Oj Kroteczko, jakże Cię doskonale rozumiem...Niestety zauważyłam, że nie jestem jedyna, która zraniła męża. Mój wątek jest ciut inny ale sedno takie same. Moim błędem było milczenie, przez długi okres czasu. Brak wyrażania swoich chęci, informowania, że jest mi źle, że jestem nieszczęśliwa i tkwiłam w tym przez ogrom czasu...Przed kilkonastoma laty pozwoliłam się włożyć do złotej klatki, która z każdym rokiem robiła się dla mnie za ciasna. Brak kontaktu z kimkolwiek, brak możliwości wyjścia, spotkania się z koleżankami, o kolegach mogłam zapomnieć. Jak gdziekolwiek chciałam wyjść ( sklep, fryzjer, weterynarz) było podszyte podejrzliwością, że pewnie z kimś się umówiłam. A ja godziłam się na wszystko. Urwałam wszystkie kontakty z przyjaciółkami, rodziną, koleżankami, zapewniając go o swojej wielkiej miłości, którą na prawdę czułam. Do czasu, kiedy moja klatka zaczęła być zbyt ciasna...Nie mogłam oddychać i z dnia na dzień stawałam się coraz bardziej nieszczęśliwa. Mój mąż ma obsesją na moim punkcie i przestał sobie z nią radzić. Jestem winna sama sobie, że nie tupałam nogami, że pozwoliłam się zniewolić, że odcięłam się od świata. Stan całkowitego zdołowania trwa od roku, brak szczęścia i apatia. Każda próba rozmowy, kończyła się tekstami typu: "ale czego Ty chcesz? Tak wygląda życie żony! Pranie, sprzątanie to Twoje obowiązki, ja zarabiam na dom" Ok, zgoda. Ale nie godzę się na brak szacunku do mojej osoby i mojej pracy, którą wykonuję zawodowo. A potem praca po pracy i tak co dzień. Owszem, tak wygląda życie, ale chyba jeszcze powinno się mieć jakieś rozrywki? Nie wychodzimy nigdzie, ani do kina, teatru, znajomych nie mamy, bo mój mąż nie potrzebuje innych oprócz mnie do szczęścia i od wszystkich się poodcinał, na spacery tez nie chodzimy. Nie robimy nic! Jestem raczej osobą, która potrzebuje ludzi do życia. Nie potrafię żyć samą miłością, która mnie objęła jak bluszcz. Chcę oddychać. I właśnie, niestety poczułam lekki podmuch od kogoś. Ktoś kto nagle pojawił się w trudnym momencie mojego życia, przy którym zaczęłam czuć się znowu dobrze, z kimś z kim mogłam porozmawiać o wszystkim. Zapytacie, czy z mężem nie mogłam? No, nie. Mąż zabraniał mi czytania książek, bo po co? Jego nic nie interesuje, nie ma hobby, nie czyta, nie słucha muzyki. Kiedy zaczynałam jakikolwiek wątek do rozmowy był ucinany na początku. Z tym kimś nowym to były przede wszystkim korespondencję. Nie spotykaliśmy się, bo wiadomo, że nie było jak. Mój czas jest ściśle kontrolowany, gdzie jestem, o której wracam, sprawdzanie rachunków ze sklepu z zegarkiem i telefonem czy faktycznie kiedy do mnie dzwonił czy byłam w tym sklepie. No to jak się z kimś spotykać? Wystarczyły mi smsy, maila. Codzienny z rana z tytułem Dzień Dobry. Poczułam, ze żyję i ktoś sie mną interesuje. że nie jestem jeszcze stara i mogę być dla kogoś ciekawa, nie tylko fizycznie ale przede wszystkim intelektualnie. Po jakimś czasie, zaczęlam nie wytrzymywać. Nie potrafiłam udawać, że jest coś ze mną nie tak, tęskniłam za tamtym i zaczęłam zdawać sobie sprawę, że moje życie nie powinno tak wyglądać. Że przyjaciółka, siostra dziwiąc się jak ja żyję uważam, że to normalne. Odbyłam rozmową z mężem mówiąc, że jestem nieszczęśliwa, że jestem już zmęczona tym życiem i wszystkim. Niestety nie docierało. No bo jak? Przecież przez tyle lat było dobrze i co nagle? Rozumiem, go bo powinnam była od razu jak tylko zaczęłam tak się czuć, mówić czego potrzebuję a teraz gruchnęło to na niego jak grom z jasnego nieba. Powiedział, ze nie rozumie, i żebym powiedziała czy ktoś jest. Że on to zrozumie itp. No to ja głupia powiedziałam, że jest ktoś o kim myślę, ale to tylko kolega i nic między nami nie było. I się zaczęło piekło...Oszczędzę Wam i sobie znowu tego...Pewnie mi się należało, bo na pewno zdradziłam męża emocjonalnie. Nie powinnam była utrzymywać kontaktów z innym facetem, bo tak się nie robi. Stało się i tyle...Mijają 3tygodnie od tamtego wieczora. Mąż się załamał i zdiagnozowano depresję, z którą już jakiś czas chodził. Zaczął terapię u psychologa i leczenie u psychiatry. Wychodzi na jaw skąd u niego te zachowania, ta obsesja. Nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Rozpetałam piekło, piję piwo, którego sobie sama naważyłam, które wylewa mi się uszami. Czuję, że zamiast wywalczyć coś dla siebie i zacząć żyć w normalnym związku, siędzę w tym bagnie jeszcze głębiej. Muszę go wspierać, rozwalił się totalnie przy tej terapii, ma tylko mnie a ja go nadal utwierdzam, ze jest ok. Ale ja nie wiem, czy będzie ok. Czy chcę być z nim, bo nie kocham już go tak jak przed laty. Nie wierzę, że będę mogła żyć normalnie w społeczeństwie, że będę mogła wyjść do sklepu bez patrzenia na zegarek jak długo mnie nie ma. On mi obiecuje, ze się zmieni, ja mu obiecałam, że nie będę mieć kontaktów z facetami...
Kroteczko, trzymam za Ciebie kciuki. Gdybym sama była silna, odeszłabym. W przeciągu tych trzech tygodni uciekałam z domu trzy razy. Teraz mieszkamy u teściowej, bo boję się wrócić do domu. Wiem, ze zmiany wymagają czasu, że coś co się nazbierało przez lata nie da się naprawić w krótkim czasie. Jego terapia też trochę potrwa i nie mogę go teraz zostawić. Sama się do tego jego stanu przysłużyłam, więc pozostaje mi w tym tkwić. Żywię nadzieję, ze po tej terapii, dojdzie do wniosku, ze mnie nie kocha tak mocno i odejdzie. Sam.