Właśnie Zrobił ze mnie potwora, odszedł. Dałam mu spokój bo co miałam zrobić? To teraz się okazuje, że to JA się puszczałam, dlatego mnie zostawił
na mnie moja ex zwala winę że to przezemnie się rozstaliśmy
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Zdradzeni, porzuceni łączmy się... - grupa wsparcia
Strony Poprzednia 1 … 80 81 82 83 84 … 229 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Właśnie Zrobił ze mnie potwora, odszedł. Dałam mu spokój bo co miałam zrobić? To teraz się okazuje, że to JA się puszczałam, dlatego mnie zostawił
na mnie moja ex zwala winę że to przezemnie się rozstaliśmy
Podobne tematy
Trójmiasto wita trójmiasto i wszystkich nowych ![]()
Kwiatuszek100 napisał/a:Endar Spire napisał/a:Witajcie
I oto jestem, kolejny porzucony
Jest ktoś z okolic Trójmiasta może?Witaj
Ja to prędzej chyba z trójkąta bermudzkiego
Opowiedz coś więcej ile po rozstaniu i takie tamPo rozstaniu 3 miesiące... zwiała do innego. Narzeczona w dodatku... 28 sierpnia ślub miał być... oj dziać się miało i boom! Posypało się jak domek z kart. A ja głupi wciąż kocham, rozmyślam, tęsknie... jestem w totalnej rozsypce.
Wiesz na chwile obecną jedyne co przychodzi mi do głowy aby Cie pocieszyć to to że lepiej .że stało się to teraz a nie jak już bylibyście małżeństwem...co byłoby wtedy...
Domyślam się jak to boli...
Do niedawna też byłam zaręczona i co...i gów... trzeba sie pozbierać do kupy tyle co nam zostaje
Trójmiasto wita trójmiasto i wszystkich nowych
Lexi jak miło że jesteś ![]()
Jakoś tak bardzo chciałabym abyś odniosła się do mojego pierwszego dzisiejszego posta. Ty Też masz dzieci to zrozumiesz mnie na pewno...
najlepszym lekarstwem na cierpienie jest czas...
Coś w tym jest. Niby jestem w rozsypce nadal, ale widać po tych 3 miesiącach, że coś się zmienia... na lepsze.
Właśnie tego nie mogę zrozumieć...
To zawsze porzuceni mają poczucie winy, nie krzywdy, tylko wielkiej winy. I to zadręczanie się myślami, co jeszcze można było zrobić?
Ja to myślałam, że dokonam samobiczowania albo samospalenia w ramach pokuty. I dalej niestety uważam, że gdybym była lepsza, to by nie szukał gdzie indziej sensu życia swego.
Właśnie tego nie mogę zrozumieć...
To zawsze porzuceni mają poczucie winy, nie krzywdy, tylko wielkiej winy. I to zadręczanie się myślami, co jeszcze można było zrobić?
Ja to myślałam, że dokonam samobiczowania albo samospalenia w ramach pokuty. I dalej niestety uważam, że gdybym była lepsza, to by nie szukał gdzie indziej sensu życia swego.
albo analiza całego związku to dopiero wykańcza
kwiatuszku właśnie zamierzałam napisać Ci meila, ale mnie ubiegłaś. Powiem tak, skoro on nie chce to go nie zapraszaj i nie informuj o terminie, bo siła go nie zmusisz do przybycia a jeśli ma się zjawić i zrobić "dym" to jego obecność uważam za zbędną. sam dał świadectwo o sobie. Na Twoim miejscu napisałabym do niego raz jeszcze, że dziecko jest Wasze a nie tylko Twoje i Wasz spór nie powinien mieć wpływu na Jego stosunek do dziecka, bo takim postępowaniem daleko nie zajdzie, Tobie krzywdy nie wyrządzi tylko sobie i będzie jeszcze kiedyś płakał. Dziecku powiedziałabym, że tata wie o komunii i ma prawo przyjść ale jeśli tego nie zrobi to nie będzie to Twoja wina. Co do teściowej nie broniłabym kontaktu. Ja z tatą Agaty mam poprawne relacje i ustaliliśmy, że przyjdzie do kościoła - do domu nie, bo wiadomo byłoby dosyć niezręcznie. Dziadków od niego zapraszać nie będę, bo nie utrzymują kontaktu.
Właśnie tego nie mogę zrozumieć...
To zawsze porzuceni mają poczucie winy, nie krzywdy, tylko wielkiej winy. I to zadręczanie się myślami, co jeszcze można było zrobić?
Ja to myślałam, że dokonam samobiczowania albo samospalenia w ramach pokuty. I dalej niestety uważam, że gdybym była lepsza, to by nie szukał gdzie indziej sensu życia swego.
Tak to już jest. Bo nam zależy, znamy wartość uczucia i wiemy z czym to się powinno wiązać, potrafimy wybaczyć. Ale jest to niestety niedoceniane. Moja była to wręcz powiedziała wprost, że mimo, że mnie miała to szukała wciąż tego jedynego. Więc po co ze mną była? Dla hecy? Ja się dla niej dwoję i troję, a ona mnie traktuje jak "rozdział" w życiu? Ja mam bardzo małe wymagania co do partnerki, ja bym po prostu chciał, żeby przy mnie była choćby skały srały. Żeby walczyła o mnie tak jak ja o nią, żebyśmy oboje o siebie walczyli jak któreś z nas zejdzie na złą drogę - tak sobie wyobrażam prawdziwą miłość. Bo ja sobie zdaję sprawę, że nie jestem chodzącym ideałem, tylko po co mi kobieta, która zwieje kiedy nadejdą te gorsze dni? Wiele osób dzisiaj niestety tkwi w związki do momentu, aż jest kolorowo, jak pojawiają się schodki to wiele osób wymięka. Ale takie mamy czasy, że ludzie przestali walczyć o takie rzeczy. Łatwiej jest wymienić na lepsze.
kwiatuszku właśnie zamierzałam napisać Ci meila, ale mnie ubiegłaś. Powiem tak, skoro on nie chce to go nie zapraszaj i nie informuj o terminie, bo siła go nie zmusisz do przybycia a jeśli ma się zjawić i zrobić "dym" to jego obecność uważam za zbędną. sam dał świadectwo o sobie. Na Twoim miejscu napisałabym do niego raz jeszcze, że dziecko jest Wasze a nie tylko Twoje i Wasz spór nie powinien mieć wpływu na Jego stosunek do dziecka, bo takim postępowaniem daleko nie zajdzie, Tobie krzywdy nie wyrządzi tylko sobie i będzie jeszcze kiedyś płakał. Dziecku powiedziałabym, że tata wie o komunii i ma prawo przyjść ale jeśli tego nie zrobi to nie będzie to Twoja wina. Co do teściowej nie broniłabym kontaktu. Ja z tatą Agaty mam poprawne relacje i ustaliliśmy, że przyjdzie do kościoła - do domu nie, bo wiadomo byłoby dosyć niezręcznie. Dziadków od niego zapraszać nie będę, bo nie utrzymują kontaktu.
