Iwonko, masz dużo racji. Wracanie myślami do tego co było, oddala mnie od męża. Bardzo brakuje mi miłości - tej którą czułam do niego przed tym wszystkim, i mam wrażenie, że właśnie te niechciane myśli sprawiają, że miłości do niego jest coraz mniej... Teraz mąż jest taki jaki zawsze marzyłam, żeby był: rozważny, cierpliwy, odpowiedzialny, zaczął jeszcze bardziej pomagać mi w domu (z racji mojej choroby zawsze pomagał, ale często musiałam o to prosić, a teraz sam wychodzi z inicjatywą), woli zabrać mnie gdzieś i razem spędzić dzień niż grać na komputerze, co też jest bardzo miłe (kiedyś niestety odzywając się do niego, gdy w coś grał ryzykowałam "burę", że przeze mnie przegrał). Teraz jest mężem, którego zawsze chciałam mieć, księciem z bajki.
Tylko, że ja nie wierzę już w cuda. A bajek w prawdziwym życiu nie ma.
Jest we mnie dużo lęku, że to jest zbyt piękne żeby było prawdziwe.
Chodzimy z mężem dalej na terapię. Iwonko, Koni - macie rację, że tamta kobieta w niczym nie jest lepsza ode mnie. Ale to chyba właśnie o to chodzi... w czasie terapii okazało się, że mąż zwrócił się ku niej, bo ma silną potrzebę opiekowania się kobietą, a im ona słabsza, tym dla niego atrakcyjniejsza. Gdy poznaliśmy się z mężem, nie miałam jeszcze pracy i ledwo umiałam wystać na nogach, teraz powoli uczę się chodzić i więcej rzeczy jestem w stanie zrobić bez jego pomocy. I gdy na jego drodze pojawiła się kobieta bez pracy, bez wykształcenia, bez dachu nad głową gdyby jej mąż kazał jej się wyprowadzić, bez przyjaciół, zupełnie samotna i bez grosza przy duszy, nękana złośliwościami losu dama w opałach, nie mógł się oprzeć możliwości zostania rycerzem w lśniącej zbroi. I został jej księciem, zapominając o mnie. Gdy kazałam mu wtedy wybierać między mną a nią, powiedział mi, że przecież nie może jej zostawić, bo ona jest "biedna".
Myśląc o tym wszystkim, powoli zdaję sobie sprawę, że ja chyba nie jestem już wystarczająco "biedna" żeby on mnie kochał. W perspektywie czasu przede mną jest raczej porzucenie wózka i chodzenie o własnych siłach. Boję się, że prędzej czy później na jego drodze znów stanie jakaś dama w opałach - a on zdepcze mnie i położy przed nią jak dywan po którym ona będzie chodzić bo jest "biedna". Jeśli los nie postawi przed nim takiej kobiety, z pewnością zrobi to jego "życzliwy" brat, który notabene poznał męża z tamtą panią i nawet jej dopingował, mówiąc jej, że wolałby mieć taką bratową jak ona niż taką jak ja
Domyślam się więc, że na drodze męża będą "jakimś cudem" pojawiać się podobnie potrzebujące damy w opałach, i być może... być może to tylko kwestia czasu nim mąż się skusi.
Kosmiczny, napisałeś "Obecnie zaczyna to wyglądać jak swego rodzaju podświadomie kreowany szantaż emocjonalny z Twojej, Autorko strony." Ze wstydem przyznaję, że też wyczuwam wiszącą w powietrzu chęć zemsty
Moja miłość do męża przeplata się teraz z chęcią sprawienia mu takiego bólu, jaki on sprawił mnie, oraz moimi hamulcami by tego nie robić - niestety, one jednak czasem zawodzą. Nie chcę go krzywdzić. Nie chcę krzywdzić siebie. A jednak czuję w sobie czasem taki straszny gniew, chęć obrzucenia go najgorszymi wyzwiskami... coś, czego nie zrobiłam nawet gdy wtedy wszystko wyszło na jaw i on zastanawiał się, czy wyprowadzić się ode mnie by móc kontynuować znajomość z tamtą kobietą. Nie powiedziałam mu wtedy, że jest ostatnim gnojkiem, nie wyładowałam na nim ani grama gniewu... były tylko łzy. Za to gniew narasta teraz. Gniew, któremu nigdy nie dałam ujścia.
Co z nim zrobić? Jak wybaczyć? Dociera do mnie, że być może nigdy nie udało mi się wybaczyć mężowi tego co zrobił, a teraz emocjonalnie żyję z nim i z jego zdradą w groteskowym dwupaku. Tylko jak nauczyć się wybaczać?
McMiodek, oczywiście, że lubię męża. Myślę, że nawet go kocham (chociaż nie tak jak dawniej, i tego bardzo mi brakuje). Uśmiechamy się do siebie, często żartujemy, ale gdy mąż okazuje mi czułość, przytula, mówi o tym jak bardzo mnie kocha, czuję się... nieswojo. Czuję się jakby nasz związek był nieuczciwy, ponieważ ja nie kocham go już tak bardzo jak on kocha mnie. Wcześniej sytuacja była odwrotna - mąż wyznał mi jakiś czas temu, że przed zdradą nie kochał mnie tak bardzo jak kocha mnie teraz, chociaż ja kochałam go z całego serca. Jemu ta dysproporcja nie przeszkadzała, ale ja źle się teraz czuję z tym, że jego miłość jest tak wielka, a moja jednak... mniejsza, dużo mniejsza.
Miłość nie jest bezwarunkowa, a jego wcześniejsze zachowanie i zdrada mocno zachwiały moim uczuciem. Na pewno nie myślę już o nim jak o kimś, z kim spędzę resztę życia. Dopuszczam taką możliwość, że być może znowu mnie zdradzi i wtedy odejdę, albo on odejdzie, i każde z nas ułoży sobie życie osobno. Być może kiedyś dojrzeję do decyzji by zakończyć to małżeństwo i bez jego ponownej zdrady.
Zastanawiam się jak podtrzymać płomień miłości, bo mój mocno przygasł.
Tylko czy warto go w ogóle rozdmuchiwać, skoro ciągle jest to ryzyko, że mąż ponownie mnie zrani?
McMiodek, dziękuję Ci bardzo za zaproszenie, ale niestety transportowo jestem uzależniona od męża, więc gdziekolwiek jadę, jadę z nim. Podróżowanie na wózku komunikacją miejską to masakra, a po drugie zawsze jeżdżę tylko do dużych centrów handlowych (nie ma co jeździć po mieście, praktycznie do każdego sklepu są schody albo za wysoki próg). Ale dziękuję, że pomyślałaś o mnie 
Koni, jeśli chodzi o książkę to już skończona
Tydzień temu napisałam do kilku agentów literackich i teraz czeka mnie kilka miesięcy czekania na odpowiedź (gdzieś czytałam że to właśnie tyle trwa zazwyczaj). Bardzo chciałabym, żeby się udało 