wiedza nie dają wam praktycznie żadnych for i poważania "na ulicy", a przynajmniej równoważnego atencji jaką ma ta głupia Zośka co zaciążyła pod koniec liceum z samego faktu, że idzie ulicą z brzuchem czy tym bachorem. Szczerze życzę żebyście w końcu zrobiły sobie dzieciaka, bo to przywraca zdrowy rozsądek i harmonię ducha. Nie mówiąc już o tym, że często kobieta bez dziecka im starsza tym bardziej staje się przykra w odbiorze.
Nie wiem, co miało znaczyć to "na ulicy", bo oczywistym jest, że nie ma się zainteresowań czy wykształcenia wypisanego na czole. Natomiast mimo wszystko w mojej rodzinie i wśród znajomych nie spotykam specjalnego poważania kobiet, które zostały matkami - jeśli chodzi o szacunek, podziw. Raczej zdają sobie sprawę z tego, że rodzenie dzieci nie jest niczym szczególnym. Jasne, większość moich znajomych i rodziny zainteresuje się bardziej tymi dziećmi - pójdzie obejrzeć malucha i takie tam, ale nawet ja lubię swoje "rodzinne" dzieci. Czy to małą kuzynkę czy kogoś tam. Pewnie dlatego, że nie mam ich na co dzień. Tyle że ja je po prostu lubię. Mogę wziąć na spacer, pobawić się, nakarmić itd., ale na pewno nie ćwierkam nad nimi, nie wyrywam matce i nie zajmuję się, jeśli nie chcę. Po prostu kolejny członek rodziny. Ale już przy koleżankach jest różnie - jeżeli ma dziecko i zachowuje się normalnie, to spoko. Też z ciekawości to dziecko zobaczę. Ale jeśli dalsze spotkania mają przebiegać pod hasłem "ćwierkamy nad moim dzieckiem", to się wycofuję ze znajomości, bo mnie po prostu dzieci nie interesują. Jasne, ją może nie obchodzić to, że gram na pianinie, ale ja jej zagram raz, jak poprosi, a nie ściągam na cotygodniowe recitale. ;p A z głupimi Zośkami zaciążającymi w liceum jakoś nie mam kontaktu, więc ciężko powiedzieć.
Cynicznahipo napisał/a:Twoje dzieciństwo nie było dzieciństwem.
Mam wrażenie, że nie pozwolono Ci być dzieckiem.
Dzieciństwo właśnie na tym polega - na beztroskiej zabawie, niewinności. To czas na bezmyślne zabawy, taplanie się w basenie, w błocie. Rzucanie się kamykami, konkursy kto dalej napluje.
Przykro mi, że tego nie poznałaś. Stąd pewnie Twój sposób myślenia, wieczne dążenie do perfekcji.
Nie ma ludzi perfekcyjnych, sama się zadręczasz.
Moim zdaniem to nie do końca tak. Jestem przeciwna ZMUSZANIU dziecka do zajmowania się czymś tam, ale uważam, że dobrze mu pokazać różne możliwości. To znaczy, wiele dzieci, które spędza czas wyłącznie na zabawie, robi to dlatego, że nie wie, co można innego - mówię o dzieciach w wieku przedszkolnym.
Jak byłam mała, mama uczyła mnie akrobatyki, chodziłam też na jakieś śmieszne zajęcia balet + akrobatyka i do przedszkola muzycznego (sekcja przy szkole muz.). Miałam też dodatkowy angielski w przedszkolu. I nikt mnie do tego nie zmuszał. Mama trenowała akrobatykę, ja widziałam, co umie i było "chcę też". To mnie uczyła i zapisała, gdzie trzeba. I dawało mi to radość, mimo że musiałam ćwiczyć. Mama grała na pianinie i skrzypcach - mi się spodobało pianino, to mnie też najpierw uczyła sama, potem zapisała do przedszkola. I chociaż były tam inne zajęcia, nie tylko instrument, bo i śpiew, i rytmika, to mi się podobało. A wiele osób zarzucało mamie właśnie, że MNIE ZMUSZA do robienia tego, co ona. Nie, to ja chciałam. Tata trenował karate, też chciałam, nie podobało mi się, to mnie przestał uczyć - nikt mi niczego nie kazał. W przedszkolu można było mieć angielski, a można zabawę - mi się podobało, że nauczę się czegoś nowego, chociaż oczywiście nie patrzyłam wtedy na to, że się przyda. Po prostu - chciałam. Wszyscy jeździli na nartach - nauczyli mnie, jak miałam 2 lata. Jeżdżę do tej pory - faktycznie, czas zabrany z beztroskiej zabawy. Jak to było dla mnie zabawą. ;p Dziadek gra w tenisa - zabierał wszystkie swoje wnuki, uczył, które chciało, to zapisywał potem do szkółki tenisowej na wakacjach. A jak nie chciało - nie musiało. W ogóle dużo rzeczy podłapywałam od dorosłych - tak samo szachy, jak pisanie/czytanie. Skoro chciałam, to mnie uczyli. Jak w zerówce dzieci się uczyły czytać, to mnie mama uczyła części zdania i rozbioru logicznego zdania - bo w jakiejś polonistycznej książce babci wpadło mi w oko i chciałam się nauczyć. A części mowy jeszcze wcześniej.
Ale to nie znaczy, że uważam, że każde dziecko trzeba uczyć grać na czymś albo poznawać materiał szkolny kilka lat wcześniej. Chodzi mi o to, że jeśli nikt by mi tego nie pokazał, to jako kilkulatka nie wiedziałabym, że istnieje coś poza lalkami i że może być fajne. Poza tym żadna z tych rzeczy nie zabrała mi dzieciństwa, bo i łaziłam po drzewach, i po drabinkach, i nad rzekę. Nawet jako jedno z pierwszych wspomnień dzieciństwa mam takie, że po drzewach łaziłam z rodzicami.
Ale dawało mi to taką samą frajdę, jak granie na pianinie na przykład. A, jak napisałam, część osób krytykowała moich rodziców - że mnie zmuszają, że ja taka biedna. No jasne... ;p