witam Was kobietki:)
jestem pod wrażeniem waszej grupy wsparcia, tego jak się motywujecie i jakie jesteście silne.
Mogę dorzucić i ja swoje 3 grosze co przeszłam i jakie są moje przemyślenia ,wnioski i obecna sytuacja i podejście?
Już nie raz wypłakiwałam się na tym forum, pisałam swoją sytuację, więc tu opiszę zwięźle. Mam 24 lata. Jakieś 2 miesiące temu z hakiem rozstałam się z byłym partnerem ,który ma borderline. Byliśmy ze sobą prawie 4,5 roku. Związek ten to była prawdziwa sinusoida. Raz cudownie, zaraz beznadziejnie. Kłótnie o byle co, bo eksio wstał lewą nogą ,bo sobie coś ubzdurał, bo coś mu się nie spodobało. Oczywiście podczas kłótni byłam wyzywana, poniżana, moje rzeczy były niszczone, wszystko mi było wypominane. Wiele razy pojawiał się temat - zamieszkajmy razem. Ja zawsze miałam opory, bo mimo wszystko widziałam jaki on jest i liczyłam że może się uspokoi z czasem (nie wiem w sumie co myślałam). Rok temu, niecały w sumie... dowiedziałam się ,że miał drugi związek na boku. Z dziewczyną się spiknęłyśmy, zrobiłyśmy mu nalot. Oczywiście związek zakończyłam. Po kilku dniach on się odezwał. Błagał, płakał, żalił się i w ogóle cuda na kiju. Ja, głupiutka z braku laku stwierdziłam ,a no ok.. wybaczę. Oczywiście dobrze było tylko przez jakiś czas. A potem znów kłótnie. Wiele razy chciałam odejść i szykowałam się do tego, ale byłam zbyt słaba. Miałam swoje życie, on miał swoje. Widywaliśmy i nie wiem czego oczekiwaliśmy ,że nagle będzie cudownie ? Oczywiście nie raz się rozstawaliśmy, nie raz narzekał ,że jestem taka siaka owaka. Ale zawsze się odzywał i chciał powrotu, a ja wracałam...
Jakieś dwa miesiące temu stwierdziłam nie... to koniec ostateczny, widywaliśmy się i tak bardzo rzadko, nie dawało mi to żadnego szczęścia. Na początku było tak o... potem troszkę lepiej, teraz gorzej. Widzę że podobnie jak i u Was.
On się nie raz odzywał, albo kochaniutki ,że mnie kocha, że chce tego związku. Albo że niby coś usłyszał i wyzywanko. Różne akcje. Nie ugięłam się.
A jak jest teraz ? Teraz jakoś mam nadzieję ,że chwilowo gorzej.
Mam podobne myśli jak i Wy. Rozum wie, że to nic nie warty skurw.... że on całe życie będzie miał beznadziejne, bo nie leczy się, a powinien. Że każda dziewczyna będzie przechodziła to co ja. Ale jest tęsknota... teraz wiem ,że to tęsknota za jakimś durnym myśleniem ,że jestem w związku i jest jedna taka osoba na świecie która budzi się i myśli o mnie. Jasne, trzeba się nauczyć żyć samemu i cieszyć się tym stanem. Ale przecież to logiczne, że jak się było w związku tyle czasu to nagle nie zmieni się myślenia "ale super, jestem sama". Poza tym to też wg mnie nie powinno o to chodzić, że mamy celebrować życie singielki. Ja patrzę teraz na to tak - doceniam ten spokój i ciszę, odpoczywam po tym chorym związku, ale jak wyciszę się i oczyszczę emocjonalnie to chciałabym się zakochać. Bardzo. Jak raz się rozstaliśmy to próbowałam, ale nie było chemii. A na szczęście ja tak nie potrafię być żeby być, musi być to coś.
Też tak macie ,że aż się wkurzacie na same siebie ,że to przeżywacie ? Mi jest strasznie wstyd, że tak bezwartościowa osoba pojawiła się w moim życiu, fakt, nauczyło mnie to bardzo dużo, ale mimo wszystko. To wstyd, że przez takiego beznadziejnego typka teraz jest mi ciężko i są dni kiedy nie chce mi się nawet wstać z łóżka.
Nie zamierzam z nim w ogóle rozmawiać, bo to mnie tylko niszczy.. żyję sobie swoim życiem, wychodzę dużo do znajomych, uprawiam sport, mam swoją pasję.
Ale to nie jest wszystko takie łatwe jakby się zdawać mogło...