Pożałuję pewnie tego wpisu, bo unikałam uzewnętrzniania się tu, ale naprawdę nie da się inaczej.
To nie jest totalitaryzm, gdy się uważa, że wolno oceniać. Tak było od zawsze, baby we wsi od zawsze oceniały, udawanie, że się nie ocenia i nie powinno, to coś nowego. Ja oceniam. Oceniam kobiety nieszczepiące, oceniam cesarki na życzenie, oceniam nowy samochód sąsiada i oceniam Katarzynę W. czy Marusza T. Po prostu nie udaję, że wszystko i wszyscy są równi.
Uważam, że gdy psuje nam się auto to idziemy z nim do mechanika, a gdy zdrowie to do lekarza. Mam bardzo nietypowe wykształcenie i prawie niespotykane - ukończyłam z mozołem dwa kierunki studiów uchodzące za najtrudniejsze z możliwych. Jestem prawnikiem i skończyłam medycynę, choć nigdy nie praktykowałam i praktykować nie będę. A mimo to, gdy psuje mi się zdrowie, idę do specjalistów. Nie przyszło mi do głowy, by proponować chirurgowi jak ma mnie operować, bo zna się na tym lepiej. Nie poszłabym też do szkoły kazać nauczycielowi zmienić program nauczania albo wstawić konkretne oceny. To nie jest totalitaryzm, to zdrowy rozsądek. A proszę mi uwierzyć, że znam w teorii cięcia, podejścia itd. Gdy wytoczyłam przed sądem powództwo nie reprezentowałam się sama, bo dotyczyło materii, w ktorej się nie specjalizuję - wzięłam radcę prawnego. Pomimo tego, że mam wyksztalcenie medyczne nie jestem lekarzem, nie czuję się nim i nie uznaję się za osobę uprawnioną do decydowania. Ale wiem, że cesarki to cudowny sposób ratowania życia i dzieci i matek. Ratowania - a więc działania, które jest "mniejszym złem". Nie mam nic do powiedzenia, gdy idzie o jakiekolwiek wskazania medyczne. Mówię wyłącznie o widzimisię kobiety. A takich kobiet jest mnóstwo. Nie wiem jak ocenić przypadku takie jak natalia24, sama zdecydowalabym się na drugie podejście naturalnie pewnie, bo wiem, że co zdarza się raz, nie musi zdarzyć drugi, ale rozumiem, że to coś więcej niż zwykly strach.
I nic mi oczywiście takie kobiety nie zrobiły, jak jedna z Was tu zasugerowała, tak jak nic nie zrobiła mi Katarzyna W., nic nie zrobił mi złodziej ze sklepu osiedlowego czy sąsiadka, która przytyła. A jednak mam na ich temat zdanie. Mam też zdanie na temat pań chcących cesarki ot tak.
A jeśli ktoś bardzo chce mieć dziecko i pragnie dla niego jak najlepiej, to cesarka jest dowodem na coś innego.
I na koniec odsłonię się bardziej - ja nie mam nerki, mam za sobą dwa nowotwory, mam zespół policystycznych jajników i nadczynnośc tarczycy. Innymi słowy, na pozomie zdrowia mam spore problemy. Zaszłam w ciążę - mimo potencjalnych problemów od razu i od poczatku wiedziałam, że będzie to moja jedna, jedyna ciąża. Jeśli poronię, to kolejnej szansy nie będzie. Trzęsło się nade mną pół kliniki. To naprawdę inna perspektywa niż nawet kolejne nieudane podejście do zajścia w ciążę - te zawsze dają nadzieję. Ja wiedziałam, że kolejnej szansy nigdy nie będzie. Tym bardziej, że bliżej mi do 40stki niż do 30stki. Mimo to pracowałam niemal do dnia porodu i po porodzie szybko wróciłam do pracy i nawet do glowy nie przyszło mi użalać się nad sobą. Więc naprawdę retoryka "ja tak bardzo się staralam o dziecko teraz się tak trzęsę do mnie nie przemawia". Pomimo tego, że ciąża mogła mnie wyprawić na tamten świat zachowałam rozsądek. Co więcej, mogłam spokojnie mieć cesarkę, a mimo to absolutnie wszyscy ginekolodzy, nefrolodzy i hepatolodzy sugerowali mi poród naturalny jako zdrowszy i bezpieczniejszy i dla mnie i dla dziecka. Czuwało nade mną mnóstwo osób, ale urodziłam naturalnie. Czy się bałam? Tak. Ale uznałam, że jeśli miałoby się to dla mnie skończyć źle, to ostatecznie wolałabym jednak dać ten prezent synowi i wyposażyć go immunologicznie a resztę życia. I sądzę, że to daje mi pewne prawo oceniać. Oceniać, że są osoby, które mówią o tym, że dla dziecka zrobiłyby wszystko, że tak chciały i staraly się o nie, po czym w obawie przed bolem kupują sobie cesarkę. Ja tego nie ogarniam, naprawdę. Ja się nie skarżę, nie skarżyłam, ale też nie chwalę i nie wywyższam, że urodziłam naturalnie. Nie piszę w każdym poście jak mnie życie doświadczyło, a starczyloby tego dla kilku osób, nie opisuję o tym, jak się czuje człowiek, który wyrok śmierci slyszał kilka razy i ktoś, kto przez całą ciążę miał świadomość, że drugiej szansy nie będzie. A mimo to nie leżałam brzuchem do góry na zwolnieniu, nie skupiałam uwagi otoczenia na sobie, żyłam normalnie z przerwą na więcej badań niż zwykle. I ne zdecydowałam się na rozwiązanie, ktore wielu wydaje się przyjemniejsze i latwiejsze, bo wiem też, że ono takie nie jest. Dla wielu bardzo chorych kobiet poród naturalny jest znacznie zdrowszy i bezpieczniejszy niż cesarka, a juz na pewno dla ich dzieci. I sądzę, że jeśli osoba taka jak ja podjęła takie wyzwanie, to panienki od bolesnych miesiączek tez mogą. Bo jak słyszę w tv jak Wędzikowska opowiada, że ona ma naprawdę bolesne miesiączki, to myślę jedynie o tym, że ona pojęcia nie ma po prostu co to ból.
Więc jeśli koleżanki sugerują, że zwolenniczki porodu naturalnego nie mają doświadczenia, nie rozumieją ich, bo mają jakiś inny stosunek do swoch dzieci td, to usprawiedliwianie swojego własnego wyboru. I gdybym miała mieć w życiu milion dzieci, to za każdym razem cesarkę uznawałabym za rozwiązanie ostateczne. Właśnie dlatego, że ponad swój komfort przedkładam swoje dziecko.