Da się uratować nasze małżeństwo? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Da się uratować nasze małżeństwo?

Strony 1 2 3 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 60 z 133 ]

1

Temat: Da się uratować nasze małżeństwo?

Na trzeźwo miałem pocałunki i przytulanki z inną. Ta inna obca nie jest, poznaliśmy się dawno temu, jeszcze nie byłem z żoną, w szczegóły ponownego spotkania nie chce wchodzić, bo w internecie nic nie ginie. Ważne, że mam żonę, mieliśmy poważny kryzys, ale żadna ze stron nie zdradzała. Przeszliśmy terapię, wyszliśmy na prostą, jest dziecko. Nie ma już żadnych kryzysow (a bylo bardzo źle, do rozwodu niewiele brakowało), ale z mojej strony coś ulecialo. Żona się stara, dużo się zmieniło na lepsze, narzekać nie mam prawa. Teoretycznie jest dobrze, w praktyce moje uczucia chyba się wypaliły. Ciągot do przygód na boku nie miałem, nawet ciężko mi jest nazwać to, co zrobiłem. Pani próbuje podtrzymać relacje, rozum mowi, że panią powinienem mniej lub bardziej elegancko spławić i spuścić na drzewo, a w głębi duszy nie chce. Zabrzmie jak skończony ch*j, ale mam ochotę iść na całość. Przychodzą chwilę opamiętania i przytomności, gdzie do mózgownicy dochodzi głos rozumu, i dociera, że jak pójdą w boczną relacje, to pogrzebie relacje z żoną na amen, bo w ukrywanie skuteczne nawet przelotnych romansów nie uwierzę. A żona ma na koncie stany załamania, leczyła się u psychiatry. Poza żoną jest dziecko, które w razie wypłynięcia syfu na światło dzienne, będzie miało rozbita rodzinę. Powinienem wziąć żonę na szczerą rozmowę i zakomunikować, że czuje pustkę, wypaliłem się, chce odejść, zacząć 'nowe' życie. Tak byłoby 'lepiej' niż oszukiwanie na każdym kroku żony i udawanie, że jest OK. Tylko nawet po przeczytaniu własnych słów mam ochotę jebnąc łbem w ścianę dla opamiętania, bo zachowuje się jak napalony nastolatek, który ma mozg zalany spermą i pustkę. Jak dla dobra własnej rodziny odprawie Panią z kwitkiem, to sytuacja i tak czysta nie jest. Czy w przypadku takiego małżeństwa jak nasze da się coś  uratować? Za nami jest dużo złego, ale niemało dobrego, najważniejsze: dziecko. Powinienem wziąć się 'za mordę'  i zmienić coś w swoim podejściu, bo dużo mogę stracić. Nie było mi łatwo napisać ten post, bo nie najlepszy mój obraz się z niego wyłania. Co dalej?

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Na trzeźwo miałem pocałunki i przytulanki z inną. Ta inna obca nie jest, poznaliśmy się dawno temu, jeszcze nie byłem z żoną, w szczegóły ponownego spotkania nie chce wchodzić, bo w internecie nic nie ginie. Ważne, że mam żonę, mieliśmy poważny kryzys, ale żadna ze stron nie zdradzała. Przeszliśmy terapię, wyszliśmy na prostą, jest dziecko. Nie ma już żadnych kryzysow (a bylo bardzo źle, do rozwodu niewiele brakowało), ale z mojej strony coś ulecialo. Żona się stara, dużo się zmieniło na lepsze, narzekać nie mam prawa. Teoretycznie jest dobrze, w praktyce moje uczucia chyba się wypaliły. Ciągot do przygód na boku nie miałem, nawet ciężko mi jest nazwać to, co zrobiłem. Pani próbuje podtrzymać relacje, rozum mowi, że panią powinienem mniej lub bardziej elegancko spławić i spuścić na drzewo, a w głębi duszy nie chce. Zabrzmie jak skończony ch*j, ale mam ochotę iść na całość. Przychodzą chwilę opamiętania i przytomności, gdzie do mózgownicy dochodzi głos rozumu, i dociera, że jak pójdą w boczną relacje, to pogrzebie relacje z żoną na amen, bo w ukrywanie skuteczne nawet przelotnych romansów nie uwierzę. A żona ma na koncie stany załamania, leczyła się u psychiatry. Poza żoną jest dziecko, które w razie wypłynięcia syfu na światło dzienne, będzie miało rozbita rodzinę. Powinienem wziąć żonę na szczerą rozmowę i zakomunikować, że czuje pustkę, wypaliłem się, chce odejść, zacząć 'nowe' życie. Tak byłoby 'lepiej' niż oszukiwanie na każdym kroku żony i udawanie, że jest OK. Tylko nawet po przeczytaniu własnych słów mam ochotę jebnąc łbem w ścianę dla opamiętania, bo zachowuje się jak napalony nastolatek, który ma mozg zalany spermą i pustkę. Jak dla dobra własnej rodziny odprawie Panią z kwitkiem, to sytuacja i tak czysta nie jest. Czy w przypadku takiego małżeństwa jak nasze da się coś  uratować? Za nami jest dużo złego, ale niemało dobrego, najważniejsze: dziecko. Powinienem wziąć się 'za mordę'  i zmienić coś w swoim podejściu, bo dużo mogę stracić. Nie było mi łatwo napisać ten post, bo nie najlepszy mój obraz się z niego wyłania. Co dalej?

Co dalej?
Weź się, jak to określiłeś, za mordę, zmień "coś" w swym podejściu.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

3

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Na trzeźwo miałem pocałunki i przytulanki z inną. Ta inna obca nie jest, poznaliśmy się dawno temu, jeszcze nie byłem z żoną, w szczegóły ponownego spotkania nie chce wchodzić, bo w internecie nic nie ginie. Ważne, że mam żonę, mieliśmy poważny kryzys, ale żadna ze stron nie zdradzała. Przeszliśmy terapię, wyszliśmy na prostą, jest dziecko. Nie ma już żadnych kryzysow (a bylo bardzo źle, do rozwodu niewiele brakowało), ale z mojej strony coś ulecialo. Żona się stara, dużo się zmieniło na lepsze, narzekać nie mam prawa. Teoretycznie jest dobrze, w praktyce moje uczucia chyba się wypaliły. Ciągot do przygód na boku nie miałem, nawet ciężko mi jest nazwać to, co zrobiłem. Pani próbuje podtrzymać relacje, rozum mowi, że panią powinienem mniej lub bardziej elegancko spławić i spuścić na drzewo, a w głębi duszy nie chce. Zabrzmie jak skończony ch*j, ale mam ochotę iść na całość. Przychodzą chwilę opamiętania i przytomności, gdzie do mózgownicy dochodzi głos rozumu, i dociera, że jak pójdą w boczną relacje, to pogrzebie relacje z żoną na amen, bo w ukrywanie skuteczne nawet przelotnych romansów nie uwierzę. A żona ma na koncie stany załamania, leczyła się u psychiatry. Poza żoną jest dziecko, które w razie wypłynięcia syfu na światło dzienne, będzie miało rozbita rodzinę. Powinienem wziąć żonę na szczerą rozmowę i zakomunikować, że czuje pustkę, wypaliłem się, chce odejść, zacząć 'nowe' życie. Tak byłoby 'lepiej' niż oszukiwanie na każdym kroku żony i udawanie, że jest OK. Tylko nawet po przeczytaniu własnych słów mam ochotę jebnąc łbem w ścianę dla opamiętania, bo zachowuje się jak napalony nastolatek, który ma mozg zalany spermą i pustkę. Jak dla dobra własnej rodziny odprawie Panią z kwitkiem, to sytuacja i tak czysta nie jest. Czy w przypadku takiego małżeństwa jak nasze da się coś  uratować? Za nami jest dużo złego, ale niemało dobrego, najważniejsze: dziecko. Powinienem wziąć się 'za mordę'  i zmienić coś w swoim podejściu, bo dużo mogę stracić. Nie było mi łatwo napisać ten post, bo nie najlepszy mój obraz się z niego wyłania. Co dalej?

4

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Żonę już zdradziłeś.
Jeżeli myślisz ze tamta "pani" sobie ot tak pójdzie, bo ja o to mniej lub bardziej ładnie poprosisz,to możesz się zdziwić.
Co ma zrobić pyta sie zagubiona duszyczka.
Powiedzieć zonie to co CHCESZ jej powiedzieć.
Ma prawo do kochającego ja partnera, a nie do kogoś takiego jak ty, przy swoim boku.
Ona jeszcze ułoży sobie życie.
Ty nawet pogardy nie ejstes wart.

