Przyznam się bez bicia, że w pewnym momencie z premedytacją się sprzeczałem. A to dlatego, że w poprzedniej kwestii nie doszliśmy do porozumienia i po prostu byłem na anty do was jako rozmówców. Wybaczcie, poniosło mnie 
pennylane - urzekło mnie w Twoich postach... jakby to ująć. Zrozumienie? Cieszę się, że dostrzegłaś to jak patrzę na miłość.
Cynicznahipo, wracając do głównego wątku myślę, że jednak Ty i parę innych rozmówców macie ogromny problem z zaakceptowaniem, że ktoś ma inny styl bycia, niż Wasz. Coś co Ty uważasz za nieodpowiedzialne, nie musi wcale takie być, po prostu jest inne. Zarówno ja, jak i autorka wątku nie wjeżdża na wasz styl bycia. Namawiacie tutaj do antykoncepcji, gdzie ja jej nie popieram. I gdybym był fanatycznym katolem to powinienem zacząć rzucać mięsem. Ale tego nie robię, bo jestem tolerancyjny dla odmiennych poglądów, póki one mnie jakoś bezpośrednio nie krzywdzą. Ty i Twoje koleżanki niestety macie jakiś ogromny problem z pojęciem, że ktoś może żyć inaczej, niż Wy i też być szczęśliwym. Dla mnie traktujecie życie ze zbyt dużą powagą, a dziecko... to już prawie jak ciężar.
To, że ktoś żyje na spontanie i któregoś dnia pojawi się nieplanowane dziecko, nie znaczy, że będzie ono niechciane. Należy sobie tu właśnie uświadomić, że nieplanowane, nie jest równoznaczne z niechcianym. I tu znajduje się kruczek przez który nie potraficie zrozumieć stylu życia autorki. Dla was dziecko chciane musi być zaplanowane, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Ale nie każdy lubi żyć jak w szwajcarskim zegarku. Uświadomcie sobie, że żyć można na różne sposoby, że nie ma jedynej słusznej opcji gwarantującej szczęście i względny dobrobyt.
Jeśli chodzi o wątek główny dyskusji, racji nie macie, i mieć jej nie będziecie. A to dlatego, że dorabiacie sobie niestety ideologię do czegoś co się jeszcze nie stało i istnieje duże prawdopodobieństwo, że się nigdy nie wydarzy. Jeśli autorka któregoś dnia wpadnie i pojawi się berbeć, nigdzie nie jest powiedziane/zapisane/przepowiedziane, że dziecko to będzie niechciane, źle wychowane, nieszczęśliwe, że będzie żyło w niedostatku.
Nawet odnosząc się do tego, że autorka napisała, że nie czuje się gotowa... a kto się czuje? Niemalże każda przyszła matka, czy ojciec odczuwają lęk przed rodzicielstwem, bo jest to obowiązek trudny i długoterminowy. I tak naprawdę nie możemy zdefiniować gotowości na rodzicielstwo, a już na pewno wyznacznikiem tejże gotowości nie jest zaplecze finansowe. Pieniądze to jest ostatnia rzecz jaka jest dziecku do szczęścia potrzebna. I nie mówię tutaj o skrajnym ubóstwie, bo wiadomo, że jeść coś trzeba. Ale nie można zrównywać wszystkich do patologii. Wbrew pozorom rodziny patologiczne, gdzie jest 8 berbeciów i 9-ty w drodze to margines, zarypiasty margines.
Cynicznahipo, to że pracowałaś z takimi rodzinami i widziałaś tą tragedię od wewnątrz... naturalnie, że będąc blisko takich rodzin wydawało Ci się, że jest ich tak wiele... lecz w świetle całego społeczeństwa jest to problem naprawdę marginalny. Nie przesadzajmy, bo jednak nie codziennie znajduje się dzieci na śmietnikach, to jest problem naprawdę tak marginalny, że właściwie nawet nie da się z nim walczyć, bo zawsze znajdzie się zwyrodnialec, który takie dziecko wywali. To są problemy naprawdę sporadyczne... ale rozdmuchane przez takie sprawy jak "sprawa Madzi z Sosnowca" i innych tego typu historii. I teraz przez takie rozdmuchiwanie problemu każdy myśli, ze co druga matka, która "wpadła" wyrzuca dziecko, albo je zabija. Nie popadajmy w paranoję.
Przyrównywanie autorki wątku do takich ludzi już samo w sobie jest obrazą i warto by było sobie to uświadomić. Bo jednak przez całą dyskusję, gdzieś między wierszami próbowano autorkę zrównać z takimi właśnie patologicznymi rodzinami.