Haha
Mirello ładnie z tym katowaniem sutków... Ogólnie to karmienie nie jest aż takie złe. Pierwsze dni są tragiczne jak jest nawał pokarmu (a chyba ma je każda?) i to nie pod względem bólu sutków (chociaż też) ale bardziej bolą jak są napełnione tym mlekiem. Ja musiałam odciągać kilka razy w nocy, a plecy bolały mnie okropnie od ich ciężaru. I bardzo boli macica przy karmieniu w te pierwsze dni, bo karmienie wytwarza oksytocynę, która tam kurczy macicę... Najważniejsze jest przetrwać ten pierwszy tydzień. Później już jest tylko lepiej
Przynajmniej było tak u mnie. I uważaj na to żeby Maleństwo łapało dobrze nie tylko brodawkę, ale sporą część sutka, żeby nie bolało, bo ja myślałam, że robie dobrze, a miałam tak poranione brodawki, że musiałam karmić butelką. Teraz już piersi wytwarzają tyle pokarmu ile Mała potrzebuje i jest dobrze
nic nie boli. Cieszę się tylko, że wytrzymałam i życzę Wam również tej cierpliwości.
Fajnie jest patrzeć na każdą powiększającą się fałdkę i jak pięknie rośnie na swojej mleczarni
Myślcie tylko o tym.
Żanetko ja mam ręczny i nie narzekam
A kosztował... 40 zł.
Moja przed porodem była dłużej spokojna niż 48h. A co do tego swędzenia - nie ma co ryzykować ! I nie ważna jest tu cecha charakteru panikary czy też nie...
LeeBee mój też testował laktator
Tzn ja mu przystawiłam i raz pociągnęłam to zrobił minę jak srający kot na pustyni
Karlo ja od początku psikałam octeniseptem. Właśnie u Małej też było trochę krwi i położna go po kilku dniach oderwała. Teraz muszę psikać octeniseptem i przecierać patyczkiem do uszu, ale bez pępka
Jak leci krew to może szybko do zakażenia dojść. A położna już była u Was?
Dziewczyny ! Smiać mi się chcę z Was
Mirella i LeeBee
Ładnie z Wami pogrywają dzieciaczki, że tak musicie cierpliwie czekać 
Joanno dla mnie ta kurcząca się macica była gorsza od porodu... Nie wiem jak z zaszytą pipką - nie posiadam, chociaż nastawiałam się na gorszy przebieg tego całego porodu
Nie bójcie się tej oksytocyny. Ja dostałam 5 jednostek przy 4 cm. W trakcie zastrzyku dostałam kilka ciężkich skurczy, kilka minut i Mała była na świecie - więc to nie było konieczne. A czy musicie się zgadzać na wywoływanie?
Ehh .. Dziewczyny Mała miała w nocy katar. W sumie już wczorajszej nocy było nieciekawie więc poprosiłam o wizytę lekarza. Lekarz przyszedł i dał nam skierowanie do szpitala. Przed wyjazdem A wrócił z pracy, robiłam mu kanapki - ręce ze stresu całe mi się trzęsły. Usiadłam do stołu i wybuchłam płaczem. Obwiniam się, że Małej może nie było za ciepło ... czy coś. Jest strasznie. Wiem. Jestem już pewna - to depresja poporodowa, chociaż może jeszcze jest szansa że to baby blues... To podobno pojawia się kilka dni po porodzie, a u mnie to już ponad 2 tygodnie... Krzyczę na Adama, w sumie wszystko na nim się odbija. Mam dosyć siebie po prostu. Bardzo chciałabym to zmienić a nie mogę. Nienawidzę siebie. Rozumiem swoje błędy, to co robie źle... Myślicie że to coś daje? gówno to daje. Za 5 min jest to samo. Przygnębienie, czarniejsza myśl i płacz.
Byliśmy w tym szpitalu miała rtg i na szczęście jeszcze ma tylko katar i lekko zaczerwienione gardło.
Mówiłam Wam, że przeprowadzamy się do znajomych. Już z powrotem jesteśmy u mamy, bo tam niby był piec ale moim okiem było o wiele za zimno dla Małej - co się skończyło tak a nie inaczej. Rodzice Adama zaraz zaczynają działkowy sezon i zastanawiamy się czy nie wrócić... Skoro oni i tak będą na działce kilka dobrych miesięcy. Co o tym myślicie?