5

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Wyobraź sobie, że idziesz z " Panią " na całość.  Co potem? Widzisz się w związku z Panią? Jeśli tak, to zanim pójdziesz na całość,  porozmawiaj z żoną i załatw swoje sprawy. Jeśli  nie, zastanów się,  czy naprawdę nic już się nie da zrobić,  żeby uratować Waszą rodzinę.  Mówisz, ze jest dziecko, że ono jest najważniejsze. Może dla dobra dziecka, warto jeszcze się trochę powyginać i spróbować odbudować relacje z żoną. Życzę pozytywnych przemyśleń i jakakolwiek decyzję podejmiesz, bądź w porządku wobec zony.

Żyj tak, aby nikt przez Ciebie nie płakał.

6 Ostatnio edytowany przez okruszek00 (2022-11-22 18:37:18)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Jestem w podobnej sytuacji. Tylko mnie pan już odstawił. Może i dobrze, ale myśli ciągle przy nim. Chce mi się wyć, tęsknię za nim. Na starość chyba mi odbija. Zakochałam się jak nastolatka, a może raczej tylko zauroczyłam, ale chciałabym znowu się do niego przytulić i poczuć jego usta.
Ramsay poczytaj sobie na forach, takich osób jak my jest mnóstwo. To chyba po prostu kryzys wieku średniego. Człowiek myśli że nic go już nie spotka, nagle trafia piorun i czuję się znowu jak nastolatek. Ja dosłownie fruwalam. Teraz jest mega dół. Zawsze dziwiłam się jak można tak popłynąć...a jednak można.

7

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

jebnąc łbem w ścianę dla opamiętania, bo zachowuje się jak napalony nastolatek, który ma mozg zalany spermą i pustkę.

Od tamtej odciąć się całkowicie.
A z żoną na terapię małżeńską.

Ramsay napisał/a:

ale z mojej strony coś ulecialo

Jakbym słyszał kobiety, które odchodzą do innych mężczyzn zostawiając rodzinę, bo im się odkochało.
A tu się trafił facetopodobny okaz.

Przypomnij sobie przysięgę małżeńską.
Myślałeś, że w małżeństwie to motylki do starości?
Wziąłeś sobie babę, to się męcz smile

Życie ...

8

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Farmer napisał/a:

Wziąłeś sobie babę, to się męcz smile

I wzajemnie big_smile

9 Ostatnio edytowany przez ulle (2022-11-22 19:53:37)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Na trzeźwo miałem pocałunki i przytulanki z inną. Ta inna obca nie jest, poznaliśmy się dawno temu, jeszcze nie byłem z żoną, w szczegóły ponownego spotkania nie chce wchodzić, bo w internecie nic nie ginie. Ważne, że mam żonę, mieliśmy poważny kryzys, ale żadna ze stron nie zdradzała. Przeszliśmy terapię, wyszliśmy na prostą, jest dziecko. Nie ma już żadnych kryzysow (a bylo bardzo źle, do rozwodu niewiele brakowało), ale z mojej strony coś ulecialo. Żona się stara, dużo się zmieniło na lepsze, narzekać nie mam prawa. Teoretycznie jest dobrze, w praktyce moje uczucia chyba się wypaliły. Ciągot do przygód na boku nie miałem, nawet ciężko mi jest nazwać to, co zrobiłem. Pani próbuje podtrzymać relacje, rozum mowi, że panią powinienem mniej lub bardziej elegancko spławić i spuścić na drzewo, a w głębi duszy nie chce. Zabrzmie jak skończony ch*j, ale mam ochotę iść na całość. Przychodzą chwilę opamiętania i przytomności, gdzie do mózgownicy dochodzi głos rozumu, i dociera, że jak pójdą w boczną relacje, to pogrzebie relacje z żoną na amen, bo w ukrywanie skuteczne nawet przelotnych romansów nie uwierzę. A żona ma na koncie stany załamania, leczyła się u psychiatry. Poza żoną jest dziecko, które w razie wypłynięcia syfu na światło dzienne, będzie miało rozbita rodzinę. Powinienem wziąć żonę na szczerą rozmowę i zakomunikować, że czuje pustkę, wypaliłem się, chce odejść, zacząć 'nowe' życie. Tak byłoby 'lepiej' niż oszukiwanie na każdym kroku żony i udawanie, że jest OK. Tylko nawet po przeczytaniu własnych słów mam ochotę jebnąc łbem w ścianę dla opamiętania, bo zachowuje się jak napalony nastolatek, który ma mozg zalany spermą i pustkę. Jak dla dobra własnej rodziny odprawie Panią z kwitkiem, to sytuacja i tak czysta nie jest. Czy w przypadku takiego małżeństwa jak nasze da się coś  uratować? Za nami jest dużo złego, ale niemało dobrego, najważniejsze: dziecko. Powinienem wziąć się 'za mordę'  i zmienić coś w swoim podejściu, bo dużo mogę stracić. Nie było mi łatwo napisać ten post, bo nie najlepszy mój obraz się z niego wyłania. Co dalej?


Jest tu na forum wątek Witolda, który na własnej skórze przekonał się, jak to warto poświęcać się dla dzieci.
Żona poszła w długą, doszło do rozwodu, Witold przeszedł więc gehennę i najbardziej martwił się o dzieci, jak zniosą rozstanie rodziców itd - dzieci nastoletnie, więc niby trudny wiek.
I co się okazało? Dzieci szczęśliwe, szybko odnalazły się w nowej sytuacji, z uśmiechem na twarzy biegają do matki na obiad, lubią zostawać u niej na nocki, potem wracają do Witolda, do taty i zachowują się jak gdyby nigdy nic, są radosne i uśmiechnięte.
A Witold tak się o nie martwił.
Bił się z myślami o rozwodzie i gotów był zrezygnować z siebie dla dzieci.

Warto było?
Nie było warto.
Dzisiaj został sam i boli go, że nie ma sprawiedliwości na świecie, była żona szczęśliwa w swoim nowym związku, dzieci szczęśliwe, a on?
W czarnej doopie.
Autorze nie zostawaj z żoną ze względu na dziecko.

10 Ostatnio edytowany przez Ramsay (2022-11-22 19:38:39)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Alea napisał/a:

Wyobraź sobie, że idziesz z " Panią " na całość.  Co potem? Widzisz się w związku z Panią? Jeśli tak, to zanim pójdziesz na całość,  porozmawiaj z żoną i załatw swoje sprawy. Jeśli  nie, zastanów się,  czy naprawdę nic już się nie da zrobić,  żeby uratować Waszą rodzinę.  Mówisz, ze jest dziecko, że ono jest najważniejsze. Może dla dobra dziecka, warto jeszcze się trochę powyginać i spróbować odbudować relacje z żoną. Życzę pozytywnych przemyśleń i jakakolwiek decyzję podejmiesz, bądź w porządku wobec zony.

W związku? Nie. W żadne nowe związki nie planuje się pakować. Nie mam na to ochoty ani mi to potrzebne. To by była relacja czysto seksualna i - z mojej strony - nic więcej.

Chciałbym powalczyć o swoje małżeństwo. Ze związków na boku, co obserwuje po znajomych parach, gówno prędzej wypływa. I pięknie się w tym gównie tonie.
Tylko jak wskrzesic w sobie uczucia do żony? Nie jest tak, że nie kocham jej w ogóle. Ale to nie to, co było kiedyś. Wielkiej miłości u mnie nie ma, seks jest dla mnie nijaki. Pozornie na zewnątrz wszystko wygląda dobrze, a mnie szlag trafia.

11

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

.... przypomnij sobie czemu sie zwiazaliscie (mam nadzieję że to nie wpadka).. pogadaj że swoją, może ona ma podobnie i bez sensu "dla dobra dziecka"ciągnięcie?  Terapia... nie wiem, sama szukałam i trzeba dobrze trafić...
może jakiś wspólny wyjazd we dwoje? Dałoby się z kims dziecko zostawić? Choćby likend.. chyba brakuje Ci ognia w łóżku, bo wydaje się że szukasz na boku tylko tego ... cos tutaj kuleje, partnerka nie chce, nie moze, nie pociąga? .. jak odbudować związek jeśli tu coś nie bardzo? Z jakiego powodu ona sie leczy/la?

