U mnie w rodzinnej wsi to na takich jak autorka mówi się nieładnie "wyżej sra niż dupę ma"
Uważa się za lepszą we wszystkim, inni muszę sobie zasłużyć na jej towarzystwo, nie szanuje innych ludzi, nie traktuje jak równych sobie. Rówieśników od siebie odstraszała. A dlaczego? Ponieważ uważała się za tą lepszą, która nie powinna "pospolitować z chamami". Pomaganie innym, nawet w rodzinie to też nie dla niej. Cóż z tego, że ktoś może mieć poważny problem, kiedy dla niej najważniejszy jest jej wygląd i makijaż. A kobiety tak samo nadają się do choćby tego przykładowego wypychania samochodu z zaspy. Bo życie to nie bajka, księżniczki rodzą się rzadko i raczej nie w Polsce 
Każdy z nas jest człowiekiem, który powinien być przygotowany na każdy rodzaj pracy, również tej w domu, również tej fizycznej.
Ja chyba mam odmienna definicję nie szanowania się niż autorka. Wg mnie to ona się nie szanuje "wyceniając się" na pieniądze, pozycje społeczną itp swojego potencjalnego partnera, zamiast zwrócić uwagę na uczucia, więzi emocjonalne, zgodność charakterów. Kryterium finansowe to dla mnie nieodpowiednie kryterium do oceniania ludzi. Gdybym miała wybierać patrząc na stan konta jak Ludmiła to nie byłabym na pewno ze swoim chłopakiem, bo jego rodzina do bogatych nie należy, wręcz przeciwnie. W moim odczuciu ważniejsze są inne cechy: ambicja, pracowitość, odpowiedzialność, troskliwość, skromność, czułość, szacunek do innych ludzi i do ich pracy. Być może to naiwne, utopijne, ale sądzę, że miłość ( czy fizyczna czy emocjonalna) nie powinna mieć nic wspólnego ze stanem posiadania.
Nie lubię krytykować ludzi, ale muszę powiedzieć, że taki człowiek jakim wydaje się być autorka zasługuje na szacunek mniej niż pozostali ludzie, właśnie z powodu tego, że ona nie szanuje innych oraz ich poglądów na to, co jest właściwe. Uważanie się za "księżniczkę", lepszą od pozostałych jest żałosne. Lepszy człowiek to przede wszystkim człowiek skromny, który potrafi słuchać, wczuć się w sytuację drugiego, pomóc nie tylko słowem, ale tez w konkretny sposób w razie potrzeby, człowiek, który nie boi się ciężkiej pracy, rezygnacji z czegoś, kompromisów (bo te są w życiu konieczne prędzej czy później), który liczy się z innymi ludźmi.
A co do tematu seksu w młodym wieku, to moje zdanie jest takie, że autorka ma rację co do gimnazjalistek bawiących się w rzeczy, których nie rozumieją. Uważam, że seks zawsze niesie za sobą ryzyko ciąży. Często się słyszy, że antykoncepcja zawiodła, co za tym idzie na seks powinni decydować się ludzie świadomi ryzyka i gotowi ponieść ewentualne konsekwencje. Dla mnie takie minimum to 18 lat, bo wtedy można iść do pracy, zarobić na siebie, ale oczywiście jak ktoś zaczyna wcześniej i czuje się gotowy to jego indywidualna decyzja.
Jedyne czego ścierpieć nie mogę to skrajnie tempi gówniarze, którzy uważają, że raz czy dwa "na yolo" nie zaszkodzi, a seks to tylko dobra zabawa.
Oj oj ale się rozpisałam...