Na początku chciałam złożyć wyrazy szczerego współczucia wszystkim Wam, którym przyszło żegnać się nagle z bliskimi, którzy zdecydowali skończyć swoje życie. Sama pożegnałam w ten sposób swojego ojca.
Depresja to okrutna i bezwzględna choroba. Człowiek styka się wtedy z najgorszą prawdą, że nie wypada mu już żyć, a umrzeć niewolno. Staje nad przepaścią i targany najgorszymi emocjami utwierdzony w przekonaniu, że jego życie to nie życie, a wegetacja, walka o każdy następny dzień, odosobniony, samotny z poczuciem, że nie może już dłużej ze sobą wytrzymać i ze świadomością swojego istnienia. Istnienie to jest wątłe i pozbawione sensu. Człowiek wtedy czuje, że jest "kłodą" u nogi całego świata i samego siebie. Czuje się jakby żył na pustyni, albo jakby był niewidzialny, ukrywa swą złość do siebie udaje, że jest ok bo we w rozumieniu takiego człowieka w oczach wszystkich ludzi i tak jest już przegrany. Krzyczy: pomocy! moje życie straciło sens. Jedyną nadzieję widzę we śmierci, ale to jest niemy krzyk, bo w głowie kłębią się myśli, że "i tak mi nikt nie pomoże". Śmierć samobójcza to ucieczka. Kiedyś gdzieś słyszałam: czym jest ciężkie życie na ziemi w stosunku do śmierci trwającej w nieskończoność? Potępiona dusza przeżywa gorsze męki, w to wierzę dzisiaj, niż to cierpienie jakiego doświadczamy na ziemi.
Przeszłam przez to wszystko.
Moje myśli wtedy były najczarniejsze, nienawidziłam siebie, nie mogłam na siebie patrzeć. Zamknęłam się w domu, a gdy już miałam wyjść udawałam, że jest ok. Jednak pewnego dnia świętowałam ze znajomymi moje imieniny i pękłam omal nie doszło do tragedii. Wyrządziłam sobie wiele krzywd, niestety. Mam po tych najgorszych chwilach blizny rękach. Kiedy przychodzi lato, a blizny stają się bardziej widoczne, jest mi wstyd.
Otrząsnęłam się, wymierzyłam sobie cios w policzek i zaczęłam szukać sensu życia w lekturach, w muzyce. Stoczyłam wiele walk z egoizmem. Wygrałam.
Również nie miałam odwagi odebrać sobie życia, może to sprawka Anioła Stróża, być może to kwestia tego, że zawsze miałam bardzo dobre podejście do świata, do życia, przed chorobą potrafiłam cieszyć się z małych rzeczy, rozdawałam uśmiechy wszystkim wokół. Może wszystko to przez co przeszłam w dzieciństwie, cały ten koszmar wzmocniło mnie i nie poddałam się. Wtedy jeszcze myślałam o mamie, o tej kobiecie, której pękło by serce, która i tak miała ciężkie życie i myśl, że zasługuje na wszystko co najlepsze trzymała mnie na tym świecie. Pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że za myślami samobójczymi stoi egoizm. Wykorzeniając egoizm wygrywamy tym samym z myślami samo destrukcyjnymi.
Skłonności do depresji odziedziczyłam chyba razem z genami. Mój tata odebrał sobie życie równo 3 lata temu.
Kiedyś miałam wiele, byłam młodziutka zdolna ładna a przede wszystkim miałam wielkie i gorące serce, którego ciepłem darzyłam wszystkich wokół. Po wielu latach odnoszonych ran moje serce nie potrafi kochać już tak samo, jest pełne ciepła i dobroci, ale i zarazem goryczy i blizn. Kiedyś byli w okół mnie ludzie, znajomi, miałam pracę studiowałam. Dzisiaj kiedy już jestem zdrowa nie mam nic, nie mam przyjaciół, nie mogę liczyć na własną matkę, na rodzeństwo, moja twarz już wygląda na zmęczoną, każdy nowo poznany mężczyzna rani mnie niewyobrażalnie mocno.
Czasami się zastanawiam czy w oczach mężczyzn nie wyglądam jak tarcza strzelinicza?
Tym, którzy tracą wiarę w sens życia polecam książkę Wszystko co ważne Jana Goldsteina. Ta książka to była iskierka, która pomogła mi wziąć życie we własne ręce. Polecam ją tym z Was, dla których ważna w życiu jest pokora wobec własnego istnienia, wobec własnego życia.
Przepraszam, że ten post jest taki długi
Pozdrawiam cieplutko. M
"A gdy serce twe przytłoczy myśl, że żyć nie warto, z łez ocieraj cudze oczy, chociaż twoich nie otarto. " M.Konopnicka