12

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Trudno, żeby żona cię pociągała i żeby seks był satysfakcjonujący, jak masz w głowie, w myślach, w pragnieniach i w planach nieustannie inna kobietę.
To albo rybki, albo akwarium, albo żona, albo kochanka, obu naraz bez konsekwencji mieć nie możesz.

Fire and Blood

13

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Chciałbyś powalczyć? Hm... . To nie wróży niczego dobrego. Zamień słowo 'chciałbym' na 'chcę', i zrezygnuj z tego 'powalczenia', a walcz... z samym sobą. Jak napisałeś w pierwszym poście swej żonie nie możesz teraz niczego zarzucić, więc? Walcz, z sobą samym, o siebie. Terapia za Tobą, znasz drogę.


By związek był udanym, by ludzie go tworzący byli w nim szczęśliwi, wielka miłość (cokolwiek przez nią rozumiesz) nie jest obowiązkowa. Motylki w brzuchu na szczęście po jakimś czasie odfruwają, zaburzenie - zwane przez niektórych zakochaniem - kończy się i wreszcie (!) zaczyna się codzienność. Nie każdy chce ją docenić i o nią dbać. A bez podlewania rośliny w ogrodzie więdną, mimo że były pięknymi.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

14

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Ojej, ciężko Ci nazwać to, co zrobiłeś? Pomogę, to się nazywa zdrada.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Nie rozmawiam z idiotami.

15 Ostatnio edytowany przez Ramsay (2022-11-22 20:26:39)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Ulle, dziecko pojawiło się po terapii. Może bez dziecka wszystko wyglądałoby inaczej, ale to już gdybanie. Kiedyś to wielkie uczucie było, tylko złe też było. Dużo niefajnych rzeczy i wydarzeń, zaczęło nas to przerastać, bo nie potrafiliśmy tego udźwignąć. To, że jakoś wyszliśmy z tego, to sam się dziwię, bo groziło nam rozlecenie w drobny mak. Co się stało nie mogę napisać, bo to osobiste sprawy, a zidentyfikowany po opisach zdarzeń nie chciałbym być, dlatego staram się unikać szczegółowych opisów od początku do końca.
Żona miała depresję, nerwice natrectw, tu jedno było wynikiem drugiego, przekonałem się, że stres może psychikę wyniszczyć tak, że niektórzy nie są w stanie wyobrazić sobie tego. Teraz jest dobrze, ale o nawrót depresji nie jest trudno.
Wielokropek - czy tu coś dobrego będzie? Mam rozkminy, a sytuacja opisana na początku jest tego główną przyczyną. Na okrągło mam to w głowie i nie potrafię z niej wyrzucić.
Jeszcze dopisze, że dziecko jest małe, do samodzielności zostało mu parę ładnych lat.
Jak to ułoży się jak bym odszedł? Co z żoną? W cholere pytań mam.

16 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2022-11-22 20:38:19)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Szklanej kuli nie mam. hmm

To, czy i jak będzie w Twym związku zależy, jak wynika z tego, co napisałeś, od Ciebie. Od tego, czy podejmiesz decyzję o tym, że zostajesz i będziesz dbał o wasz związek, czy też dalej będziesz siedział i myślał, rozglądając się na boki. Mam dla Ciebie dobrą/złą wiadomość. Siedząc i myśląc (choć ja nie nazwałabym tego myśleniem), przygotowujesz sobie grunt do pójścia w "siną dal", stąd te wszystkie rozkminy, te 'chciałbym', słowa o 'powalczeniu', które mają usprawiedliwić rozstanie i przygotować grunt pod znane "chciałem, ale nie wyszło'. To już dzieci po jakimś czasie wiedzą, że "samo się" nic nie zrobi. Masz wpływ. Masz wpływ i na to, czym się zajmujesz, i do jakich myśli się przywiązujesz, i jakie rozwijasz, masz wpływ na swe decyzje.



***
I jeszcze jedno.
Wybacz sobie swą zdradę.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

17

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Myślę, że jesteś potwornie zmęczony życiem rodzinnym, szczególnie że jest małe dziecko, a ono potrafi porządnie dać w kość, że czasem i święty by nie wytrzymał. Na dodatek z żoną musisz obchodzić się jak z jajkiem, więc to dodatkowo działa na Ciebie stresująco.
Chyba od lat żyjesz na zasadzie, że inni są ważniejsi od Ciebie.
Zaliczyłeś niespodziewany epizod z dawna Twoja znajomą, może dawna miłością i od tej pory chodzą Ci po głowie bardzo niepokojące myśli.
Nie chcesz rozwalać rodziny.
W sumie kochasz żonę, gdyż uważasz ja za dobrego towarzysza życia i osobę sprawdzona w trudnych życiowych sytuacjach. To wielka wartosc, bo nie jest żadną sztuka być z kimś tylko w chwilach dobrych. Człowieka poznaje się w biedzie, czyli w sytuacjach trudnych.
Niewiele brakowało i aż Wasz związek od lat by nie istniał, ale ze względu na łączące Was więzi i wielkie uczucie postanowiliscie uratować Wasze małżeństwo. Poszliście na terapię.
Udało się.
Potem urodziło się dziecko.
Byłoby nadal dobrze, ale niestety do Twojej głowy wkradły się złe myśli.
Jak się od nich uwolnić?
Chyba jest na to sposób. Zacznij myśleć o tej dziewczynie w zupełnie inny sposób, a mianowicie weź pod uwagę jej dobro.
Nie będzie dla niej dobra sprawa wplątać się w romans z żonatym facetem, ponieważ taki układ dla niej nie miałby przyszłości.
Ty z założenia miałbyś ja tylko do seksu, jednak nie będziesz rozwalał swojej rodziny, czyli Ty miałbyś wszystko, bo miałbyś rodzinę i dla kogo żyć.
Ona natomiast zablokowałaby sobie szansę na godne ułożenie życia osobistego, pozbawiłaby się możliwości założenia z kimś rodziny.
Nawet jeśli będzie bardzo naciskała, żebyś spotykał się z nią, to Ty twardo stój na swoim stanowisku, że jednak nie.
Przecież ta kobieta byłaby w godnym pożałowania położeniu, samotne weekendy, samotne święta, samotny sylwester albo urlop itd. Ty autorze też byś się z czymś takim czuł, że siedzisz z rodziną przy stole actam gdzieś inna kobieta siedzi przy stole sama i może nawet płacze.
Weź pod uwagę jej dobro i jestem pewna, że jako odpowiedzialny mężczyzna opiekuńczy i poważny nie będziesz chciał tej kobiety wykorzystać.

18 Ostatnio edytowany przez Apogeum (2022-11-22 23:21:22)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
ulle napisał/a:

Myślę, że jesteś potwornie zmęczony życiem rodzinnym, szczególnie że jest małe dziecko, a ono potrafi porządnie dać w kość, że czasem i święty by nie wytrzymał. Na dodatek z żoną musisz obchodzić się jak z jajkiem, więc to dodatkowo działa na Ciebie stresująco.
Chyba od lat żyjesz na zasadzie, że inni są ważniejsi od Ciebie.
Zaliczyłeś niespodziewany epizod z dawna Twoja znajomą, może dawna miłością i od tej pory chodzą Ci po głowie bardzo niepokojące myśli.
Nie chcesz rozwalać rodziny.
W sumie kochasz żonę, gdyż uważasz ja za dobrego towarzysza życia i osobę sprawdzona w trudnych życiowych sytuacjach. To wielka wartosc, bo nie jest żadną sztuka być z kimś tylko w chwilach dobrych. Człowieka poznaje się w biedzie, czyli w sytuacjach trudnych.
Niewiele brakowało i aż Wasz związek od lat by nie istniał, ale ze względu na łączące Was więzi i wielkie uczucie postanowiliscie uratować Wasze małżeństwo. Poszliście na terapię.
Udało się.
Potem urodziło się dziecko.
Byłoby nadal dobrze, ale niestety do Twojej głowy wkradły się złe myśli.
Jak się od nich uwolnić?
Chyba jest na to sposób. Zacznij myśleć o tej dziewczynie w zupełnie inny sposób, a mianowicie weź pod uwagę jej dobro.
Nie będzie dla niej dobra sprawa wplątać się w romans z żonatym facetem, ponieważ taki układ dla niej nie miałby przyszłości.
Ty z założenia miałbyś ja tylko do seksu, jednak nie będziesz rozwalał swojej rodziny, czyli Ty miałbyś wszystko, bo miałbyś rodzinę i dla kogo żyć.
Ona natomiast zablokowałaby sobie szansę na godne ułożenie życia osobistego, pozbawiłaby się możliwości założenia z kimś rodziny.
Nawet jeśli będzie bardzo naciskała, żebyś spotykał się z nią, to Ty twardo stój na swoim stanowisku, że jednak nie.
Przecież ta kobieta byłaby w godnym pożałowania położeniu, samotne weekendy, samotne święta, samotny sylwester albo urlop itd. Ty autorze też byś się z czymś takim czuł, że siedzisz z rodziną przy stole actam gdzieś inna kobieta siedzi przy stole sama i może nawet płacze.
Weź pod uwagę jej dobro i jestem pewna, że jako odpowiedzialny mężczyzna opiekuńczy i poważny nie będziesz chciał tej kobiety wykorzystać.

