Bywa, że seks jest udany pomimo braku orgazmu, ale gdy orgazmu jakiś czas (lub wcale) nie ma, to jeden z partnerów odczuwa presję, że powinien dojść, skoro mu dobrze, a drugi się stara. Mówię z doświadczenia. W sumie temat odbiega od głównego, ale wtrącę swoje 3 grosze. Ja potrafię osiągnąć nawet kilka orgazmów podczas seksu, ale są one nieregularne. Po prostu - raz dochodzę, raz nie, innym razem tracę orgazm na 3 miechy ni stąd, ni zowąd. Na udawanie zdecydowałam się raz w życiu, nie polecam. Partner rozpoznał. Jeśli dwoje ludzi się kocha i zna swoje ciała, to nie da się ich oszukać. Jeszcze długi czas po tym zdarzeniu miał do mnie żal, a ja byłam zła sama na siebie, bo do niczego mi to nie było potrzebne. Po prostu miałam dość tej orgazmowej abstynencji (bardziej ze względu na niego niż siebie, bo mi zawsze pozostawał jeszcze oral itp) i po prostu nie chciałam, żeby wpadł w kompleksy, że to z nim coś nie tak, bo akurat jak dla mnie, orgazm kobiety podczas seksu w ogóle nie zależy od partnera, także tu Was, drodzy Panowie, rozczaruję, ale gdyby nie szczegółowa instrukcja Waszych kobiet, to każdym sprzętem guzik byście zdziałali. Trzeba wiezieć jak i kiedy napiąć dany mięsień, docisnać do siebie mężczyznę (ja na przykład muszę mieć więcej krótkich i płytszych ruchów, dopiero potem głębszych, jak już odczuję przyjemność biegnącą z łęchtaczki). Wolę ruchy bardziej posuwiste niż stricte włóż-wyjmij i wiem, że nawet największy Casanova nie doprowadziłby mnie bez mojej (także psychicznej!) zgody. Kobietę potrafi rozproszyć nawet jeden nieodpowiedni ruch, jedno spojrzenie nie tam gdzie trzeba, nagłe szczeknięcie psa za oknem, dosłownie wszystko. To jej stan emocji/uczuć i świadomości ciała decyduje o orgaźmie, a nie techniki faceta. Miałam tekiego jednego, co to podobno mistrz kamasutry, szczycił się swoimi umiejętnościami, a dla mnie był jednym z gorszych kochanków, jakich w życiu miałam i chciałam kończyć jeszcze szybciej niż zaczęłam. Orgazmem się to, rzecz jasna, nie skończyło, a wręcz niesmakiem i rozczarowaniem, bo za bardzo myślał o tym, że "on wie" niż obserwował to, czy jest mi dobrze i słuchał moich pragnień.