ehhh.. a mi znów ciężko.. staram się wmawiać, że nie będę miała za czym tęsknić.. ;/ jeszcze ze sobą mieszkamy, muszę czekać na zmianę godzin w pracy, żeby Malucha dac do przedszkola.. ;/ wcześniej się wymienialiśmy opieką, więc jako tako nie mamy wyjścia i mieszkamy ze sobą ze względu na dziecko.. On doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby już teraz poszedł na jakiś pokój, to nie każdy pozwala mieć gości, itd., więc mogłoby się to wiązać z moim natychmiastowym odejściem z pracy (więc z czego bym z Maluchem żyła), a że takim chamem nie jest, to powiedział, że wyprowadzi się, jak już dostanę odpowiedź z pracy.. Wstępnie mi powiedziano, że od Nowego Roku raczej na pewno mi zmienią.. Mieszkamy jako "znajomi" heh.. szkoda gadać, sypiamy w osobnych pokojach, nie przesiadujemy ze sobą, On mieszkając jeszcze ze swoim Synem zamiast korzystać z tego czasu, siedzi każdą wolną chwilę przed kompem i gra.. ;] Osobno robimy zakupy, obiady, pierzemy, każdy ma po prostu swoje obowiązki.. parodia... ;]
Wcześniej wszystko robiłam ja.. Wracałam z pracy do pracy dosłownie.. Teraz koniec.. Powiedziałam jasno i wyraźnie, że dzielimy podział obowiązków na pół, zawsze sprzątałam 2 razy w tyg. więc teraz raz ja, raz On - proste.. Miał teraz 2 dni wolnego, to wczoraj o godzinie 21 zaczął odkurzać i zmywać pełen zlew swoich garów.. ja nie mogę.. 2 pełne dni, gdzie siedział i grał.. nawet się dzieckiem nie zajął.. ;] I w sumie zrobił to, bo już się zaczynałam wkurzać i mu smęcić nad głową, że bez przesady, że chyba ustaliliśmy jakieś zasady.. to On do mnie "skoro przez 5 lat wszystko robiłam sama, to co mnie zbawią jeszcze 2,3 tyg." no grrrrr... - już miałam wybuchnąć.., ale nie! nie dałam się sprowokować.. ;] weszłam Mu bardziej na ambicję.. to wstał i zrobił, co miał zrobić.. ciężko, bo mimo, że wiem, że to koniec.., to jeszcze Go widzę.. ale ktoś mi zadał pytanie, które dało mi do myślenia.. "za czym będziesz tęsknić!?" - wiecie, że odpowiedziałam "nie wiem"!? Był to psycholog.., który dalej naciskał na mnie.. "będziesz tęsknić za pomocą w obowiązkach? za pomocą w wychowaniu dziecka? pójdziesz do parku z Maluchem na spacer i zatęsknisz za Nim?" odpowiedź brzmiała "nie!", a On dalej mi wierci dziurę w brzuchu.. "na spacery chodziłaś z przyjaciółką - znów z Tobą pójdzie! więc czego Ci będzie brakować poza widokiem Jego osoby, która siedzi i gra przy komputerze? nawet nie zasypialiście razem! więc odpowiedz sobie sama, co się takiego zmieni poza brakiem tylko Osoby.." Dziewczyny NIC - naprawdę nic, pomogło mi troszkę takie myślenie, pomaga nadal.. w pewnym sensie sama zdaję sobie sprawę, że ja już sama bym nie chciała nic naprawiać, bo nie ma czego.. Psycholog mi uświadomił, że On mnie w pewnym sensie uzależnił do siebie psychicznie.. Pracy swojej nie lubię.. - nie zmieniałam przez Niego, bo On uważał, że mam stabilną, stały przelew, i że nigdzie indziej się nie nadaję.. Nieraz słyszałam, że jestem nic nie wartym śmieciem, który nic w życiu nie osiągnie.. Powiem Wam szczerze, że tyle razy to słyszałam, że sama zaczęłam tak o sobie mysleć?
wiecie, co mam na myśli!? Coraz bardziej sobie zdaję sprawę, że to nie był facet dla mnie i nie był to zwiazek, jakiego bym chciała.. więc po co w nim tkwiłam? Oczy mi się otwierają, ale dalej ciężko mimo wszystko na serduchu.. I to nie jest tak, że jestem bez winy, o nie.. zawsze jest obustronna moim zdaniem.. ale On naprawdę nawet swoim Synem się nie zajmował..
Seweryn ma 2,5 roku i On Go może kąpał z 3 razy .. więc wyobraźcie sobie.. ! i tak ze wszystkim.. Ja również pracuję.. On swoje 2 dni wolnego spędzał przed kompem nic nie robiąc! Ja swoje poświęcałam na generalne sprzątanie, spacery, zabawy z dzieckiem..! Czas dla siebie miałam wieczorami, kiedy Maluch spał, to jeszcze pretensje, że to JA siedzę cały czas przed kompem! dobre sobie!
Piszecie o świętach.. że wspomnienia, ze coś.. Ja tego nie miałam z Nim od 5 lat, bo On nienawidzi Świąt, więc nigdy nie dało się ich z Nim normalnie spędzić.. Gdyby nie ciut mojej inicjatywy, to by nie było nic! w sumie i tak nic nigdy nie było, bo wszystko sama musiałam ogarniać i nerwy mi czasem puszczały i się buntowałam, że mogłby mi w czymś pomóc, a nie wiecznie ze wszystkim sama.. to jak On mówił "nie" to ja tez nie, a co ;] ileż można!? Odkąd z Nim jestem, to nie pamiętam ani jednych Świąt, przy ktorych bym się nie rozryczała za ciepłem, rodziną.. ehh
więc powinno mi być chyba prościej pogodzić się z taką, a nie inna sytuacją niż Wam, prawda?
Bo jeśli chodzi o codzienne rzeczy, to naprawdę nie będę odczuwać Jego braku.., więc dlaczego tak ciężko mi się pozbierać..? Nawet patrząc na Seweryna... To On niechętnie spędza czas ze swoim tatusiem.., bo tatuś Mu czasu nie poświęcał.. Jak coś nabroi, to ja zanim mi nerwy puszczą (staram się nie dawać klapsów), tylko zawsze tłumaczę dziecku (zazwyczaj pomaga), bo moje szczęście jest naprawdę baaardzo rozumne..
, ale czasem się ma ciężki dzień, jest się zmęczonym, tłumaczy się pary razy - nie działa, nerwy pekną, to da się lekkiego klapsa dziecku.. On później przychodzi, przytula i wiem, że to jest w ramach przeprosin, bo zawsze mowię "co, przepraszasz mamusię?" i wtedy tłumaczę jeszcze raz, że czegoś tam nie wolno.. a On... od razu podniesiony głos, klaps w pupę albo w łapy..! ;/ a że ja tego nie toleruję, to już kłótnia nawet o to..! ;/ to jest dziecko! do cholery! ;/ i ja wszystko to wiem, jak wyglądał mój związek, ze wszystkim sama, 0 wspólnych wakacji, dom urządzałam sama, bo Mu się wiecznie nie chce.. nawet jak się coś zepsuło, co facet powinien zrobic, to nawet w takich rzeczach Go nie było..! ;/ Grrr... weźcie - spamiętajcie mnie! ;/ że naprawdę nie mam czym się łudzić! ;/ ależ się rozpisaaaaałam.. ;/