Nie wierze w to, co czytam! To, ze porównujesz nastolatki do małego dziecka, które na dzień dobry miałoby rozwalona rodzine, to jeszcze pół biedy, ale pisanie, ze autor ma nie rozwalać rodziny z uwagi na dobro kochanki (tak, kochanki, bo już wszedł na drogę zdrady), a wiec kobiety pozbawionej zasad, a nie przez wzgląd na dobro żony (której na dodatek, jak sam przyznał, nie może nic zarzucić), to już doprawdy kuriozum.

Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci.

                                            Oscar Wilde

19

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Apogeum napisał/a:
ulle napisał/a:

Myślę, że jesteś potwornie zmęczony życiem rodzinnym, szczególnie że jest małe dziecko, a ono potrafi porządnie dać w kość, że czasem i święty by nie wytrzymał. Na dodatek z żoną musisz obchodzić się jak z jajkiem, więc to dodatkowo działa na Ciebie stresująco.
Chyba od lat żyjesz na zasadzie, że inni są ważniejsi od Ciebie.
Zaliczyłeś niespodziewany epizod z dawna Twoja znajomą, może dawna miłością i od tej pory chodzą Ci po głowie bardzo niepokojące myśli.
Nie chcesz rozwalać rodziny.
W sumie kochasz żonę, gdyż uważasz ja za dobrego towarzysza życia i osobę sprawdzona w trudnych życiowych sytuacjach. To wielka wartosc, bo nie jest żadną sztuka być z kimś tylko w chwilach dobrych. Człowieka poznaje się w biedzie, czyli w sytuacjach trudnych.
Niewiele brakowało i aż Wasz związek od lat by nie istniał, ale ze względu na łączące Was więzi i wielkie uczucie postanowiliscie uratować Wasze małżeństwo. Poszliście na terapię.
Udało się.
Potem urodziło się dziecko.
Byłoby nadal dobrze, ale niestety do Twojej głowy wkradły się złe myśli.
Jak się od nich uwolnić?
Chyba jest na to sposób. Zacznij myśleć o tej dziewczynie w zupełnie inny sposób, a mianowicie weź pod uwagę jej dobro.
Nie będzie dla niej dobra sprawa wplątać się w romans z żonatym facetem, ponieważ taki układ dla niej nie miałby przyszłości.
Ty z założenia miałbyś ja tylko do seksu, jednak nie będziesz rozwalał swojej rodziny, czyli Ty miałbyś wszystko, bo miałbyś rodzinę i dla kogo żyć.
Ona natomiast zablokowałaby sobie szansę na godne ułożenie życia osobistego, pozbawiłaby się możliwości założenia z kimś rodziny.
Nawet jeśli będzie bardzo naciskała, żebyś spotykał się z nią, to Ty twardo stój na swoim stanowisku, że jednak nie.
Przecież ta kobieta byłaby w godnym pożałowania położeniu, samotne weekendy, samotne święta, samotny sylwester albo urlop itd. Ty autorze też byś się z czymś takim czuł, że siedzisz z rodziną przy stole actam gdzieś inna kobieta siedzi przy stole sama i może nawet płacze.
Weź pod uwagę jej dobro i jestem pewna, że jako odpowiedzialny mężczyzna opiekuńczy i poważny nie będziesz chciał tej kobiety wykorzystać.

Nie wierze w to, co czytam! To, ze porównujesz nastolatki do małego dziecka, które na dzień dobry miałoby rozwalona rodzine, to jeszcze pół biedy, ale pisanie, ze autor ma nie rozwalać rodziny z uwagi na dobro kochanki (tak, kochanki, bo już wszedł na drogę zdrady), a wiec kobiety pozbawionej zasad, a nie przez wzgląd na dobro żony (której na dodatek, jak sam przyznał, nie może nic zarzucić), to już doprawdy kuriozum.

Kuriozalne jest to, że Ty Apogeum nic nie zrozumiałaś z tego, co napisałam, że akurat Ty? Dla mnie szok.

20 Ostatnio edytowany przez Ramsay (2022-11-23 09:53:38)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Apogeum. Kochanki? Nie za duże słowo?
Czasem tak się zdarza, życie piękną i łatwą bajką nie jest, że dzieci wychowują się w niepełnej rodzinie. Nie jest to łatwy temat, to mi spędza sen z powiek, bo nie mam pojęcia, jakby wyglądalo u nas gdybym jednak zrezygnował i podjął decyzję o odejściu, dziecko miało by rewolucję, a jak napisałem, jest małe, ale czasami lepiej tak dla samych dzieci, niz wychowywanie się w pełnej, ale kiepskiej (inne słowo mi teraz nie przyszło na myśl) rodzinie.

21

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
wieka napisał/a:
Farmer napisał/a:

Wziąłeś sobie babę, to się męcz smile

I wzajemnie big_smile

Jakby była odwrotna sytuacja, to byś napisała, zostań przy mężu, czy weź rozwód i się realizuj smile ?

Życie ...

22

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

(...) nie mam pojęcia, jakby wyglądalo u nas gdybym jednak zrezygnował i podjął decyzję o odejściu, dziecko miało by rewolucję, a jak napisałem, jest małe, ale czasami lepiej tak dla samych dzieci, niz wychowywanie się w pełnej, ale kiepskiej (inne słowo mi teraz nie przyszło na myśl) rodzinie.

Jest jeszcze trzecia opcja: zbudować dobrą rodzinę. big_smile

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

23

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Wiemy jedno - nie ma sensu takie małżeństwo, które trwa rzekomo dla dobra dzieci.
Owszem, prawda jest, że niektóre dzieci mocno przeżywają rozstanie rodziców, jednak istnieją sposoby na to, by pomóc dziecku przejść przez trudny czas życiowej zmiany, a poza tym dla mnie to taki trochę mit, że matko święta, co teraz stanie się z dzieckiem.
Nic się nie stanie. Przez jakiś czas będzie ciężko, ale potem dziecko nauczy się funkcjonować w nowej rzeczywistości - przykład Witolda pokazuje, że dla wielu dzieci, to świetna zabawa i atrakcja. Czy jego nastoletnie dzieci zastanawiają się nad tym, co czuje ich ojciec? Oczywiście, że nie.
Myślę, że zostawiane przez partnerów osoby żyją w głębokim przeświadczeniu o tym, że dzieciom stała się krzywda i rozmawiają z dziećmi w taki sposób, by jeszcze także i je w tym przekonaniu utwierdzić.
Z doświadczenia wiem, że dla dziecka to żadna tragedia, szybko przechodzą do nowej rzeczywistości.
Nie ma najmniejszego sensu zmuszać się do bycia z partnerem/ partnerka z powodu dzieci.
Tutaj autor nie chce jednak rozwalać rodziny, ponieważ kocha swoją żonę, chociaż tak do końca nie jest z nią szczęśliwy. Chce mimo wszystko zostać, jednak chciałby mieć kogoś na boku, typowo do seksu.
Jednak i tego się boi, gdyż wie, że goofno prędzej czy później wyplyneloby na wierzch.
Ma rację- wyplyneloby, może nawet prędzej niż później.
Prosi więc o radę, jak wybić sobie z głowy tego typu myśli, a może nawet plany.
Apogeum, pomyślałam, że jeśli zacznie myśleć inaczej o tamtej kobiecie, to może obudzi się w nim sumienie i nie będzie chciał przyczyniać się do marnowania komuś życia nie mając niczego tej kobiecie do zaoferowania.
Autor nie ma żadnej kochanki.
On póki co stoi tylko na rozdrożu, gdyż w jego życiu wydarzyło się coś, co pobudziło go do myślenia, co robić dalej ze swoim życiem.
Opluwanie tej drugiej kobiety autora tylko zdenerwuje, a on wyraźnie poprosił o radę, jak wybić sobie z głowy pomysł z posiadaniem innej na boki tylko dla seksu.

