horses napisał/a:aurora borealis napisał/a:Życzę Krotce, aby jej Dzieci nie musiały dźwigać brzemienia Jej niewłaściwych wyborów, i aby nie musiała przeżywać tego, co przeżywają dziś moi Rodzice patrząc w moje oczy...
Auroro, ale tak tkwić w małżeństwie tylko dla dzieci, w którym nie ma już uczuć, to chyba jednak trochę nie warto.
I choć to przykre to rodzicom też trzeba wybaczyć decyzję o rozstaniu, a na pewno starać się ją zaakceptować.
To, że się rozchodzą nie musi wcale oznaczać, że nie kochają dzieci, ale oznacza, że nie kochają siebie.
Horses,
Kompletnie nie skumałaś przesłania i owijasz się jakąś słowną watą tolerancji, współczucia i komunałów, które tu wygłaszasz w zależności od kierunku wiatru i poziomu ciśnienia w tym wątku.
Nie masz chyba zielonego pojęcia, co to znaczy dla dziecka utracić dom, przeprowadzić się z konieczności w inne miejsce, pożegnać się ze stałą obecnością rodzica, który kocha, nie móc już widzieć jego kapci w przedpokoju, nie czuć zapachu i dotyku ulubionej koszuli czy bluzy, nie słuchać opowieści, które wymyślał na dobranoc, nie oglądać z nim meczy piłkarskich, nie być podrzucaną pod sufit czy wożoną "na barana" gdy wracał z pracy, nie chodzić na kurczaka po diabelsku do ulubionej knajpki, nie móc powiedzieć innym dzieciom: "jak będziesz mi dokuczać, to mój tata się z tobą rozprawi" i nie słyszeć już od ojca codziennego: "Kocham Cię, Hajduczku! Jesteś taka fajna!" ... Nawet nie wiesz, jakie spustoszenie w mojej osobowości i właściwie w całym moim życiu nastąpiło z chwilą wyprowadzki Taty.
On wcale nie przestał mnie kochać. Ale musiał mieszkać teraz z "tamtą Anastacją z pracy" którą wybrał zamiast Mamy, więc w kolejce po tę miłość i po czas, który mi poświęcał byłam już druga albo trzecia...
Reperkusji z powodu braku ojca w czasie mego dorastania, w czasie kształtowania się najważniejszych cech mojego charakteru, mojej kobiecości, mojej odrębności, indywidualności, światopoglądu, przekonań, stosunku do mężczyzn, właściwego ich traktowania, a nawet kwestii wiary, że Bóg jest kochającym Ojcem - było bardzo wiele.
Tu nie chodzi o to, co wybaczam, a czego nie, moim Rodzicom, Horses. Strasznie to spłycasz i trywializujesz kwitując stwierdzeniem, że trzeba rodzicom wybaczyć. Ja nie mam niczego już do wybaczania. Jestem dorosła i wiem, co przeszłam... Moi Rodzice też. Ojciec i Matka kochali mnie, kochają i będą kochać. Może nawet tej miłości dostałam więcej niż niektórzy moi rówieśnicy, stąd mój pogodny charakter, ciekawość świata, uczuciowość, etc, niemniej jednak dzieciństwo i dorastanie bez Taty mają swe poważne konsekwencje w pozornie odległych sferach życia? a często skutki rozstania rodziców są rozłożone w czasie?
Więc proszę Cię, nie pitol mi tu o wybaczaniu Rodzicom, tylko spróbuj wczuć się w sytuację dziecka, któremu dorośli demontują świat i uznają, że jeśli chce ono widywać się z Nową Panią Tatusia, to wszystko jest OK.
To, co chcę tu napisać można streścić w dwu słowach. Rozwód = rozwalenie życia dzieciom. I tylko tyle. Świadomość tej gorzkiej prawdy przychodzi z wiekiem i z mądrością.
Po rozwodzie kobieta i mężczyzna, którzy kiedyś się kochali stopniowo wygaszają uczucia, przestają się kochać.
Ale dziecko nigdy nie przestaje kochać żadnego z nich i nie ma zielonego pojęcia jak zrealizować tę miłość do nieobecnego na co dzień rodzica.
Jak to pojmiesz, Horses, to potem zrozumiesz, co się dzieje z młodymi kobietami wychodzącymi z takich domów i zobaczysz całe spektrum problemów, które w prostej linii mają swą przyczynę w dramacie, jakim jest rozpad rodziny i brak męskiego wzorca.
Jak Ci się uda, dostaniesz ode mnie w nagrodę wielkiego lizaka!