Wiesz najgorsze jest to że sam zaniedbuje dziecko (nie widział jej pół roku) ale jak coś to zgrywa super tatusia i zrzuca winę na mnie że dziecko jest nie przekonane do niego. Jemu się nie wiem co wydaje do cholery że ona jest niedorozwinięta intelektualnie i nie zdaje sobie sprawy że tatuś ma ja gdzieś??? Ale oczywiście to moja wina bo ja buntuje dziecko...
Siedząc z nią w pokoju (bo dowiedział się o mojej wizycie u jego rodziców że mam się pojawić z zaproszeniem i przybiegł) używał takich słów że aż włosy dęba stają gdy mu powiedziałam czy ma zamiar się pojawić... Nie potrafię tego pojąć. Jedyne o co pytał dziecko to czy mama coś Ci kupuje,jaki ma teraz samochód,czy pije piwo i czy ma faceta...matko chore nie ogarniam tego. I do szału doprowadza mnie pytanie które zadaję sama sobie "czy moje życie już zawsze będzie tak wyglądać"???????? ![]()
W dzisiejszych czasach ludzie wychodzą z założenia, że prościej się rozstać niż podjąć próbę naprawy wzajemnych relacji .
Hera1, zaginęłaś ?
To prawda. U mnie też właśnie tak było - dopóki było w miarę dobrze, to świata poza mną nie widział, nigdy, przenigdy by mnie nie zdradził, zostawił, nigdy nikogo tak nie kochał bla..bla... A jak już było gorzej, to do d.py ze mnie żona, poszukajmy swego szczęścia gdzie indziej itd. Żadnych prób naprawienia, ratowania związku, nic! Wszystko na nie! A teraz? Ma mnie gdzieś, zniknął z mojego życia i mam radzić sobie sama, bo on już o mnie zapomniał, wymienił na lepszy model. A na wypadek tego, że ktoś o nim powie złe słowo, to jeszcze mnie oczernia wśród bliskich. Taki typ!
W dzisiejszych czasach ludzie wychodzą z założenia, że prościej się rozstać niż podjąć próbę naprawy wzajemnych relacji .
Hera1, zaginęłaś ?
ma pracowity weekend
Ech doskonale Cię rozumiem, bo też miałem deklaracje nie z tej ziemi... 5 lat wierzyłem... a czego to ona nie gadała... na dobre i na złe miało być... aj szkoda gadać. Pozostaje wierzyć, że rzeczywiście jest szansa na spotkanie w tych chorych czasach jeszcze kogoś kto rzeczywiście zna znaczenie słowa "Kocham", bo naprawdę, jak patrzę na ludzi dookoła, na znajomych... to odnoszę wrażenie, że naprawdę to szukanie igły w stogu siana.
lexi260189 napisał/a:kwiatuszku właśnie zamierzałam napisać Ci meila, ale mnie ubiegłaś. Powiem tak, skoro on nie chce to go nie zapraszaj i nie informuj o terminie, bo siła go nie zmusisz do przybycia a jeśli ma się zjawić i zrobić "dym" to jego obecność uważam za zbędną. sam dał świadectwo o sobie. Na Twoim miejscu napisałabym do niego raz jeszcze, że dziecko jest Wasze a nie tylko Twoje i Wasz spór nie powinien mieć wpływu na Jego stosunek do dziecka, bo takim postępowaniem daleko nie zajdzie, Tobie krzywdy nie wyrządzi tylko sobie i będzie jeszcze kiedyś płakał. Dziecku powiedziałabym, że tata wie o komunii i ma prawo przyjść ale jeśli tego nie zrobi to nie będzie to Twoja wina. Co do teściowej nie broniłabym kontaktu. Ja z tatą Agaty mam poprawne relacje i ustaliliśmy, że przyjdzie do kościoła - do domu nie, bo wiadomo byłoby dosyć niezręcznie. Dziadków od niego zapraszać nie będę, bo nie utrzymują kontaktu.
Wiesz najgorsze jest to że sam zaniedbuje dziecko (nie widział jej pół roku) ale jak coś to zgrywa super tatusia i zrzuca winę na mnie że dziecko jest nie przekonane do niego. Jemu się nie wiem co wydaje do cholery że ona jest niedorozwinięta intelektualnie i nie zdaje sobie sprawy że tatuś ma ja gdzieś??? Ale oczywiście to moja wina bo ja buntuje dziecko...
Siedząc z nią w pokoju (bo dowiedział się o mojej wizycie u jego rodziców że mam się pojawić z zaproszeniem i przybiegł) używał takich słów że aż włosy dęba stają gdy mu powiedziałam czy ma zamiar się pojawić... Nie potrafię tego pojąć. Jedyne o co pytał dziecko to czy mama coś Ci kupuje,jaki ma teraz samochód,czy pije piwo i czy ma faceta...matko chore nie ogarniam tego. I do szału doprowadza mnie pytanie które zadaję sama sobie "czy moje życie już zawsze będzie tak wyglądać"????????
Miałam tak na początku z ojcem Agaty, nie płacił i nie interesował się nią 3 lata. W końcu zadzwonił i zapytał co u nas, nie pamiętam już jak do tego doszło ale napisałam mu długiego meila o prawach i obowiązkach ojca, o możliwości naprawy relacji z córką, oddzieleniu jej od naszych problemów. Wniósł wtedy o widzenia (ma sądownie ustalone). Byliśmy w ODK - ośrodek diagnostyczno konsultacyjny, mieliśmy chyba ze cztery sesje, jedną wspólną a trzy my sami. Pani psycholog pokazała nam jak można żyć w zgodzie nie będąc razem, jak organizować wspólnie czas by czuła że ma obydwoje rodziców i przede wszystkim pomogła nam zacząć rozmawiać ze sobą. Potem dwa razy byliśmy sami na dłuuugim spacerze, gdzie każde powiedziało co leży na sercu. Przeprosiliśmy się wzajemnie i doszliśmy do zgody. On jest tatą, ja mamą - Agata wie, że nie będziemy razem ale jesteśmy rodzicami. Terapia nam bardzo pomogła. Ja nie ingeruje w widzenia, on ustala co robią i gdzie idą - mają czas dla siebie. Zdarza się, że wychodzimy w trójkę np do kina. On ma swoje życie, ja swoje. Wymieniamy grzecznościowe smsy swiąteczne. Nie mówimy o sobie źle. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie ale po rozstaniu dogadujemy się lepiej niż w trakcie trwania związku. Może i wam potrzebna jest taka forma pomocy ?
Otóż to!
Wkurzające jest, że on ma już swoje szczęście a ja zanim się "wyleczę" z niego i zacznę szukać swej drugiej połówki to już dawno pewnie koniec świata będzie.
Ech doskonale Cię rozumiem, bo też miałem deklaracje nie z tej ziemi... 5 lat wierzyłem... a czego to ona nie gadała... na dobre i na złe miało być... aj szkoda gadać. Pozostaje wierzyć, że rzeczywiście jest szansa na spotkanie w tych chorych czasach jeszcze kogoś kto rzeczywiście zna znaczenie słowa "Kocham", bo naprawdę, jak patrzę na ludzi dookoła, na znajomych... to odnoszę wrażenie, że naprawdę to szukanie igły w stogu siana.