Normalna życiową sprawa.

Nie da się tego wątku porównać do wątku Petera, gdyż tam mowa była o wielomiesięcznym romansie żonatego i dzieciatego autora z jakąś mężatką z pracy.

24

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Wielokropek napisał/a:
Ramsay napisał/a:

(...) nie mam pojęcia, jakby wyglądalo u nas gdybym jednak zrezygnował i podjął decyzję o odejściu, dziecko miało by rewolucję, a jak napisałem, jest małe, ale czasami lepiej tak dla samych dzieci, niz wychowywanie się w pełnej, ale kiepskiej (inne słowo mi teraz nie przyszło na myśl) rodzinie.

Jest jeszcze trzecia opcja: zbudować dobrą rodzinę. big_smile

Gdyby to takie łatwe było, to by nie było rozwodów i same szczęśliwie i uśmiechnięte rodzinki.
Jak coś się wypala, to ciężko wskrzesic uczucia na nowo.

25

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Ramsay, Ty ewidentnie podjąłeś już jakąś decyzję i szukasz tutaj racjonalizacji tego kroku.

Oczywiście, małżeństwa czasami się rozpadają, coś ewidentnie się kończy, czy to jest Twój case - nie wiem. Za mało rzeczy zdradziłeś. Jak długo jesteście małżeństwem? W jakim wieku wzięliście ślub? jak długo się znacie? macie jakieś historie rozstań bądź zdrad?

Uważam że bardziej narażone jest małżeństwo zawarte szybko, młodo (przed 20 albo w okolicach, kiedy nagle przy 30 człowiek się orientuje, że już 10 lat jest z jedną osobą i może coś traci, bo tyle innych osób dookoła...?

Facet na damskim forum.

26

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

big_smile big_smile big_smile
"Dobry żart, tynfa wart."
Kogo usiłujesz oszukać? <pytanie retoryczne>

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

27

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:
Wielokropek napisał/a:
Ramsay napisał/a:

(...) nie mam pojęcia, jakby wyglądalo u nas gdybym jednak zrezygnował i podjął decyzję o odejściu, dziecko miało by rewolucję, a jak napisałem, jest małe, ale czasami lepiej tak dla samych dzieci, niz wychowywanie się w pełnej, ale kiepskiej (inne słowo mi teraz nie przyszło na myśl) rodzinie.

Jest jeszcze trzecia opcja: zbudować dobrą rodzinę. big_smile

Gdyby to takie łatwe było, to by nie było rozwodów i same szczęśliwie i uśmiechnięte rodzinki.
Jak coś się wypala, to ciężko wskrzesic uczucia na nowo.

To po co zadajesz tutaj pytania, jak sam wiesz już jak to się skończy? Przecież z tego, co piszesz jasno wynika, że Ty już ustawiłeś swoje małżeństwo wśród tych, które są skazane na porażkę.

Z tego, co piszesz, to taki dzieciak z Ciebie. Oczekujesz w związku i małzeństwie ekscytacji jak z czasów zakochania. Nie masz żadnej wiedzy i świadomości o ludzkiej naturze, o dynamice uczuć i związku. Chciałbyś ciągłych „motyli w brzuchu” a to jest tylko charakterystyka zakochania, potem trzeba już trochę więcej niż natury, żeby związek się rozwijał. Nie zbudowaliście z żoną bliskiej więzi, skoro czujesz pustkę. Nic straconego, ale pod warunkiem, że nie chcecie tego stracić, ale Ty raczej ten związek już skreśliłeś.

28

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
MagdaLena1111 napisał/a:

To po co zadajesz tutaj pytania, jak sam wiesz już jak to się skończy? Przecież z tego, co piszesz jasno wynika, że Ty już ustawiłeś swoje małżeństwo wśród tych, które są skazane na porażkę. (...)

Po to, by przeczytać, że jego związek nie ma sensu, że reaktywowanie go jest pomyłką, innymi słowy szuka poparcia dla podjętej decyzji.


(...) Ty raczej ten związek już skreśliłeś.

Skreśliłabym słowo "raczej". smile

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

29

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Wielokropku, to wszystko nie jest takie proste, jak się wydaje. Jak sprawić, żeby kobieta, która jest moja żona, nie była mi obojętna? Żyjemy dobrze, ale ja się czuję, jakbym miał kumpele, a nie żonę. Żona się stara, lgnie, ja ją traktuje jak bardzo dobrą znajomą, która jest mi bliska, ale nic poza tym. Nawet w łóżku fajerwerków nie ma.
Nie chodzi o stan zakochania, tylko o to, żeby nie żyć jak dobrzy znajomi.

30

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Proszę, wskaż miejsce, w którym oceniłam reaktywację związku jako coś łatwego do zrobienia.


Chcesz stworzyć od nowa związek?
Skoncentruj się na tym, co Was (żonę i Ciebie) łączy i nie używaj do tego dziecka. I przypomnij sobie to, co Ciebie skłoniło do bycia razem (to były wyłącznie "motylki"?).
Co musiałoby się stać, byś przestał traktować żonę jak kumpelę czy dobrą znajomą?

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

31 Ostatnio edytowany przez Ramsay (2022-11-23 11:17:10)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Foxterier napisał/a:

Ramsay, Ty ewidentnie podjąłeś już jakąś decyzję i szukasz tutaj racjonalizacji tego kroku.

Oczywiście, małżeństwa czasami się rozpadają, coś ewidentnie się kończy, czy to jest Twój case - nie wiem. Za mało rzeczy zdradziłeś. Jak długo jesteście małżeństwem? W jakim wieku wzięliście ślub? jak długo się znacie? macie jakieś historie rozstań bądź zdrad?

Ślub to wzięliśmy ok 25 roku życia, małżeństwem jesteśmy już prawie 15 lat, żadnych rozstan i zdrad, przeżyliśmy dużo złego, ale takich spraw nie było. Terapia była nam potrzebna, bo nie dawalismy sobie rady z tym, co nas spotyka. Byłby prawie rozwód wtedy, bo przerastalo nas to. Dziecko mieliśmy pozno, bo po terapii, jakos poprzednio nie było tego tematu. Przed ślubem znaliśmy się od kilku lat, wiec żyjemy ze sobą od b.dawna.

32

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Wielokropku, to wszystko nie jest takie proste, jak się wydaje. Jak sprawić, żeby kobieta, która jest moja żona, nie była mi obojętna? Żyjemy dobrze, ale ja się czuję, jakbym miał kumpele, a nie żonę. Żona się stara, lgnie, ja ją traktuje jak bardzo dobrą znajomą, która jest mi bliska, ale nic poza tym. Nawet w łóżku fajerwerków nie ma.
Nie chodzi o stan zakochania, tylko o to, żeby nie żyć jak dobrzy znajomi.

Tutaj już jest niestety praca z terapeutą potrzebna ktory pogrzebie przy Twoich przekonaniach i zada przykładowe, następujące pytania:

- jak zachwouje się według pana żona?
- jak według pana zachowuje się kumpela?
- co ma pan na myśli mówiąc o życiu "jak dobrzy znajomi"?

I tak dalej, i tak dalej...

Facet na damskim forum.

33

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Ślub to wzięliśmy ok 25 roku życia, małżeństwem jesteśmy już prawie 15 lat, żadnych rozstan i zdrad, przeżyliśmy dużo złego, ale takich spraw nie było. Terapia była nam potrzebna, bo nie dawalismy sobie rady z tym, co nas spotyka. Byłby prawie rozwód wtedy, bo przerastalo nas to. Dziecko mieliśmy pozno, bo po terapii, jakos poprzednio nie było tego tematu. Przed ślubem znaliśmy się od kilku lat, wiec żyjemy ze sobą od b.dawna.

Trudności, problemy, przeszkody, których źródłem nie jest nielojalność jednej ze stron lub obu, bardzo często związki nawet spajają, bo ludzie się wtedy wspierają wzajemnie, jak jedno upada, to drugie pomaga mu się podnieść, troszczą się o siebie, dodają otuchy i przekonują, że mogą na siebie liczyć a to wzmacnia więź.
Zatem pytanie: dlaczego Was trudności rozdzieliły?

