Niedługo miną 3 miesiące od odkrycia jego zdrady i wywaleniu go z mieszkania. Tuż po rozstaniu byłam przekonana, że za kilka miesięcy mi przejdzie na tyle, bym umiała normalnie funkcjonować. Niestety tak nie jest.
Tuż po rozstaniu oczywiście był wielki ból (nie do porównania z tym z dnia dzisiejszego), przez ponad tydzień nie potrafiłam nawet zmyć głupiej szklanki, z której on ostatnio pił. Jak głupia tuliłam ją do siebie wyjąc na całe mieszkanie, oglądając odcisk jego ust na niej... koszmar. Nie życzę takich jazd najgorszemu wrogowi. Nie mówiąc już o atakach histerii, gdy wracając po pracy do domu odruchowo patrzyłam się w okno, czy jest zapalone światło, bo może wrócił z pracy przede mną. Nie, nie wrócił i nie wróci już nigdy...
Potem on się odezwał, spotykaliśmy się. Dopóki odczuwałam satysfakcję, że i on nie potrafi się w pewien sposób z tym pogodzić i teraz zdradza swoją kochankę (w sumie powinnam napisać, że swoją nową dziewczynę), było jeszcze znośnie. Ból nie minął, ale przestałam płakać, spokojnie wszystkie jego pozostałe drobiazgi schowałam do szuflady. Niedługo potem on wyjechał na 2 miesiące. Kontaktowaliśmy się nadal, rozmawialiśmy długie godziny. Ale, że był bardzo daleko i nie miałam na nic wpływu, to byłam spokojniejsza. Opowiadał mi, jak tu czy tam wyrwał jakąś pannę, ale już kompletnie to po mnie spływało. Moja cała złość, a może i nienawiść, skumulowała się na jego "nowej oficjalnej". O innych mi mógł opowiadać do woli, o niej nie chciałam słyszeć.
Gdy on tam był, czułam się coraz szczęśliwsza. Kochałam go nadal, ale uświadamiałam sobie powoli, że jestem wolna, że nic mnie już nie trzyma, mogę powrócić do mojego hobby, spotykać się z innymi ludźmi. Zacząć żyć własnym życiem.
Parę dni przed jego powrotem do Polski nagle do mnie dotarło, że on już nie będzie daleko, będzie blisko, "na wyciągnięcie ręki", ale nie mojej "ręki". Że to ona go powita we łzach radości na lotnisku, później pojadą do niej jak normalna para... I cały koszmarek powrócił. Dzień jego powrotu w skali cierpienia oceniam na tyle samo, co w dniu rozstania. Już na szczęście nie mam "szklankowych jazd", ale jest ciężko. Nie wiem dlaczego od jakiegoś tygodnia mam nawrót pewnego przyzwyczajenia - sprawdzania przed wyjściem, czy na pewno nie zapomniałam założyć pierścionka zaręczynowego. Łatwo się domyślić, jaka następuje reakcja po odkryciu, że tego pierścionka nie mam i nigdy go nie założę.
Zawalam pracę, bo nie chce mi się wstać z łóżka i notorycznie się spóźniam, na co szefostwo już uwagę zwróciło. Nie spotykam się z nikim z braku ochoty, męczą mnie rozmowy o głupotach. Zainteresowanie ze strony innych mężczyzn tylko mnie drażni. Gdy już jakiś mi się spodoba, to różnica jest jedynie taka, że porozmawiam z nim chwilę dłużej, niż z innymi, ale też szybko ucinam kontakt. Nie chcę żadnych "plastrów", boję się, że mogłabym skrzywdzić tę drugą osobę. Hobby? Nie, dziękuję. Siłownia? Nie. Wszystko, kurde, "nie".
Czuję się jak żywy trup.