No cóż dzisiaj wiele osób robi to chyba z wygody,z lenistwa i braku chęci pracy nad związkiem,udoskonalaniem go. Bo to jest jak kwiat który trzeba ciągle pielęgnować i nie można go tak zwyczajnie zostawić bo uschnie,posypią się płatki i marne szanse aby zakwitł ponownie.....
ja już miałem taki przypadek ,że mężatka mówi że żyje w wolnym związku i chce się umówić
StopKlatka Twój bm gra na Twoich uczuciach. Perfidnie. Wie, ze ciągle strasznie mocno go kochasz.A po co to robi? Tego ja tez nie wiem. Nigdy tego nei zrozumiem. Moze podnosi swoje ego tym, że wie, że moze mieć i Ciebie i inne.
A Ty z poczuciem winy musisz walczyć.Bo on zrzuca na Ciebie odpowiedzialność, zeby z siebei zdjąć odpowiedzialność, zeby być czystym (dla samego siebie-dla jego zdrowia psychicznego). On nie chce siebie winić, przecież on jest ten dobry. Łatwiej mu się żyje kiedy sobie wytlumaczył, że przeciez to Ty się nie staralas, nie widziałaś, że potrzebuje wiecej uwagi, seksu, zrozumienia itp.
Winny się tłumaczy
zatem ich wywody bo była : zła, podła, niedobra, marnie dawała itp to pusta gadanina byle się wybielić ![]()
Też tak uważam, Kwiatuszku! Lepiej się rozejść niż przyznać do błędów i próbować je naprawić, bo po co. Zabawki jak się psują to się kupuje nowe, a nie naprawia stare. Zawsze to coś nowego, można się pokazać, popisać, coś ukryć. Po co otworzyć się przed człowiekiem, który Ciebie kocha i wierzy w Ciebie pomimo znajomości Twoich wad, lęków, błędów. Lepiej udawać, że ich nie masz...
Straszne to...
A najgorsze, że oni mają gdzieś to, że my dalej żyjemy "wspólnym" życiem, analizujemy, dręczymy siebie poczuciem winy i porażki.
Kwiatuszek100 napisał/a:lexi260189 napisał/a:kwiatuszku właśnie zamierzałam napisać Ci meila, ale mnie ubiegłaś. Powiem tak, skoro on nie chce to go nie zapraszaj i nie informuj o terminie, bo siła go nie zmusisz do przybycia a jeśli ma się zjawić i zrobić "dym" to jego obecność uważam za zbędną. sam dał świadectwo o sobie. Na Twoim miejscu napisałabym do niego raz jeszcze, że dziecko jest Wasze a nie tylko Twoje i Wasz spór nie powinien mieć wpływu na Jego stosunek do dziecka, bo takim postępowaniem daleko nie zajdzie, Tobie krzywdy nie wyrządzi tylko sobie i będzie jeszcze kiedyś płakał. Dziecku powiedziałabym, że tata wie o komunii i ma prawo przyjść ale jeśli tego nie zrobi to nie będzie to Twoja wina. Co do teściowej nie broniłabym kontaktu. Ja z tatą Agaty mam poprawne relacje i ustaliliśmy, że przyjdzie do kościoła - do domu nie, bo wiadomo byłoby dosyć niezręcznie. Dziadków od niego zapraszać nie będę, bo nie utrzymują kontaktu.
Wiesz najgorsze jest to że sam zaniedbuje dziecko (nie widział jej pół roku) ale jak coś to zgrywa super tatusia i zrzuca winę na mnie że dziecko jest nie przekonane do niego. Jemu się nie wiem co wydaje do cholery że ona jest niedorozwinięta intelektualnie i nie zdaje sobie sprawy że tatuś ma ja gdzieś??? Ale oczywiście to moja wina bo ja buntuje dziecko...
Siedząc z nią w pokoju (bo dowiedział się o mojej wizycie u jego rodziców że mam się pojawić z zaproszeniem i przybiegł) używał takich słów że aż włosy dęba stają gdy mu powiedziałam czy ma zamiar się pojawić... Nie potrafię tego pojąć. Jedyne o co pytał dziecko to czy mama coś Ci kupuje,jaki ma teraz samochód,czy pije piwo i czy ma faceta...matko chore nie ogarniam tego. I do szału doprowadza mnie pytanie które zadaję sama sobie "czy moje życie już zawsze będzie tak wyglądać"????????Miałam tak na początku z ojcem Agaty, nie płacił i nie interesował się nią 3 lata. W końcu zadzwonił i zapytał co u nas, nie pamiętam już jak do tego doszło ale napisałam mu długiego meila o prawach i obowiązkach ojca, o możliwości naprawy relacji z córką, oddzieleniu jej od naszych problemów. Wniósł wtedy o widzenia (ma sądownie ustalone). Byliśmy w ODK - ośrodek diagnostyczno konsultacyjny, mieliśmy chyba ze cztery sesje, jedną wspólną a trzy my sami. Pani psycholog pokazała nam jak można żyć w zgodzie nie będąc razem, jak organizować wspólnie czas by czuła że ma obydwoje rodziców i przede wszystkim pomogła nam zacząć rozmawiać ze sobą. Potem dwa razy byliśmy sami na dłuuugim spacerze, gdzie każde powiedziało co leży na sercu. Przeprosiliśmy się wzajemnie i doszliśmy do zgody. On jest tatą, ja mamą - Agata wie, że nie będziemy razem ale jesteśmy rodzicami. Terapia nam bardzo pomogła. Ja nie ingeruje w widzenia, on ustala co robią i gdzie idą - mają czas dla siebie. Zdarza się, że wychodzimy w trójkę np do kina. On ma swoje życie, ja swoje. Wymieniamy grzecznościowe smsy swiąteczne. Nie mówimy o sobie źle. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie ale po rozstaniu dogadujemy się lepiej niż w trakcie trwania związku. Może i wam potrzebna jest taka forma pomocy ?
Lexi ale z tym człowiekiem nie da się dogadać bo na każda formę odezwania sie do niego odpowiada jedynie spierd... albo jesteś poje... Zreszta nie wiem czy chciałabym wchodzić w takie relacje z nim. Nie będę oszukiwać powiem szczerze nienawidzę tego człowieka,brzydzę się nim i wolałabym aby go nie było. A córka...i tak nie ma go jako ojca. Jedyne co potrafił to usilnie ubrzydzać mi życie,wysyłać groźby smsami i wyzywać mnie. Nie no za dużo tego było abym mogła w ogóle chcieć gdziekolwiek spotkać go na ulicy...
A dziecko...było tylko przez pewien czas dla niego kartą przetargową aby mnie szpiegować...
Otóż to!
Wkurzające jest, że on ma już swoje szczęście a ja zanim się "wyleczę" z niego i zacznę szukać swej drugiej połówki to już dawno pewnie koniec świata będzie.