Dziecko na scementowanie/naprawę związku to słaby pomysł.

34

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Tych trudności i problemów było dużo za dużo, na niektóre nie mieliśmy żadnego wpływu, a dotykały nas koncertowo. To była czarna seria, ciągnęło się długo za nami, i przestaliśmy sobie radzić. Plus doszły problemy żony ze zdrowiem psychicznym, następstwo tych zdarzeń. Na początku byliśmy obok siebie i staraliśmy się wspierać nawzajem, ale życie przez dłuższy okres w permanentnym stresie i napięciu nam dobrze nie zrobiło. Terapia nas uratowała, pomogła ogarnąć otaczającą rzeczywistość, i inne sprawy. Bez tego prawdopodobnie już zylibysmy osobno.
Życie się unormowało, wyszlo na prostą. A ja...

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Zwyczajnie nie masz jaj.
Powiedz żonie co zrobiłeś i weź rozwód, a potem zabawiaj sie na boku.
Ale tego nie zrobisz, bo:
Alimenty
Wygodnictwo
Opcja B w domu
No i ten cały cyrk z rozwodem, komu by się chciało tyle problemów

Nie zdziw sie jak twoja luba napisze do żony w przypływie miłosnym, dopiero będziesz miał pozamiatane.
Myślisz "ona taka nie jest"... Powiem Ci nic o niej nie wiesz, wydaje Ci się ze to Ty rozdajesz karty w tej grze, a przekonasz sie ze jestes tylko pionkiem

36

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Tych trudności i problemów było dużo za dużo, na niektóre nie mieliśmy żadnego wpływu, a dotykały nas koncertowo. To była czarna seria, ciągnęło się długo za nami, i przestaliśmy sobie radzić. Plus doszły problemy żony ze zdrowiem psychicznym, następstwo tych zdarzeń. Na początku byliśmy obok siebie i staraliśmy się wspierać nawzajem, ale życie przez dłuższy okres w permanentnym stresie i napięciu nam dobrze nie zrobiło. Terapia nas uratowała, pomogła ogarnąć otaczającą rzeczywistość, i inne sprawy. Bez tego prawdopodobnie już zylibysmy osobno.
Życie się unormowało, wyszlo na prostą. A ja...

A Ty potrzebujesz terapii bo o ile żona dała sobie możliwość na odreagowanie tego nawału negatywnych wydarzeń (czyli wystąpiły u niej zaburzenia o których Ci powiedziała), Ty chyba masz wgrany stereotyp faceta który wszystko dzielnie znosi, jest opoką i wsparciem, a sam nie ma dylematów. Masz, ale je wypierasz, stąd ten cały bigos.

I rozchodzenie się w związkach nie jest niczym złym, czasami ludzie się na tyle zmieniają z biegiem lat że naprawdę nie ma już czego ratować. Ale - i to zasadnicze ale - kolejność wykonywania działań ma znaczenie, tzn. najpierw się rozstajemy z żoną z którą jesteśmy 15 lat, a POTEM (najlepiej po okresie bycia samemu kiedy mamy mozliwość uporządkowania sobie tej straty w głowie) szukamy kogoś nowego.

Niestety z 90% przypadków jest tak że przechodzimy na zakładkę, z dojrzałego związku w płomienny romans, nie mamy czasu przeprocesować rozstania, a na końcu zostajemy z moralniakiem że jesteśmy zdradzaczem który zaprzepaścił X lat wspólnego życia.

Facet na damskim forum.

37

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

A ja...

A co Ty?
Rozwiń, przecież nie będziemy zgadywać.

38

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Żona się stara, lgnie, ja ją traktuje jak bardzo dobrą znajomą, która jest mi bliska, ale nic poza tym. Nawet w łóżku fajerwerków nie ma.
Nie chodzi o stan zakochania, tylko o to, żeby nie żyć jak dobrzy znajomi.

Wiesz ilu facetów chciałoby takę żonę?
Myślisz, że nowa kobieta da tobie coś dodatkowego po roku związku?

Opisałeś, że masz 40 lat i coś czuję, że wszedł kryzys wieku średniego. Zdarza się.
Chcesz coś zmienić w życiu, ale zmiana żony nie da Tobie wielkiego kopa.
Po prostu zepsujesz małżeństwo, żonę i dziecko skrzywdzisz.
Zerwij kontakt z drugą kobietą, żonie zaproponuj zmianę trybu życia i zobaczysz co za kobietę masz w domu.
Ty szukasz łatwych rozwiązań, a takich po prostu nie ma.

Życie ...

39

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
ulle napisał/a:
Ramsay napisał/a:

Na trzeźwo miałem pocałunki i przytulanki z inną. Ta inna obca nie jest, poznaliśmy się dawno temu, jeszcze nie byłem z żoną, w szczegóły ponownego spotkania nie chce wchodzić, bo w internecie nic nie ginie. Ważne, że mam żonę, mieliśmy poważny kryzys, ale żadna ze stron nie zdradzała. Przeszliśmy terapię, wyszliśmy na prostą, jest dziecko. Nie ma już żadnych kryzysow (a bylo bardzo źle, do rozwodu niewiele brakowało), ale z mojej strony coś ulecialo. Żona się stara, dużo się zmieniło na lepsze, narzekać nie mam prawa. Teoretycznie jest dobrze, w praktyce moje uczucia chyba się wypaliły. Ciągot do przygód na boku nie miałem, nawet ciężko mi jest nazwać to, co zrobiłem. Pani próbuje podtrzymać relacje, rozum mowi, że panią powinienem mniej lub bardziej elegancko spławić i spuścić na drzewo, a w głębi duszy nie chce. Zabrzmie jak skończony ch*j, ale mam ochotę iść na całość. Przychodzą chwilę opamiętania i przytomności, gdzie do mózgownicy dochodzi głos rozumu, i dociera, że jak pójdą w boczną relacje, to pogrzebie relacje z żoną na amen, bo w ukrywanie skuteczne nawet przelotnych romansów nie uwierzę. A żona ma na koncie stany załamania, leczyła się u psychiatry. Poza żoną jest dziecko, które w razie wypłynięcia syfu na światło dzienne, będzie miało rozbita rodzinę. Powinienem wziąć żonę na szczerą rozmowę i zakomunikować, że czuje pustkę, wypaliłem się, chce odejść, zacząć 'nowe' życie. Tak byłoby 'lepiej' niż oszukiwanie na każdym kroku żony i udawanie, że jest OK. Tylko nawet po przeczytaniu własnych słów mam ochotę jebnąc łbem w ścianę dla opamiętania, bo zachowuje się jak napalony nastolatek, który ma mozg zalany spermą i pustkę. Jak dla dobra własnej rodziny odprawie Panią z kwitkiem, to sytuacja i tak czysta nie jest. Czy w przypadku takiego małżeństwa jak nasze da się coś  uratować? Za nami jest dużo złego, ale niemało dobrego, najważniejsze: dziecko. Powinienem wziąć się 'za mordę'  i zmienić coś w swoim podejściu, bo dużo mogę stracić. Nie było mi łatwo napisać ten post, bo nie najlepszy mój obraz się z niego wyłania. Co dalej?


Jest tu na forum wątek Witolda, który na własnej skórze przekonał się, jak to warto poświęcać się dla dzieci.
Żona poszła w długą, doszło do rozwodu, Witold przeszedł więc gehennę i najbardziej martwił się o dzieci, jak zniosą rozstanie rodziców itd - dzieci nastoletnie, więc niby trudny wiek.
I co się okazało? Dzieci szczęśliwe, szybko odnalazły się w nowej sytuacji, z uśmiechem na twarzy biegają do matki na obiad, lubią zostawać u niej na nocki, potem wracają do Witolda, do taty i zachowują się jak gdyby nigdy nic, są radosne i uśmiechnięte.
A Witold tak się o nie martwił.
Bił się z myślami o rozwodzie i gotów był zrezygnować z siebie dla dzieci.

Warto było?
Nie było warto.
Dzisiaj został sam i boli go, że nie ma sprawiedliwości na świecie, była żona szczęśliwa w swoim nowym związku, dzieci szczęśliwe, a on?
W czarnej doopie.
Autorze nie zostawaj z żoną ze względu na dziecko.


