Witam,
wczoraj rozmawiałem z żoną przez telefon (dzwoniłem do syna, ale go nie było i ona odebrała) i zaczęła mnie dręczyć, czy czasami nie zapomniałem za bardzo, że mam syna, że poświęcam mu ostatnio mało czasu. Fakt, o wiele mniej niż w wakacje, ale w tygodniu spotykam się z nim tylko w środy, ponieważ on ma te dodatkowe lekcje angielskiego na 18:00 we wtorki i czwartki. Więc zostają praktycznie piątek i sobota. I zawsze był w któryś dzień u mnie na noc i przez cały kolejny dzień do wieczora. Ostatnie 4 week nie brałem go do siebie, bo albo mnie nie było, albo oni szli na urodziny, albo jechali w góry. I tak zleciało. Tłumaczę jej też, że ja w przeciwieństwie do niej pracuję i z pracy jestem tak 16:30 w domu. Obowiązki domowe same się nie zrobią itp. No nie wiem, może ma kobieta rację, może to tak wygląda faktycznie, a ja to odbieram inaczej? Nie robię tego na pewno celowo, no ale cóż. Jak to widzicie?
Drugi temat, który mi bardziej podniósł ciśnieni, to prośba z jej strony, żebym usiadł, przemyślał i zadeklarował ile jej będę dawał na młodego kasy. Przez te miesiące, kiedy mieszkamy osobno, dostaje po 200-300 w gotówce, a ja jeszcze dodatkowo drugie tyle wydaję na syna, w trakcie naszych spotkań (baseny, mcdonaldy, wesołe miasteczko, lody, jakieś drobne zabawki itp.). Płacę nasze wszystkie rachunki ok. 2 tyś. (czynsz, media, kredyty) ona płaci jeden kredyt około 600zł. I mówię jej co ona jeszcze chce ode mnie, mi zostaje po wszystkim jakieś 300-600 zł, jej zostaje około 1500-1600. To wyskoczyła, że ona tam nie mieszka, więc czynsz jej nie dotyczy. Rata za samochód też nie, bo to ja z niego obecnie korzystam, większość kredytów była brana na remont mieszkania, więc też nie bierze tego pod uwagę. Czy to ja jestem jakiś inny i nie wiem jak sobie z tym poradzić, czy ona ma rację w tym temacie? Czy to ona przesadza?. Mam bałagan w głowie i nie wiem co mam z tym zrobić. Nie chcę wyjść na osobę, która ma to w d...e, ale co mam zrobić, nie jeść, nie płacić za czynsz? Co o tym myślicie? Jakieś Wasze opinie? Poradźcie mi.