Mam dokładnie to samo odczucie. Takie wrażenie, jakby już nic w życiu Cię dobrego nie mogło spotkać. Czuję dokładnie to samo. Cały czas się płaszczę, zachowuję jakby to była moja wina, jakby to co najmniej ja ją zostawił i teraz liczył na wybaczenie czegoś, czego w zasadzie nie zrobiłem. Sam się zastanawiam jak z tego poczucia winy wybrnąć...
rzadko przestępca ma wyrzuty sumienia i myśli o wyrządzonej szkodzie, jak więc ktoś kto złamał nam serce ma się przejmować tym że boli ?
Mój bm to się wybielić zawsze umiał. I doskonale wiem, że teraz też to robi. NAjważniejsze dla niego, co powie otoczenie na jego postępowanie, nie to, że mnie zostawił jak psa i zaczął inne życie. To już sobie i mnie dogłębnie wytłumaczył (moją winą oczywiście)
StopKlatka napisał/a:Otóż to!
Wkurzające jest, że on ma już swoje szczęście a ja zanim się "wyleczę" z niego i zacznę szukać swej drugiej połówki to już dawno pewnie koniec świata będzie.Mam dokładnie to samo odczucie. Takie wrażenie, jakby już nic w życiu Cię dobrego nie mogło spotkać. Czuję dokładnie to samo. Cały czas się płaszczę, zachowuję jakby to była moja wina, jakby to co najmniej ja ją zostawił i teraz liczył na wybaczenie czegoś, czego w zasadzie nie zrobiłem. Sam się zastanawiam jak z tego poczucia winy wybrnąć...
Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwi
lexi260189 napisał/a:Kwiatuszek100 napisał/a:Wiesz najgorsze jest to że sam zaniedbuje dziecko (nie widział jej pół roku) ale jak coś to zgrywa super tatusia i zrzuca winę na mnie że dziecko jest nie przekonane do niego. Jemu się nie wiem co wydaje do cholery że ona jest niedorozwinięta intelektualnie i nie zdaje sobie sprawy że tatuś ma ja gdzieś??? Ale oczywiście to moja wina bo ja buntuje dziecko...
Siedząc z nią w pokoju (bo dowiedział się o mojej wizycie u jego rodziców że mam się pojawić z zaproszeniem i przybiegł) używał takich słów że aż włosy dęba stają gdy mu powiedziałam czy ma zamiar się pojawić... Nie potrafię tego pojąć. Jedyne o co pytał dziecko to czy mama coś Ci kupuje,jaki ma teraz samochód,czy pije piwo i czy ma faceta...matko chore nie ogarniam tego. I do szału doprowadza mnie pytanie które zadaję sama sobie "czy moje życie już zawsze będzie tak wyglądać"????????Miałam tak na początku z ojcem Agaty, nie płacił i nie interesował się nią 3 lata. W końcu zadzwonił i zapytał co u nas, nie pamiętam już jak do tego doszło ale napisałam mu długiego meila o prawach i obowiązkach ojca, o możliwości naprawy relacji z córką, oddzieleniu jej od naszych problemów. Wniósł wtedy o widzenia (ma sądownie ustalone). Byliśmy w ODK - ośrodek diagnostyczno konsultacyjny, mieliśmy chyba ze cztery sesje, jedną wspólną a trzy my sami. Pani psycholog pokazała nam jak można żyć w zgodzie nie będąc razem, jak organizować wspólnie czas by czuła że ma obydwoje rodziców i przede wszystkim pomogła nam zacząć rozmawiać ze sobą. Potem dwa razy byliśmy sami na dłuuugim spacerze, gdzie każde powiedziało co leży na sercu. Przeprosiliśmy się wzajemnie i doszliśmy do zgody. On jest tatą, ja mamą - Agata wie, że nie będziemy razem ale jesteśmy rodzicami. Terapia nam bardzo pomogła. Ja nie ingeruje w widzenia, on ustala co robią i gdzie idą - mają czas dla siebie. Zdarza się, że wychodzimy w trójkę np do kina. On ma swoje życie, ja swoje. Wymieniamy grzecznościowe smsy swiąteczne. Nie mówimy o sobie źle. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie ale po rozstaniu dogadujemy się lepiej niż w trakcie trwania związku. Może i wam potrzebna jest taka forma pomocy ?
Lexi ale z tym człowiekiem nie da się dogadać bo na każda formę odezwania sie do niego odpowiada jedynie spierd... albo jesteś poje... Zreszta nie wiem czy chciałabym wchodzić w takie relacje z nim. Nie będę oszukiwać powiem szczerze nienawidzę tego człowieka,brzydzę się nim i wolałabym aby go nie było. A córka...i tak nie ma go jako ojca. Jedyne co potrafił to usilnie ubrzydzać mi życie,wysyłać groźby smsami i wyzywać mnie. Nie no za dużo tego było abym mogła w ogóle chcieć gdziekolwiek spotkać go na ulicy...
A dziecko...było tylko przez pewien czas dla niego kartą przetargową aby mnie szpiegować...
Widze, że to odzwierciedlenia lorda voldemorta (mego eks). Także ma gdzieś małą, nie płaci i nie widuje. ja jestem workiem na spermę, jeb... łachem itp. itd dlatego zerwałam całkiem kontakt. skoro tyle razy prosiłam, tłumaczyłam i nic to lepiej sobie darować. zatem najlepsza opcja, alimenty, odebranie praw i chowanie dziecka samej, kiedyś jeszcze przyjdzie błagać o wybaczenie.
Endar Spire - nie mozesz się przed nią płaszczyć, musisz żyć po swojemu, myslec o sobie. Wyjść na piwko ze znajomymi,na pewno nie mozesz siedziec i się zamartwiać.Musisz żyć. Wychodzić.
A przede wszystkim nie mozesz jej okazac, że za nią tęsknisz.
Faceci latwiej znajdują pocieszenie. Szczególnie jak są sami. My kobiety z pociechami to mamy ciut gorzej.
Więc glowa do góry
StopKlatka, jak będziesz chciała to możesz do mnie pisać na GG 16051771. Jesteśmy w podobnej sytuacji to może będzie raźniej ![]()
Tak czy owak, no ciężka sytuacja. Sam się zastanawiam co chwilę ile to czasu musi upłynąć, żebym znowu zaczął o sobie myśleć pozytywnie.
Na dokładkę zawsze byłem takim małomównym typem człowieka, taki typ outsidera... co mi też w aktualnej sytuacji nie pomaga... bo powiedzieć, że mam małe powodzenie u kobiet to nadużycie... ja powodzenia nie mam wcale, a ta co mnie zostawiła to była moja pierwsza miłość... nic mi nie pomaga i cały czas mam wrażenie, że sobie już nikogo nie znajdę.
Endar Spire napisał/a:StopKlatka napisał/a:Otóż to!
