Chce umrzec!!!
.... wlasciwe nawet nie wiem od czego zaczac...nigdy nie szukalam pomocy w takiej formie, nigdy nawet nie zdawaam sobie sprawy z faktu, ze pozostaje w toksycznym zwiazku i niszcze sobie zycie. Zuplnie przypadkiem, zdruzgotana po kolejnym porzuceniu, przegladajac strony internetowe i karmiac sie podobnymi opowiesciami innych doswiadczonych kobiet, trafilam na Wasza strone i postanowilam wyrzucic z siebie to co tak bardzo rani mnie od srodka.
Zaczelo sie bardzo szybko...
Ja, kobieta doswiadczona przez zycie, mialam wowczas 27 lat, dopiero wrocilam z kilkumiesiecznego pobytuw Hiszpanii. Wczesniej zylam juz 6 lat we Wloszech, tam skonczylam studia, ale stamtad rowniez wypedzilo mnie niepowodzenie w milosci. Po kilku nieudanych zwiazkach, ostatni z pilotem-latawcem, ktory widzial we mnie tylko obiekt seksualny (na szczescie trwalo to bardzo krotko), bardzo, bardzo pragnelam milosci, akceptacji, opieki mezczyzny. Poznalismy sie przez internet. Bez zbednych ceregieli umowilismy sie ktoregos dnia na kawe. Wczesniej zamienilismy raptem kilka zdawkowych zdan. Nie potrafie opisac moich uczuc kiedy juz spotkalismy sie w umowionym miejscu. Nie do konca spodobal mi sie fizycznie. Nie moj typ...ale byl jakis taki...nieporadnie slodki a przy tym bardzo, bardzo staral mi sie zaimponowac. Byl szarmancki, grzeczny- otwieral drzwi do samochodu, calowal w raczke... Poczulam, ze jestem dla niego kims wyjatkowym. Od tego momentu nie potrafilismy sie rozstac nawet na krok. Spedzalismy ze soba 24h, wyjechalismy na wspolne wakacje juz po tygodniu znajomosci. Po powrocie z urlopu zrobilismy sobie wspolny tatuaz na nadgarstku. Dopiero wtedy przyznal sie, ze jest juz rozwodnikiem... Przezylam szok, ale wybaczylam klamstwo. Tak pieknie mowil, ze to wszsytko nie mialo znaczenia, ze zostal do tego zmuszony bo byla 6 lat starsza, bo wrobila go w dziecko, ktore pozniej okazalo sie nie jego, ze ich malzenstwo rozpadlo sie po trzech miesiacach. Poza tym juz wtedy chyba bylam od niego uzalezniona...On naduzywal zwolnienia lekarskiego zeby byc ze mna... Po dwoch miesiacach zostal zwolniony z pracy. Postanowilismy wyjechac razem do Anglii. Mimo swoich wczesniejszych postanowien zostania w kraju uznalam, ze milosc jest dla mnie wazniejsza niz cala reszta. Tam byl jego ojciec, zapraszal nas...coz mielismy poczac- spakowalismy kilka walizek i ruszylismy w droge. Problemy zaczely sie juz na samym poczatku. Okazalo sie, ze ojciec mieszka w opuszczonym domu przeznaczonym do gruntownego remontu. On sie zalamal, chcial wracac- ja powiedzialam ZOSTAJEMY. Zostalismy. Kolejne klamstwa na temat jego bylego zycia. Wszsytko powoli wychodzilo na jaw. Ze tak naprawde nie gral na skrzypcach, ze tamta kobieta nie byla w ciazy w momencie zawirania malzenstwa, ze nie mial swojego mieszkania, ze nigdy nie byl w Stanach, ze nie rozkrecal wlasnego interesu...dlugo moznaby wymieniac. Zwielkim trudem wybaczylam wszsytko. Wybaczylam, ale nie zapomnialam. Od tamtego czasu w mojej glowie zagoscily demony. Nie ufalam mu juz, mialam obsesje na temat jego bylej zony. Szalalam. On zapewnial, ze kocha mnie nad zycie- jak nigdy nikogo. Ze nie wyobraza sobie beze mnie przyszlosci, ze jestem najpiekniejszym co mu sie kiedykolwiek przytrafilo w zyciu. Ze chce ze mna dziecko, rodzine. Opiekowal sie mna, dbal o mnie. Wierzylam, kochalam do szalenstwa, ale mialam rowniez konflikt wewnetrzny. Co jakis czas do glosu dopuszczalam rozum, ktory doradzal- to nie jest mezczyzna dla Ciebie, nie jest szczery, nie wiadomo jakie ma intencje. Nie ufaj do konca!!! Skrzywdzi. Po kolejnym moim odkryciu, nie pamietam juz co to bylo, wydaje mi sie ze dowiedzialam sie, ze ma wytatuowane na ramieniu jej imie (w jidish) szalalam- powiedzialam, ze to koniec, ze juz nie zniose wiecej klamstw. Blagal o przebaczenie, plakal jak dziecko, klekal przede mna. Prosil o kolejna szanse. Oczywiscie dostal ja. Kochalam za bardzo lub tez za bardzo bylam od niego uzalezniona. I znow bylo