Popieram. Poza tym dzieci nie są ślepe, widzą, co się dzieje między rodzicami, nawet jeśli ci bardzo się starają to ukrywać. Moja mama też tkwiła w małżeństwie z ojcem, póki moja młodsza nie osiągnęła pełnoletności, bo myślała, że dla dobra dzieci tak będzie lepiej. Była zdziwiona, jak na wieść o rozwodzie powiedziałyśmy jej z siostrą tylko, że od zawsze wiedziałyśmy, że to się tak skończy.

40

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
MagdaLena1111 napisał/a:
Ramsay napisał/a:

A ja...

A co Ty?
Rozwiń, przecież nie będziemy zgadywać.

A mnie czegos brakuje, nosi mnie. Może rzeczywiście kryzys wieku średniego wszedł za mocno. Dawno nikt mnie nie rozbudził tak, jak ta - nazwijmy to - ''znajoma". Jeszcze mam świadomość, że ona jest chętna na kontynuację i coś więcej, niz same "niewinne mizianie". Tylko w moim wieku powinienem kierować się bardziej głową i rozumem niż główką i emocjami.

41

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Zobacz, czego faktycznie chcesz, a potem zobacz, dlaczego tego pragniesz. I używaj rozumu zgodnie z jego przeznaczeniem.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

42

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:
MagdaLena1111 napisał/a:
Ramsay napisał/a:

A ja...

A co Ty?
Rozwiń, przecież nie będziemy zgadywać.

A mnie czegos brakuje, nosi mnie. Może rzeczywiście kryzys wieku średniego wszedł za mocno. Dawno nikt mnie nie rozbudził tak, jak ta - nazwijmy to - ''znajoma". Jeszcze mam świadomość, że ona jest chętna na kontynuację i coś więcej, niz same "niewinne mizianie". Tylko w moim wieku powinienem kierować się bardziej głową i rozumem niż główką i emocjami.

To może nie chodzi o tę osobę, ale o sytuację. Być może zauroczyłaś się „znajomą”, a być może brakuje Ci w małżeństwie flirtu, napięcia„ niepewności”. Jak wskazuje Wielokropek, przyjrzyj się sobie.
No i nie obejdzie się bez zastanowienia, co jest tak naprawdę dla Ciebie ważne i co jesteś w stanie poświęcić, żeby osiągnąć to, czego Ci brakuje i z powodu braku tego Cię nosi.
Piszesz, że niewiele już do żony czujesz, ale związki to nie tylko uczucia przecież, ale też świadome wybory i decyzje oraz ich konsekwencje, w tym konsekwencja w przeprowadzaniu tychże wyborów i decyzji.
Już nie wspominając o szacunku, bo o ile miłość przychodzi i czasem odchodzi a uczucia niekoniecznie są na wieczność, to szacunek wobec żony jest Twoim wyborem, a jak widać po tym forum szacunek do partnera nader często koroduje wraz z utratą uczuć.

43 Ostatnio edytowany przez adela 07 (2022-11-23 17:13:19)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Czytam to i spostrzegłam, że zapomnieliście nieco o najbardziej poszkodowanej osobie. Bo dziecko...właśnie...tu można przytoczyć wątek Witolda.  Natomiast żona Ramsaya najprawdopodobniej dostanie takiego kopa, że może się już nie pozbierać. W tle choroba, ale też WSPÓLNE ŻYCIE. I świadomość, że ktoś " rozbudził" jej męża, a  ten poleciał, jak pies za suką w rui - zdruzgocze Jej serce, wiarę w sens związków, w miłość. Autorze- ta sytuacja to test Twojej moralności, wiarygodności jako człowieka, weryfikacja wartości.
W takim stanie jak jesteś teraz zapewne nie dociera to do Ciebie zpelną mocą. Bo , że tak powiem nieładnie " narządy zamieniły się miejscami". .
A kiedyś wrócą.

" Pamietaj, że Rzecz,która przedstawia się dorzecznie w Twoim łebku, może wyglądać mniej dorzecznie poza nim"
K. Puchatek.

44

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

adelo 07,
nie zapomniałam o żonie autora i jej minionych perturbacjach zdrowotnych. smile

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

45

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Autorze, pogadaj sam ze sobą czy chcesz dalej tworzyć rodzinę z tą kobietą, dużo przeszliście, ona się stara, chce.. może i nie ma obecnie w łóżku fajerwerków ale czy coś zrobiłeś by byly?
I jeszcze jedno.. gdyby mój zbłądził ale nie doszłoby do zdrady fizycznej.. to chyba nie chciałabym wiedzieć..

46 Ostatnio edytowany przez Apogeum (2022-11-23 22:32:37)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Ulle, pomyślałam, ze albo z niewyspania literki mi się w twoim poście poprzestawiały, albo to sarkazm. W każdym razie narracja pod tytułem: „pomyślałam, że jeśli zacznie myśleć inaczej o tamtej kobiecie, to może obudzi się w nim sumienie i nie będzie chciał przyczyniać się do marnowania komuś życia nie mając niczego tej kobiecie do zaoferowania” - nie wpadła mi do głowy. Bo to jak pisanie do dziecka? Nie wiem, jak to nazwać. Kochanka czy nie, jest chętna na romans z żonatym. I właśnie tej zony mi szkoda. Co do dzieci, to po prostu sadze, ze z dwojga lepiej mieć relacje z ojcem i żeby potem nastąpiło jakieś pęknięcie, niż żeby to pęknięcie było na początku.

Nie twierdze tez, ze będzie lepiej, gdy autor zostanie z żona tylko ze względu na dziecko (jestem zreszta żywym przykładem, ze bez pewnego typu ojca dziecku jest lepiej niż z ojcem przez małe o). Nie uważam, ze dziecko autora będzie szczęśliwsze, gdy on zostanie z żona na sile, ale po prostu dziwie się ludziom, którzy wybierają zakochanie zamiast miłości. A jestem tez żywym przykładem na to, ze i miłość może isc w parze z zakochaniem. A po ostatnie to na własnej skórze (i męża wink) sie przekonałam, ze to, o czym pisała MagdaLena1111, to nie mit. Trudności, problemy (i to takie dużego kalibru) mogą spajać związek, zbliżać, wzmacniać więź. Ja tam kocham męża bardziej po tym jak zjedliśmy razem beczkę soli, niż na etapie, gdy jedliśmy same cukierki.

Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci.

                                            Oscar Wilde

47 Ostatnio edytowany przez Ramsay (2022-11-23 22:46:16)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
adela 07 napisał/a:

Czytam to i spostrzegłam, że zapomnieliście nieco o najbardziej poszkodowanej osobie. Bo dziecko...właśnie...tu można przytoczyć wątek Witolda.  Natomiast żona Ramsaya najprawdopodobniej dostanie takiego kopa, że może się już nie pozbierać. W tle choroba, ale też WSPÓLNE ŻYCIE. I świadomość, że ktoś " rozbudził" jej męża, a  ten poleciał, jak pies za suką w rui - zdruzgocze Jej serce, wiarę w sens związków, w miłość. Autorze- ta sytuacja to test Twojej moralności, wiarygodności jako człowieka, weryfikacja wartości.
W takim stanie jak jesteś teraz zapewne nie dociera to do Ciebie zpelną mocą. Bo , że tak powiem nieładnie " narządy zamieniły się miejscami". .
A kiedyś wrócą.

Jakby to nie zabrzmiało, jeżeli zdecydowałbym się na romans (żadne poważne związki), to nie zrobię tego za plecami żony. Ale muszę wyłączyć popęd i włączyć myślenie, żeby nie zaprzepascic wszystkiego.

48

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Drogi Autorze.
Nie wiem jak Ci pomoc w Twoim problemie, ale wiem, ze każda wizyta na tym forum tylko Ci zaszkodzi. Żadnej konstruktywnej porady tu nie znajdziesz.

Tutaj teoretycy życia będą Ci wmawiać wszystko co najgorsze - zwłaszcza poczucie winy; a przy swoich aktualnych rozterkach jesteś bardzo podatny na takie manipulacje.

49

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Trzeba być tego świadomym, że jest sfera intymna związku dwojga ludzi, która powinna być zarezerwowana TYLKO i wyłącznie dla nich. I NIE MOŻNA dzielić się "emocjami" , które powinny być zarezerwowane TYLKO dla partnera, z osobą TRZECIĄ, a co gorsze "przenosić" tych emocji na osobę TRZECIĄ, bo to pociąga za sobą ryzyko "popłynięcia" w niezdrową relację.