Wkurzające jest, że on ma już swoje szczęście a ja zanim się "wyleczę" z niego i zacznę szukać swej drugiej połówki to już dawno pewnie koniec świata będzie.Mam dokładnie to samo odczucie. Takie wrażenie, jakby już nic w życiu Cię dobrego nie mogło spotkać. Czuję dokładnie to samo. Cały czas się płaszczę, zachowuję jakby to była moja wina, jakby to co najmniej ja ją zostawił i teraz liczył na wybaczenie czegoś, czego w zasadzie nie zrobiłem. Sam się zastanawiam jak z tego poczucia winy wybrnąć...
Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwi
Problem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?
Kwiatuszek100 napisał/a:Endar Spire napisał/a:Mam dokładnie to samo odczucie. Takie wrażenie, jakby już nic w życiu Cię dobrego nie mogło spotkać. Czuję dokładnie to samo. Cały czas się płaszczę, zachowuję jakby to była moja wina, jakby to co najmniej ja ją zostawił i teraz liczył na wybaczenie czegoś, czego w zasadzie nie zrobiłem. Sam się zastanawiam jak z tego poczucia winy wybrnąć...
Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwiProblem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?
ja tak mam ale jest coraz lepiej
Kwiatuszek100 napisał/a:Endar Spire napisał/a:Mam dokładnie to samo odczucie. Takie wrażenie, jakby już nic w życiu Cię dobrego nie mogło spotkać. Czuję dokładnie to samo. Cały czas się płaszczę, zachowuję jakby to była moja wina, jakby to co najmniej ja ją zostawił i teraz liczył na wybaczenie czegoś, czego w zasadzie nie zrobiłem. Sam się zastanawiam jak z tego poczucia winy wybrnąć...
Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwiProblem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?
Ja to jestem katolik, to się z zasady czuję winny. Ale tak na serio... uwierzyć w siebie... jak ja się pytam?
Kwiatuszek100 napisał/a:Endar Spire napisał/a:Mam dokładnie to samo odczucie. Takie wrażenie, jakby już nic w życiu Cię dobrego nie mogło spotkać. Czuję dokładnie to samo. Cały czas się płaszczę, zachowuję jakby to była moja wina, jakby to co najmniej ja ją zostawił i teraz liczył na wybaczenie czegoś, czego w zasadzie nie zrobiłem. Sam się zastanawiam jak z tego poczucia winy wybrnąć...
Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwiProblem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?
Masz rację że tak jest i jeśli nie poradzisz sobei z tym uczuciem, ze jesteś gorsza to będzie Ci bardzo cięzko.U mnie to trwało 2 lata - ne wiem czy jeszcze czasami nie wraca to wszystko co złe.Moze przez to, że nie widziałam zainteresowania ze strony facetów w swoim wieku tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzało? Ale teraz jest lepiej.
StopKlatka, jak będziesz chciała to możesz do mnie pisać na GG 16051771. Jesteśmy w podobnej sytuacji to może będzie raźniej
Tak czy owak, no ciężka sytuacja. Sam się zastanawiam co chwilę ile to czasu musi upłynąć, żebym znowu zaczął o sobie myśleć pozytywnie.
Na dokładkę zawsze byłem takim małomównym typem człowieka, taki typ outsidera... co mi też w aktualnej sytuacji nie pomaga... bo powiedzieć, że mam małe powodzenie u kobiet to nadużycie... ja powodzenia nie mam wcale, a ta co mnie zostawiła to była moja pierwsza miłość... nic mi nie pomaga i cały czas mam wrażenie, że sobie już nikogo nie znajdę.
Wysłałam Ci maila.
StopKlatka napisał/a:Kwiatuszek100 napisał/a:Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwiProblem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?Ja to jestem katolik, to się z zasady czuję winny. Ale tak na serio... uwierzyć w siebie... jak ja się pytam?
Jak to jak???
Docenić wartości które są w każdym nas,uwydatnić je,pokazać innym.
Na pewno jest coś takiego co masz w sobie i jesteś z tego dumny. Jedni mają piękne nogi,usta a drudzy piękny umysł...o tym piszę
ja jestem cała fajna
haha
żartuję, ale trzeba się trochę podbudować ![]()
StopKlatka napisał/a:Kwiatuszek100 napisał/a:Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwiProblem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?Masz rację że tak jest i jeśli nie poradzisz sobei z tym uczuciem, ze jesteś gorsza to będzie Ci bardzo cięzko.U mnie to trwało 2 lata - ne wiem czy jeszcze czasami nie wraca to wszystko co złe.Moze przez to, że nie widziałam zainteresowania ze strony facetów w swoim wieku tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzało? Ale teraz jest lepiej.
Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja tak mam, chociaż nikomu tego nie życzę. Nie chcę szukać kogoś, byleby tylko zapełnić pustkę, ale z drugiej strony mam nadzieję, że zasłużyłam sobie na odrobinę szczęścia w życiu. Dlaczego on może je mieć, a ja nie? Już chyba wystarczająco się nacierpiałam i pewnie to jeszcze nie koniec. Za świeże to wszystko. Za krótko.
Dwa lata przez to przechodziłaś? O matko!!! Długa droga przede mną...
U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
to prawda ,poczucie wartosci zmalało...co z tego,ze znajomi mowia jestes atrakcyjna,znajdziesz jeszcze szczecie w swoim zyciu...to sa tylko dla mnie słowa pocieszenia.chce kochac i byc kochana,czy to tak wiele?
StopKlatka napisał/a:Kwiatuszek100 napisał/a:Uwierzyć w siebie! Ot co trzeba zrobić. uzmysłowić sobie że nie było to waszą winą tylko te osoby nie były najzwyklej w świecie lojalne,wierne...zwał jak zwał...
I dostrzec tych innych ludzi otaczających wokół którzy też być może poszukują tej drugiej osoby. Nigdy nic nie jest stracone i dopóty dopóki żyjemy możemy jeszcze być szczęśliwiProblem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?Ja to jestem katolik, to się z zasady czuję winny. Ale tak na serio... uwierzyć w siebie... jak ja się pytam?
Wyrzucic "smieci"... z glowy. Wydaje Wam sie, ze poprzez odejscie to cos tam straciliscie a tak na prawde to zdradzajaxy/porzucajacy wymienil merca na malucha!
Na czym skupiacie mysli? na straconym "obiekcie" a co tracicie? to co jest tu i teraz.
Najtrudniej jest kochac tych, ktorzy tego "najbardziej" potrzebuja. A czego Wy potrzebujecie???
Stracilismy cos? nie! Dalej jestesmy mercedesami - taka metafora. A ci ziennicy niech sobie dlubia przy kaszlakach
Shakiki napisał/a:StopKlatka napisał/a:Problem w tym, że porzucony zawsze czuje się tym gorszym. Bo to jednak ze mną musiało być coś nie tak, skoro inna okazała się lepsza. Dużo przez to straciłam na swojej wartości. To ja w końcu jestem niewarta zachodu.
Czyż nie każdy porzucony tak ma?Masz rację że tak jest i jeśli nie poradzisz sobei z tym uczuciem, ze jesteś gorsza to będzie Ci bardzo cięzko.U mnie to trwało 2 lata - ne wiem czy jeszcze czasami nie wraca to wszystko co złe.Moze przez to, że nie widziałam zainteresowania ze strony facetów w swoim wieku tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzało? Ale teraz jest lepiej.
Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja tak mam, chociaż nikomu tego nie życzę. Nie chcę szukać kogoś, byleby tylko zapełnić pustkę, ale z drugiej strony mam nadzieję, że zasłużyłam sobie na odrobinę szczęścia w życiu. Dlaczego on może je mieć, a ja nie? Już chyba wystarczająco się nacierpiałam i pewnie to jeszcze nie koniec. Za świeże to wszystko. Za krótko.
Dwa lata przez to przechodziłaś? O matko!!! Długa droga przede mną...
Przez swoją głupotę dwa lata.
Pierwszy rok miałam nadzieję ze wróci i tak się katowałam...Gdybym wtedy odkryła to forum to już dawno miałam wszystko w głowie poukładane. Ale nie było mi to dane. Przeczytałam ich rozmowy jak już mieszkali razem, wiedziałam co o mnie mówił i nie były to prawdziwe informacje. Ostatni rok to było zastanawianie sie czy jestem w stanie mu zaufać, czy chce żeby był blisko mnie, czy chce jeszcze raz spróbować. I odpowiedzi na te pytania były nie-bo nie zaufam, nie zapomnę, nie wymażę z pamięci.
Teraz postanowiłam, że już czas zacząć myśleć o sobie. Otworzyć się na jakieś znajomości, ale kto sprosta moim wymaganiom? Nie będzie to łatwe... Oj nie będzie... Zanim kogoś obdarze zaufaniem to potrwa
U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
U mnie to jak wzloty i upadki. Troszkę się podniosę i bum z powrotem na glebę. Na razie wolę zostać na tej glebie, podleczyć rany.
Wydaje mi się, że już do końca życia będę żyła z cieniem mego bm, zawsze będę czekać aż się ocknie i wróci...
U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
mi to zajeło prawie rok ,i z dnia na dzień jest coraz lepiej
StopKlatka napisał/a:Shakiki napisał/a:Masz rację że tak jest i jeśli nie poradzisz sobei z tym uczuciem, ze jesteś gorsza to będzie Ci bardzo cięzko.U mnie to trwało 2 lata - ne wiem czy jeszcze czasami nie wraca to wszystko co złe.Moze przez to, że nie widziałam zainteresowania ze strony facetów w swoim wieku tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzało? Ale teraz jest lepiej.
Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja tak mam, chociaż nikomu tego nie życzę. Nie chcę szukać kogoś, byleby tylko zapełnić pustkę, ale z drugiej strony mam nadzieję, że zasłużyłam sobie na odrobinę szczęścia w życiu. Dlaczego on może je mieć, a ja nie? Już chyba wystarczająco się nacierpiałam i pewnie to jeszcze nie koniec. Za świeże to wszystko. Za krótko.
Dwa lata przez to przechodziłaś? O matko!!! Długa droga przede mną...Przez swoją głupotę dwa lata.
Pierwszy rok miałam nadzieję ze wróci i tak się katowałam...Gdybym wtedy odkryła to forum to już dawno miałam wszystko w głowie poukładane. Ale nie było mi to dane. Przeczytałam ich rozmowy jak już mieszkali razem, wiedziałam co o mnie mówił i nie były to prawdziwe informacje. Ostatni rok to było zastanawianie sie czy jestem w stanie mu zaufać, czy chce żeby był blisko mnie, czy chce jeszcze raz spróbować. I odpowiedzi na te pytania były nie-bo nie zaufam, nie zapomnę, nie wymażę z pamięci.
Teraz postanowiłam, że już czas zacząć myśleć o sobie. Otworzyć się na jakieś znajomości, ale kto sprosta moim wymaganiom? Nie będzie to łatwe... Oj nie będzie... Zanim kogoś obdarze zaufaniem to potrwa
To prawda - po takim przeżyciu wszystkich się szufladkuje, trudno zaufać, uwierzyć w cokolwiek, skoro wcześniej wszystkie obietnice i wyznania okazały się pustą gadką.
lexi260189 napisał/a:U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
mi to zajeło prawie rok ,i z dnia na dzień jest coraz lepiej
Lepiej to znaczy? Czujesz, że już nie chcesz by wróciła? Czy lepiej bo zrozumiałeś, że to nie Ty zawiniłeś? Czy po prostu układasz sobie życie na nowo?
Witajcie Kochani..witam szczegolnie serdecznie nowych naszych Przyjaciól..musze ogarnąc Wasza rozmowe , widze ,ze ostra dyskusja..
arkadiusz3103 napisał/a:lexi260189 napisał/a:U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
mi to zajeło prawie rok ,i z dnia na dzień jest coraz lepiej
Lepiej to znaczy? Czujesz, że już nie chcesz by wróciła? Czy lepiej bo zrozumiałeś, że to nie Ty zawiniłeś? Czy po prostu układasz sobie życie na nowo?
nie myślę o niej ,nie chce żeby wróciła ,i to nie jest moja wina że mnie zostawiła ,tak próbuje układać sobie życie na nowo z różnym skutkiem ale daje radę
lexi260189 napisał/a:U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
U mnie to jak wzloty i upadki. Troszkę się podniosę i bum z powrotem na glebę. Na razie wolę zostać na tej glebie, podleczyć rany.
Wydaje mi się, że już do końca życia będę żyła z cieniem mego bm, zawsze będę czekać aż się ocknie i wróci...
Wróci i co ? będzie jak w bajce ? po co czekać na coś, co się nie wydarzy a jak wydarzy to zapewne źle skończy ?
Kwiatuszek100 napisał/a:lexi260189 napisał/a:Miałam tak na początku z ojcem Agaty, nie płacił i nie interesował się nią 3 lata. W końcu zadzwonił i zapytał co u nas, nie pamiętam już jak do tego doszło ale napisałam mu długiego meila o prawach i obowiązkach ojca, o możliwości naprawy relacji z córką, oddzieleniu jej od naszych problemów. Wniósł wtedy o widzenia (ma sądownie ustalone). Byliśmy w ODK - ośrodek diagnostyczno konsultacyjny, mieliśmy chyba ze cztery sesje, jedną wspólną a trzy my sami. Pani psycholog pokazała nam jak można żyć w zgodzie nie będąc razem, jak organizować wspólnie czas by czuła że ma obydwoje rodziców i przede wszystkim pomogła nam zacząć rozmawiać ze sobą. Potem dwa razy byliśmy sami na dłuuugim spacerze, gdzie każde powiedziało co leży na sercu. Przeprosiliśmy się wzajemnie i doszliśmy do zgody. On jest tatą, ja mamą - Agata wie, że nie będziemy razem ale jesteśmy rodzicami. Terapia nam bardzo pomogła. Ja nie ingeruje w widzenia, on ustala co robią i gdzie idą - mają czas dla siebie. Zdarza się, że wychodzimy w trójkę np do kina. On ma swoje życie, ja swoje. Wymieniamy grzecznościowe smsy swiąteczne. Nie mówimy o sobie źle. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie ale po rozstaniu dogadujemy się lepiej niż w trakcie trwania związku. Może i wam potrzebna jest taka forma pomocy ?