cudownie. Spedzalismy ze soba kazda wolna chwile, naprawde czulam, ze nam na sobie zalezy. Mial swoje wady, ale ktoz ich nie ma. Powoli zaczelam dostrzegac jego infantylnosc, zamilowanie do pieniedzy. Czesto o nich mowil. Przez jakis czas nie mogl znalezc pracy wiec to ja nas utrzymywalam, ale nie moge tez powiedziec, ze byl wobec mnie skapy. Za pierwsza wyplate dostalam od niego piekny, drogi prezent. Cieszyl sie, ze moze sprawic mi radosc. Zylismy w symbiozie z drobnymi klotniami ale ...bylismy ze soba naprawde szczesliwi. Ja bylam. Pozniej przez chwile to ja nie pracowalam- mialam klopoty ze zdrowiem
Wtedy pojawil sie plan- zaczniemy remontowac gore w domu jego rodzicow. Ja wroce do Polski, do pracy umyslowej a on jeszcze przez jakis czas zostanie za granica zebysmy mieli fundusze potrzebne do naszej inwestycji. Cieszylam sie jak dziecko. Kazdy drobiazg wybieralismy razem, konsultowalismmy sie w kazdej dziedzinie. Tymczasowo zamieszkalam z jego rodzicami. Niestety z uwagi na zupelnie inne podejscie do zycia nie potrafilismy sie porozumiec. Po ostrej wymianie zdan ucieklam z ich domu i przenioslam sie do siostry. Wtedy jeszcze z Nim ukladalo sie bardzo dobrze. Byl po 'mojej stronie", sprzeczal sie z rodzicami, twierdzac ze to ja jestem dla niego nawazniejsza. Sama nie wiem kiedy zaczelo sie to zmieniac i co do tego doprowadzilo... Byc moze fakt, ze ktoregos razu wybralam sie do Jego rodzicow z przeprosinowym likierem i nasluchalam sie wtedy tak wiele, ze w przyplywie zlosci zadzwonilam i rozstalam sie z Nim. Szalal, plakal, grozil, ze popelni samobojstwo. Rano zadzwonilam i powiedzialam ze nie potrafie bez Niego zyc...taka byla prawda! wrocilismy do siebie. A moze powodem byla rozlaka? Problemy? To nie byla milosc? Nie potrafie sobie odpowiedziec na to pytanie. Czulam, ze sie ode mnie oddala, ze nie jestem juz tak wazna, coraz rzadziej mowil, ze mnie kocha- a na moje pytanie odpowiadal- powinnas to czuc. Nie bede ci mowil tego akurat teraz kiedy o to pytasz. Ciagle wydluzala sie perspektywa ponownego zycia razem, bylo sporo wydatkow a prace remontowe nie postepowaly do przodu. Zloscilismy sie na siebie. Coraz czesciej sie klocilismy, rozstawalismy na 5 min a pozniej zgodnie twierdzilismy ze nie potrafimy bez siebie zyc. Kiedy wracal na krotkie chwile do Polski znow bylismy ze soba 24 na dobe ale juz wiecej sie sprzeczalismy. W miedzyczasie okazalo sie, ze jego byla zona popelnila samobojstwo, osierocajac swoja kilkumiesieczna corke z drugiego malzenstwa. Okazalo sie, ze mam guza w przysadce mozgowej, przezylam zalamanie. On plakal razem ze mna, ale bagatelizowal. Twierdzil ze nic mi nie jest. Przezylam i to. Doszlam do siebie.
Ostatnie pol roku to juz ciagla walka- pierwsze "powazne rozstanie"- sezilismy osobno 2 dni (on byl w Polsce)... zrobilam mu niespodzianke i pojawilam sie na lotnisku, on tylko spojrzal na mnie i powiedzial- kocham Cie nie moge bez Ciebie zyc i padlismy sobie w ramiona.
Coraz mniej mu ufalam. W miedzycazsie, z pomoca mojego taty kupilam swoje wlasne mieszkanie. Postawilam Go przed faktem dokonanym. To byl przelom. Nie odzywal sie 3 tygonie. Probowalam mu wytlumaczyc, ze musialam tak zrobic, ze potrzebowalam czegos zupelnie swojego, gdyby cos kiedys mialo sie wydarzyc, jakiegos zabezpieczenia. Nie wiem ale w calej tej nieprzyjemnej sytuacji z jego rodzicami czulam, ze kiedys zostanie mi wypomniane, ze mieszkam u nich, ze nie mam nic swojego, ze im cos zawdzieczam. Potrzebowalam wzmocnic swoja pozycje... Nie umiem tego racjonalnie wytlumaczyc. To byl strach, ze kiedys znajde sie bez swojego miejca, ze zle mnie potraktuja. Nie zrozumial. Uznal, ze zrobilam to bo i tak kiedys go zostawie, ze przygotowalam sobie plan B, ze uciekne- tak jak wskazuja na to moje oprzednie doswiadczenia. Obrazil sie, ze te pieniadze, ktore mialam moglam wlozyc w mieszkanie jego rodzicow- wtedy on szybciej wrocilby do Polski. To prawda, moglam. Ale jaka mialam gwarancje, ze nie zamkna przede mna drzwi...
