Długo zastanawiałam się czy napisać, bo nie chciałam opisywać swojej historii i pewnie nie uczynię tego w detalach, ale chciałabym zwrócić na coś uwagę a mianowicie na to jak taka walka o swoje "szczęście" może się skończyć...
Ja miałam romans z żonatym mężczyzną, który o mało nie zakończył się tragedią, gdyż dałam sobie prawo do ocenienia czyjejś miłości a raczej jej braku i zgodziłam się,aby mężczyzna zostawił swoją rodzinę dla mnie.Gdy poinformował o tym swoją żonę, musiała być ona bardzo zdesperowana i posunęła się do bardzo drastycznych kroków...Przez swoją głupotę, skrajny egoizm prawie miałam na sumieniu czyjeś życie...Nawet taką bezmyślną, rozpieszczoną "księżniczkę" jaką byłam zmusiło to do refleksji...Nie mieściło mi się w głowie,że szukając swojego "szczęścia" doprowadziłam do takiego nieszczęścia...Jeśli miałabym taką możliwość, to przeprosiłabym tamtą kobietę,ale nie mam i wiem,że to by wyrządziło jeszcze więcej krzywdy...
Mężczyzna, dla którego ,rzekomo, byłam "najważniejsza" nagle zniknął, po tym wydarzeniu nawet nie porozmawialiśmy, nie pożegnał się ze mną, potraktował mnie jak szmatę...Była to bardzo bolesna lekcja, bo miałam ogromne poczucie winy a jednocześnie poczucie krzywdy i bardzo ciężko było mi poradzić sobie z tym ogromem emocji. Byłam bliska obłędu...Ten romans kosztował mnie bardzo wiele i do końca jeszcze sobie nie wybaczyłam,że pozwoliłam,aby to wszystko tak się potoczyło.
Czy te chwile kradzionego szczęścia były warte tego cierpienia? Odpowiedź jest jednoznaczna- NIE. Gdybym miała możliwość, to cofnęłabym czas,aby to się nigdy nie wydarzyło...
Jeśli coś jest "dobre", to nie trzeba o to walczyć, "bić" się o to z drugą kobietą, wyrywać pazurami...Miłość jest pięknym uczuciem, które na pewno nie unieszczęśliwia innych ludzi i nie doprowadza ich do rozpaczy...Teraz mnie wzdryga jak sobie pomyślę o tym,że on mówił,że mnie kocha i budzi się we mnie wewnętrzy sprzeciw, bo nie chcę być "kochana" w taki wyrachowany, egoistyczny,tchórzliwy, "brudny" sposób. Zasługuję na miłość, która sprawi, że będę lepszym człowiekiem dla innych i dla siebie, która nie będzie kalkulować, nie sprawi,że będę się czuła jak kobieta gorszej kategorii...
Jeszcze odniosę się do tego co napisał pitagoras o trosce o innych...Rzeczywiście podczas swojego romansu nie troszczyłam się o żonę mojego kochanka, doszłam do wniosku,że ona go nie kocha (takie wyciągnęłam wnioski z tego co mówił i dałam sobie prawo ocenić jej miłość)i dla niej rozwód też będzie szansą na ułożenie sobie życia z kimś innym...Choć czasami było mi jej tak po ludzku żal, ale nie wystarczająco mocno,abym zrezygnowała z romansu z jej mężem.
Jednak lekcja, którą dostałam w związku z tymi okropnymi doświadczeniami spowodowała,że zdałam sobie sprawę,że ja nie jestem "pępkiem" świata i odkryłam po prawie 30 latach życia,że inni też mają uczucia a ja jeśli chcę móc przeglądać się co rano w lustrze, to muszę zacząć szanować te uczucia...I teraz wiem,że "moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka".
I zaczęłam pomagać, co prawda nie głodującym dzieciom w Afryce, ale naszym polskim dzieciom
I tym razem nie ograniczyłam się do dania pieniędzy, pieniądze dać jest łatwo jeśli samym nam ich nie brakuje. Ja poświęcam swój czas, swoją energię, uczę się pokory, empatii...I teraz wiem,że taka postawa daje o wiele więcej satysfakcji w życiu niż latanie za "motylkami". Fajnie jest nie czuć do siebie pogardy i móc o sobie myśleć,że jest się wartościowym człowiekiem a nie tylko egocentryczną amebą...