Lexi ale z tym człowiekiem nie da się dogadać bo na każda formę odezwania sie do niego odpowiada jedynie spierd... albo jesteś poje... Zreszta nie wiem czy chciałabym wchodzić w takie relacje z nim. Nie będę oszukiwać powiem szczerze nienawidzę tego człowieka,brzydzę się nim i wolałabym aby go nie było. A córka...i tak nie ma go jako ojca. Jedyne co potrafił to usilnie ubrzydzać mi życie,wysyłać groźby smsami i wyzywać mnie. Nie no za dużo tego było abym mogła w ogóle chcieć gdziekolwiek spotkać go na ulicy...
A dziecko...było tylko przez pewien czas dla niego kartą przetargową aby mnie szpiegować...Widze, że to odzwierciedlenia lorda voldemorta (mego eks). Także ma gdzieś małą, nie płaci i nie widuje. ja jestem workiem na spermę, jeb... łachem itp. itd dlatego zerwałam całkiem kontakt. skoro tyle razy prosiłam, tłumaczyłam i nic to lepiej sobie darować. zatem najlepsza opcja, alimenty, odebranie praw i chowanie dziecka samej, kiedyś jeszcze przyjdzie błagać o wybaczenie.
Dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Przepraszam moderatorzy za wyrażenie ale tyle to wszystko warte jest.............
Mi z dnia na dzień niby lepiej, czuć, że ten czas swoje robi, ale to taaaak woooolno trwaaaa... ciężka sprawa.
StopKlatka napisał/a:arkadiusz3103 napisał/a:mi to zajeło prawie rok ,i z dnia na dzień jest coraz lepiej
Lepiej to znaczy? Czujesz, że już nie chcesz by wróciła? Czy lepiej bo zrozumiałeś, że to nie Ty zawiniłeś? Czy po prostu układasz sobie życie na nowo?
nie myślę o niej ,nie chce żeby wróciła ,i to nie jest moja wina że mnie zostawiła ,tak próbuje układać sobie życie na nowo z różnym skutkiem ale daje radę
Ja myślałam, że już przeszłam zadręczanie się, wyleczyłam z poczucia winy, ale gdzie tam... Teraz jestem na etapie wspominania, analizowania, rozdrapywania ran. Ciężko jest ułożyć sobie życie na nowo, kiedy miało się tyle planów, tyle chciało się zrobić i dać, a nagle się okazuje, że nikt nie chce...
Mi z dnia na dzień niby lepiej, czuć, że ten czas swoje robi, ale to taaaak woooolno trwaaaa... ciężka sprawa.
U mnie podobnie - codziennie rano "obiecuję" sobie, że to będzie dobry dzień, ale... dzień jak każdy poprzedni, oby go przetrwać...
lexi260189 napisał/a:Kwiatuszek100 napisał/a:Lexi ale z tym człowiekiem nie da się dogadać bo na każda formę odezwania sie do niego odpowiada jedynie spierd... albo jesteś poje... Zreszta nie wiem czy chciałabym wchodzić w takie relacje z nim. Nie będę oszukiwać powiem szczerze nienawidzę tego człowieka,brzydzę się nim i wolałabym aby go nie było. A córka...i tak nie ma go jako ojca. Jedyne co potrafił to usilnie ubrzydzać mi życie,wysyłać groźby smsami i wyzywać mnie. Nie no za dużo tego było abym mogła w ogóle chcieć gdziekolwiek spotkać go na ulicy...
A dziecko...było tylko przez pewien czas dla niego kartą przetargową aby mnie szpiegować...Widze, że to odzwierciedlenia lorda voldemorta (mego eks). Także ma gdzieś małą, nie płaci i nie widuje. ja jestem workiem na spermę, jeb... łachem itp. itd dlatego zerwałam całkiem kontakt. skoro tyle razy prosiłam, tłumaczyłam i nic to lepiej sobie darować. zatem najlepsza opcja, alimenty, odebranie praw i chowanie dziecka samej, kiedyś jeszcze przyjdzie błagać o wybaczenie.
Dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Przepraszam moderatorzy za wyrażenie ale tyle to wszystko warte jest.............
Po prostu niektórzy faceci nigdy nie powinni mieć dzieci.Nigdy nie powinni zakładać rodzin ,bo są wiecznymi szczeniakami. Niby na początku chcą ślubu, dziecka - a potem dalej chcieliby żyć jak kawalerowie bez zobowiązań.
arkadiusz3103 napisał/a:StopKlatka napisał/a:Lepiej to znaczy? Czujesz, że już nie chcesz by wróciła? Czy lepiej bo zrozumiałeś, że to nie Ty zawiniłeś? Czy po prostu układasz sobie życie na nowo?
nie myślę o niej ,nie chce żeby wróciła ,i to nie jest moja wina że mnie zostawiła ,tak próbuje układać sobie życie na nowo z różnym skutkiem ale daje radę
Ja myślałam, że już przeszłam zadręczanie się, wyleczyłam z poczucia winy, ale gdzie tam... Teraz jestem na etapie wspominania, analizowania, rozdrapywania ran. Ciężko jest ułożyć sobie życie na nowo, kiedy miało się tyle planów, tyle chciało się zrobić i dać, a nagle się okazuje, że nikt nie chce...
to ostatnia faza rozpaczy ,po tem jest tylko lepiej
u mnie też tak jest że jak wychodzę na prostą to mnie moja ex odwiedzi i coś chce i to jest najgorsze ale daje radę
StopKlatka napisał/a:lexi260189 napisał/a:U każdego proces leczenia jest inny, nie koniecznie będziesz dwa lata dochodzić do siebie. Może już za parę dni poczujesz się lepiej.
U mnie to jak wzloty i upadki. Troszkę się podniosę i bum z powrotem na glebę. Na razie wolę zostać na tej glebie, podleczyć rany.
Wydaje mi się, że już do końca życia będę żyła z cieniem mego bm, zawsze będę czekać aż się ocknie i wróci...Wróci i co ? będzie jak w bajce ? po co czekać na coś, co się nie wydarzy a jak wydarzy to zapewne źle skończy ?
Ostre, ale mądre słowa! Wiem, że pewnie nie wróci, wiem, że gdyby... to już nigdy nie byłoby to samo, ale człowiek jest tak głupio skonstruowany, że taka nadzieja daje mu najwięcej energii, dopóki nie znajdzie sobie innej, lepszej drogi. Tylko, czy jej nie ominę gapiąc się ciągle wstecz?
StopKlatka napisał/a:arkadiusz3103 napisał/a:nie myślę o niej ,nie chce żeby wróciła ,i to nie jest moja wina że mnie zostawiła ,tak próbuje układać sobie życie na nowo z różnym skutkiem ale daje radę
Ja myślałam, że już przeszłam zadręczanie się, wyleczyłam z poczucia winy, ale gdzie tam... Teraz jestem na etapie wspominania, analizowania, rozdrapywania ran. Ciężko jest ułożyć sobie życie na nowo, kiedy miało się tyle planów, tyle chciało się zrobić i dać, a nagle się okazuje, że nikt nie chce...
to ostatnia faza rozpaczy ,po tem jest tylko lepiej
u mnie też tak jest że jak wychodzę na prostą to mnie moja ex odwiedzi i coś chce i to jest najgorsze ale daje radę
U mnie tego nie ma. Unika mnie jak trędowatej. W ogóle tu nie mieszka, ale czasem przyjeżdża. Nie odzywa się, jak człowiek widmo.