Ostatecznie, w trakcie jego pobytu w Polsce, pogodzilismy sie. Znow bylismy razem, ale... przy kolejnej klotni znow sie rozstalismy. Przy jego rodzinie powiedzial, ze w zasadzie to juz sie przyzwyczail do bycia tam samemu i tak mu dobrze, powiedzial tez ze najwazniejsi sa dla niego rodzice i brat...ja stalam obok... Bolalo. Pozniej jego bratowa wziela mnie na strone i zayala dlaczego wciaz z nim jestem. Powiedziala, ze jest trudny i jest okropnym klamca, powiedziala rowniez ze nasza sytuacja to dla niej "powtorka z rozrywki" - przypomina historie, ktora przezyl z byla zona. Wyszlam- ni pamietam juz co powiedzial, ale zle mnie potraktowal...spoliczkowalam go. Nie wytrzymalam. Nastepnego dnia zadzwonilam z prosba zeby przywiozl mi wszsytkie rzeczy. Zrobil to- ze slowami- masz juz kolejnego jelenia, ktory ci to wszystko zaniesie na gore? Cierpialam, peklo mi serce. On wrocil do Anglii. Ja szalalam, pisalam smsy, prosilam zeby wrocil, mowilam ze kocham. Glucha cisza. Wsiadlam w samolot- zrobilam mu niespozianke. Zobaczyl mnie, powiedzal, ze nic z tego nie bedzie, ale ... zastalam w domu wszsytko tak jak bylo. Moje zdjecia, moje ubrania w szafie, zastalam tam wciaz kochana siebie. Pozniej zmienil zdanie i spedzilismy piekne 5 dni, mowil, ze kocha ale jesli nam nie wyjdzie na zawsze bedzie juz sam. W miedzyczasie Jego Matka zasypywala go wiadomosciami w stylu- pamietaj, ze ni wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki oraz ze seks jest zlym doradca.
Po moim powrocie do Polski znow sie zaczelo. Mial "metlik w glowie, nie wiedzial...". Zaakceptowalam i przestalam naciskac. Wtedy wrocil, znow kochal, znow chcial. W zeszlym tygodniu przylecial do Polski i...rozstal sie ze mna przez telefon w noc przed weselem kolegi, na ktore mielismy isc razem. Powiedzial tylko, ze nie moze byc z egoistka, ktora kupila mieszkanie za jego plecami i nawet nie pojawila sie na lotnisku zeby go przywitac, ze nie ma dla nas przyszosci bo nie chce rzucic wszsytkiego i zyc z nim w Anglii. Istotnie- nie pojawilam sie ale uprzedzalam go o tym. Nie chcialam konfrontacji z jego rodzicami. Znow sie balam.
Slad o nim zaginal. Usunal mnie z portali spolecznosciowych tlumaczazc ze nie ma sensu sie dluzej oszukiwac.
Jest mi bardzo ciezko. Kocham go nad zycie, mimo roznic w stylu zycia, mimo wszsytkich problemow, mimo tego jak zle mnie potraktowal. Kocham go i zyje wspomnieniami. Zarzucam sobie, ze moze gdybym wrocila do UK bylibysmy ciagle razem i byloby znow pieknie. Wiem, ze tym razem nie moge blagac go zeby wrocil. Nie moge i nie chce juz. Musze zaczac siebie szanowac. Zatracilam sie calkowicie i zapomnialam o sobie. Liczyl sie tylko On. Spalalam sie w tej milosci, kazda klotnie musialam obowiazkowo odchorowac.
Teraz tez tak jest. Staram sie byc twarda, staram sie nie myslec ale lzy leja sie strumieniami a po powrocie do domu z pracy wyje jak dziecko.
Jak zyc dalej? Jak sobie z tym poradzic, co robic?
Od momentu skonczenia liceum bylam pewna siebie, swiadoma swojej wartosci i sily kobieta
Nauczylam sie tego dopiero we Wloszech. Wczesniej nienawidzilam siebie, mialam ogromne problemy z jedzeniem, nie akceptowalam siebie mimo ze zawsze mialam ogromne powodzenie u mezczyzn i wszsyscy zapweniali mnie, ze jestem piekna dziewczyna. Byc moze geneza problemu lezy w moim dziecinstwie. Nigdy nie czulam milosci ojca, ktory upodobal sobie mlodsza siostre, Mama byla w tym zwiazku bardzo bardzo nieszczesliwa. Cierpiala. Nierozumiana, gwalcona w nocy- w dzien ponizala swojego oprawce, a ja jako mala dziewczynka bylam swiadkiem dramatow, ktore rozgrywaly sie w naszym pozornie normalnym domu.
Podejrzewam, ze jest to powod, dla ktorego nie jestem w stanie stworzyc normalnego zwiazku...
Nie mam pomyslu jak sobie z tym poradzic