Może jest tak, że po którejś zdradzie, kolejnym kłamstwie, mataczeniu i kombinowaniu, przestajemy wierzyć w takie wartości jak wierność, lojalność i prawdomówność? Nie porzucamy partnera na zasadzie: skoro on/ona była taka wspaniała, a jednak dopuściła się zdrady, to jakie szanse mam z kimś innym? Może przyswajamy sobie naukę, którą usilnie chcą nam wtłoczyć kolorowe pisma, mądre głowy, i sami zdradzacze, że tak naprawdę każdy w końcu dopuści się wiarołomstwa? I z tego powodu nie warto kruszyć kopii?
Nie wiem, czy to z powodu własnych doświadczeń, ale ostatnio ciągle wyłapuję zachowania przeczące wierności:
A to przyjaciółka zdradza swojego chłopaka, zachodzi z nim w ciążę, wyznaje mu swoje zdrady, a on bez zmrużenia okiem bierze z nią ślub. Z jakiego powodu? Bo dziecko w drodze. Ale okazuje się, że są szczęśliwi- on zapewnia jej rozrywki, dba o dziecko, traktuje jak królową. A gdy nieśmiałym głosem dochodzą do głosu emocje i on zaczyna wracać do zdrady, ona lekkim tonem odpowiada "myślałam, że już o tym zapomniałeś?". Po czym on prosi, by zaczeła okazywać mu wiecej uczuć, bo czuje się niepewnie...
A to znajomy rok po ślubie, świeżo upieczony tatuś uskutecznia jakieś flirty sms-owe. Z jakiego powodu? By poczuć dreszczyk emocji, bo żona zajęta dzieckiem nie ma dla niego czasu.
Albo mój dobry przyjaciel- dziewczyna rzuca go w Wigilię, za jakis czas twierdzi, że już kogoś ma, a on łzawym głosem przekonuje mnie, że co by nie zrobiła, on wybaczy i przyjmie z powrotem...
Kolejny znajomy prowadzi emocjonalną grę miłosną z mężatką, która bez skrupułów oszukuje i jego i męża. I kiedy pytam znajomego, czy nie przeszkadza mu, że jego "ukochana" jest niezbyt uczciwa, słyszę: jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. A jej mąż przygląda się ich codziennym rozmowom, traktując je jak nieszkodliwą słabostkę żony
Widząc i obserwując co się dookoła dzieje, zaczynam stawiać sobie pytania, czy tak musi być? Czy zdrada, mniejsza lub większa, jest nieunikniona?
Przykłady można mnożyć. Ale łączy je jedno- przyzwolenie na zdradę. Niektórzy, o czym świadczą setki postów na forum, nie dają tego przyzwolenia. Miotają się, bluzgają, prowadzą otwarte lub podjazdowe wojny, krzyczą, płaczą, dociekają prawdy, walczą o zachowanie własnej godności, szukają odpowiedzi na pytanie "dlaczego". A ich partnerzy są często zdziwieni, skąd te emocje, za co te pretensje, po co te krzyki. Jak przecież można zapomnieć, nie wracać do tematu, iść dalej uśmiechając się od ucha do ucha. Mnie nie przerażają te reakcje, bo świadczą o zdrowej, nie poddajacej się pop kulturze moralności. Ale przerażają mnie właśnie ci, którzy zdradę traktują jak dobrodziejstwo inwentarza długoletniego związku, małżeństwa, czy... zwykłej nudy między partnerami. Tak jak kibice po kolejnym przegranym meczu, skandują: Przecież nic się nie stało...
Nie wiem, może docierają do mnie same fatalizmy, ale kiedy słyszę, jak łatwo komuś przychodzi flirt, jak to "nic złego" w kilku smskach ociekających seksem się nie kryje, jak to bez trudu jest okłamać żonę, to nóż mi sie w kieszeni otwiera. Rozumiem, że w dobie kredytów, problemów mieszkaniowych, groźby utraty pracy, choroby czy innej tragedii, zdrada nie jest najgorszym złem. Ale jednak- złem pozostaje, o czym niestety zbyt wielu zapomina. I jeśli osoby zdradzone, obojętnie czy pozostające z partnerem czy odcinajace się od niego gruba kreską, nie postawią twardo swych granic, jeśli nie potrząsną zdradzaczem proporcjonalnie mocno do rodzaju zdrady, to wiernosć zostanie pustym słowem, na dźwięk którego co bardziej taktowni uśmiechną się pobłażliwie, a reszta wybuchnie gromkim śmiechem.