I na to trzeba bardzo uważać i być tego w pełni świadomym, świadomym konsekwencji które to za sobą prędzej czy później przyniesie

50 Ostatnio edytowany przez ulle (2022-11-24 09:27:58)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
noben napisał/a:

Drogi Autorze.
Nie wiem jak Ci pomoc w Twoim problemie, ale wiem, ze każda wizyta na tym forum tylko Ci zaszkodzi. Żadnej konstruktywnej porady tu nie znajdziesz.

Tutaj teoretycy życia będą Ci wmawiać wszystko co najgorsze - zwłaszcza poczucie winy; a przy swoich aktualnych rozterkach jesteś bardzo podatny na takie manipulacje.

Chyba trochę przesadzasz i ja osobiście raczej czuje się urażona, gdyż w swoich postach nawet na centymetr nie starałam się wzbudzić w autorze poczucia winy, było wprost przeciwnie.

A w odpowiedzi do osób, które uważają, że autor powinien zostać z żoną, gdyż ona ma problemy psychiatryczne ( leczy się u psychiatry), to ja uważam i też pisałam o tym wcześniej, że to żaden powód, by autor musiał zostać w tym związku.
Autor może zostać, ale tylko pod takim warunkiem, że kocha żonę.

Zdarzają się na przykład takie sytuacje, że dziecko całkowicie rezygnuje z własnego życia, ponieważ opiekuje się obłożnie chorym rodzicem albo obłożnie chorym bratem lub siostra. Znam takiego człowieka, chociaż nie osobiście, jest to dość już posunięty w latach starszy pan, który nigdy nie założył własnej rodziny, nie ma żadnych znajomych, nigdy nie wychodzi z domu, ponieważ od lat opiekuje się niesprawna matka. Codziennie widuje się go pchającego wózek z matką, zawsze o tej samej porze. Wszyscy znają jego sytuację.

Nie może być tak, że autor zrezygnuje z siebie ze strachu, że jego żona nie poradzi sobie sama, gdy on odejdzie.
Autor musi mieć wybór i pełne przekonanie do tego, czego chce, a czego jednak nie zrobi, choćby nie wiem, co się działo.

51

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:

Ale muszę wyłączyć popęd i włączyć myślenie, żeby nie zaprzepascic wszystkiego.

Dokładnie tak.
Nie zachowuj się jak młody szczyl, tylko jak dorosły facet z żoną i dzieckiem.

Życie ...

52

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
Ramsay napisał/a:
MagdaLena1111 napisał/a:
Ramsay napisał/a:

A ja...

A co Ty?
Rozwiń, przecież nie będziemy zgadywać.

A mnie czegos brakuje, nosi mnie. Może rzeczywiście kryzys wieku średniego wszedł za mocno. Dawno nikt mnie nie rozbudził tak, jak ta - nazwijmy to - ''znajoma". Jeszcze mam świadomość, że ona jest chętna na kontynuację i coś więcej, niz same "niewinne mizianie". Tylko w moim wieku powinienem kierować się bardziej głową i rozumem niż główką i emocjami.


To niezłą masz znajomą, baba, która pcha się żonatemu do rozporka, nikt Cię tak nie rozbudził??? rozbudza.. żadna sztuka... pewnie myśli, jaka jest wyjątkowa, lepsza od żony...  zrobi dobrze laskę i jesteś jej, chcesz kolejnych problemów... pakuj się w nie... Wybacz za prostolinijność...

53

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Poblokuj ja wszedzie i nie ciagnij zadnych kontaktow.

A ze motylki w malzenstwie ulecialy to normalne, to nie uczucia stanowia o milosci tylko trwanie przy sobie na dobre i zle.

I niepelna rodzina jest lepsza tylko gdy w pelnej bylaby patologia, w waszej tego nie ma. Takze nie wiem jak mozna doradzac rozstanie dla dobra dziecka, kazdykto z niepelnej pochodzi, wolalby aby rodzice byli razem.

54 Ostatnio edytowany przez blueangel (2022-11-24 15:10:59)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

A doradzam tak samo i kobietom, ktore nagle Maja gdzies dzieci i meza, bo ich zaswedzialo co innego.



Poza tym nie wiesz, kogo po waszym rozstaniu sobie przygrucha, a ten facet tez bedzie mial socjalizacyjny wolyw na twoje dziecko. A moze nie bedzie sie ukladalo i do 18tki pozna jeszcze z 15 wujkow. Ale oczywiscie to lepsze od pelnej rodziny ojca i matki.




I jeszcze raz: po 15 latach to normalne, ze zostaje przyjazn. Gdybys sie zwiazal z niedoszla kochanka to po czasue tak samo by bylo, o ile nie szybciej, bo z nie cie laczy tylko swiezy powiew i pozadanie, a nie milosc jak z zona. Bo to jest milosc, ze ja wspierales, ze mimo kryzysu i trudnosci zdecydowaliscie sie byc dla siebie wsparciem. A ta kochanka wczesniej czy pozniej znajdzie sobie kolejnego fiuta. Ten Typ tak ma.

55

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Ciesz się, że jest przyjaźń. U mnie po 15 latach nie ma przyjaźni, raczej tylko wspólne mieszkanie. Rozmów brak. Wspólnych zainteresowań brak. Wspólnego spędzania czasu brak. Każdy sobie. Dlatego tak łatwo było mnie zauroczyć przez kogoś innego. Teraz nie ma nikogo. Została pustka. Dzień podobny do dnia. Żyję sobie bez celu.

56

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Tak się kończą wszystkie długo letnie związki.

Jeśli nie chcesz się stać kolejną zabawką i poznać czyjeś rzeczywiste intencje, odkładaj seks w czasie.

57 Ostatnio edytowany przez Ramsay (2022-11-24 17:20:30)

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?
okruszek00 napisał/a:

Ciesz się, że jest przyjaźń. U mnie po 15 latach nie ma przyjaźni, raczej tylko wspólne mieszkanie. Rozmów brak. Wspólnych zainteresowań brak. Wspólnego spędzania czasu brak. Każdy sobie. Dlatego tak łatwo było mnie zauroczyć przez kogoś innego. Teraz nie ma nikogo. Została pustka. Dzień podobny do dnia. Żyję sobie bez celu.

Okruszek, u mnie jest inaczej jeżeli chodzi o relacje z żoną. Nie ma tak, jak u Ciebie, a mimo to podobnie poplynąłem. Nie było seksu, ale myśli krążą nie koło zony. Doskonale Cię rozumiem. Wczoraj w jednej wiadomości napisałem, że muszę wyłączyć popęd, a włączyć myślenie, ale wiem, za łatwe to nie będzie. Nadal się gryze i bije z myślami. Bo choojem, który zdradza za plecami tak, że żona będzie szorowala porożem o sufit, być nie chce. Tylko szczera rozmowa i wtedy mogę iść.
Uroki kryzysu wieku średniego...

58

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

Ramsay
To, że własnie tak należałoby zrobić, to oczywistość.
Tego chyba nie trzeba Ci radzić
Ludzie tutaj chcą jednak podkreślić, że jak już popłyniesz do tej drugiej, to zauroczenie minie. A wtedy okaże się, że " cyrk ten sam, tylko gęba inna", i to w dodatku taka, która poleciała na żonatego faceta ( tak ,całowanie się liczy). No i przy okazji nóź wbity w plecy żonie,...
Warto?

" Pamietaj, że Rzecz,która przedstawia się dorzecznie w Twoim łebku, może wyglądać mniej dorzecznie poza nim"
K. Puchatek.

59

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

A czego chciałbyś Ty jako Ty, gdyby nic więcej nie miało się liczyć?

Jak sobie wyobrażasz to nowe życie?
Kto w nim jest i gdzie ono się toczy?

Jaki pożytek z prędkości, jeśli zmierza się w złym kierunku?

Jeśli wciąż nie spotkałaś mężczyzny u boku którego chciałabyś się zestarzeć, nie przejmuj się, Bez mężczyzny też się zestarzejesz. Może tylko później.
Mężczyzna jest jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie tym lepiej dla niej. I dla niego - Maria Czubaszek

60

Odp: Da się uratować nasze małżeństwo?

...  uroki .. wydaje mi się jakichś braków w związku, w sobie? trzeba je namierzyć i przepracować .. Czy w szczęśliwych związkach ktos rozgląda się na boki?? Pomimo wieku?? Raczej tutaj nie zaglądają osoby w takowych związkach .. więc to pytanie czysto retoryczne...

Posty [ 1 do 60 z 133 ]

Strony 1 2 3 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Da się uratować nasze małżeństwo?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2021