Wcześniej pisał tam jakieś smsy, ale jak już wszystko dostał, co było mu potrzebne, zniknął z mojego życia zupełnie.
Co się będzie przejmował, ja już nie jestem mu do niczego potrzebna...
dobranoc kochani,spokojnej nocy,bez poczucia winy i bez zmartwien
arkadiusz3103 napisał/a:StopKlatka napisał/a:Ja myślałam, że już przeszłam zadręczanie się, wyleczyłam z poczucia winy, ale gdzie tam... Teraz jestem na etapie wspominania, analizowania, rozdrapywania ran. Ciężko jest ułożyć sobie życie na nowo, kiedy miało się tyle planów, tyle chciało się zrobić i dać, a nagle się okazuje, że nikt nie chce...
to ostatnia faza rozpaczy ,po tem jest tylko lepiej
u mnie też tak jest że jak wychodzę na prostą to mnie moja ex odwiedzi i coś chce i to jest najgorsze ale daje radęU mnie tego nie ma. Unika mnie jak trędowatej. W ogóle tu nie mieszka, ale czasem przyjeżdża. Nie odzywa się, jak człowiek widmo.
Wcześniej pisał tam jakieś smsy, ale jak już wszystko dostał, co było mu potrzebne, zniknął z mojego życia zupełnie.
Co się będzie przejmował, ja już nie jestem mu do niczego potrzebna...
ale łatwiej Ci zapomnieć o nim
StopKlatka napisał/a:arkadiusz3103 napisał/a:to ostatnia faza rozpaczy ,po tem jest tylko lepiej
u mnie też tak jest że jak wychodzę na prostą to mnie moja ex odwiedzi i coś chce i to jest najgorsze ale daje radęU mnie tego nie ma. Unika mnie jak trędowatej. W ogóle tu nie mieszka, ale czasem przyjeżdża. Nie odzywa się, jak człowiek widmo.
Wcześniej pisał tam jakieś smsy, ale jak już wszystko dostał, co było mu potrzebne, zniknął z mojego życia zupełnie.
Co się będzie przejmował, ja już nie jestem mu do niczego potrzebna...ale łatwiej Ci zapomnieć o nim
Mam nadzieję, że kiedyś... Że kiedyś będę mogła mu spojrzeć w twarz z godnością a potem... pójść dalej.
Kwiatuszek100 napisał/a:lexi260189 napisał/a:Widze, że to odzwierciedlenia lorda voldemorta (mego eks). Także ma gdzieś małą, nie płaci i nie widuje. ja jestem workiem na spermę, jeb... łachem itp. itd dlatego zerwałam całkiem kontakt. skoro tyle razy prosiłam, tłumaczyłam i nic to lepiej sobie darować. zatem najlepsza opcja, alimenty, odebranie praw i chowanie dziecka samej, kiedyś jeszcze przyjdzie błagać o wybaczenie.
Dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa dupa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Przepraszam moderatorzy za wyrażenie ale tyle to wszystko warte jest.............Po prostu niektórzy faceci nigdy nie powinni mieć dzieci.Nigdy nie powinni zakładać rodzin ,bo są wiecznymi szczeniakami. Niby na początku chcą ślubu, dziecka - a potem dalej chcieliby żyć jak kawalerowie bez zobowiązań.
Wiesz Shakiki jeśli ktoś stawia pieniądze ponad wszystko to niestety tak to sie kończy...
On cały czas twierdzi że alimenty to ja sobie zabieram i pierdoły kupuje bo wg niego dziecko nic nie kosztuje
arkadiusz3103 napisał/a:StopKlatka napisał/a:U mnie tego nie ma. Unika mnie jak trędowatej. W ogóle tu nie mieszka, ale czasem przyjeżdża. Nie odzywa się, jak człowiek widmo.
Wcześniej pisał tam jakieś smsy, ale jak już wszystko dostał, co było mu potrzebne, zniknął z mojego życia zupełnie.
Co się będzie przejmował, ja już nie jestem mu do niczego potrzebna...ale łatwiej Ci zapomnieć o nim
Mam nadzieję, że kiedyś... Że kiedyś będę mogła mu spojrzeć w twarz z godnością a potem... pójść dalej.
potrzebujesz czasu i tak będzie zobaczysz ,ja też myślałem że to koniec świata ,ale zmieniłem prace i jej już nie oglądam
arkadiusz3103 napisał/a:StopKlatka napisał/a:U mnie tego nie ma. Unika mnie jak trędowatej. W ogóle tu nie mieszka, ale czasem przyjeżdża. Nie odzywa się, jak człowiek widmo.
Wcześniej pisał tam jakieś smsy, ale jak już wszystko dostał, co było mu potrzebne, zniknął z mojego życia zupełnie.
Co się będzie przejmował, ja już nie jestem mu do niczego potrzebna...ale łatwiej Ci zapomnieć o nim
Mam nadzieję, że kiedyś... Że kiedyś będę mogła mu spojrzeć w twarz z godnością a potem... pójść dalej.
W sumie chyba tylko nadzieja pozostała... wiara, że będzie lepiej (a jak nie będzie?
( )
Dziękuję za wsparcie. Jakoś mi lżej. Będę tu częściej zaglądać.
Dobrej nocy życzę.
Oby jutro był już lepszy dzień!
lexi260189 napisał/a:StopKlatka napisał/a:U mnie to jak wzloty i upadki. Troszkę się podniosę i bum z powrotem na glebę. Na razie wolę zostać na tej glebie, podleczyć rany.
Wydaje mi się, że już do końca życia będę żyła z cieniem mego bm, zawsze będę czekać aż się ocknie i wróci...Wróci i co ? będzie jak w bajce ? po co czekać na coś, co się nie wydarzy a jak wydarzy to zapewne źle skończy ?
Ostre, ale mądre słowa! Wiem, że pewnie nie wróci, wiem, że gdyby... to już nigdy nie byłoby to samo, ale człowiek jest tak głupio skonstruowany, że taka nadzieja daje mu najwięcej energii, dopóki nie znajdzie sobie innej, lepszej drogi. Tylko, czy jej nie ominę gapiąc się ciągle wstecz?
Zbyt wiele razy wchodziłam do jednej rzeki - więc wiem jak to jest. A jak tak gapisz się wstecz to będę chodzić za Toba krok w krok i lać pachem ilekroć się odwrócisz ![]()
Strony Poprzednia 1 … 80 81 82 83 84 … 229 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Zdradzeni, porzuceni łączmy się... - grupa wsparcia
Warto przeczytać w tym dziale
Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności
© www.netkobiety.pl 2007-2026