Ania,
wiem, że to może Ci nie pomoże, ale napiszę Ci coś ze swojego doświadczenia. Ja jestem osobą chorą. Nie chcę pisać na co, bo to zbędne. Jest to choroba prowadząca w prostej linii do śmierci, przed którą nie ma ucieczki, a którą można jedynie odroczyć. Powiedzmy, że raczej nie dożyję do sześćdziesiątki, a wątpliwe, bym dociągnęła i do 50 roku życia. Inna sprawa, że mam nadzieję, że coś się zmieni, że samo ponaprawia, że może medycyna pójdzie do przodu itd. To nie jest najważniejsze dla Ciebie. Dla Ciebie powinno być istotne jak ja się czuję i przez jakie fazy w związku z tą chorobą przechodziłam. A wiedz, że wszystko co czujesz jest po prostu... normalne. Wiem jak to absurdalnie brzmi, ale uwierz mi, że lata spędzone w szpitalach nauczyły mnie, że to przez co przechodzę jest wyjątkowe tylko dla mnie i jeśli znajdziesz się w odpowiednim środkowisku - innych chorych - to okazuje się, że wszyscy przeżywają to samo.
W takich sytuacjach, w jakiej się znalazłaś nie możesz liczyć na żadne zrozumienie nawet wśród najbliższych i błędem, narażającym Ciebie na cierpienie, jet go oczekiwać. Dotyczy to także osób absolutnie najbliższych, takich jak mąż. Każde z Was przechodzi teraz przez inny horror. Na razie sprawa jest świeża i dziwisz się, że drażni Cie obojętność albo litość otoczenia. Potem zacznie Cię drażnić to, że wszyscy przywykną do Twojego problemu i przestaną się w ogóle tym interesować. W finale będziesz musiała zderzyć się z czymś absolutnie najgorszym - gdy Twoje otoczenie zacznie traktować Cię zwyczajnie, tzn. np. przyjaciółki całkiem serio będą Ci opowiadały o polipie w nosie jak o strasznej tragedii, nie zważając czym jest ten polip w stosunku do Twojego losu. To niestety też normalne. Ludzie nie wiedzą jak się zachować wobec problemu albo tragedii. Jedni są nadopiekuńczy, inni litościwi, jeszcze inni ignorują problem i udają, że nic się nie dzieje. A to dlatego, że to nie jest ich problem i tragedia. Dużo łatwiej jest wspierać kogoś w sytuacji przejściowej - gdy umiera mu ktoś bliski na przyklad - bo wtedy otoczenie wie, że to dramat na chwilę, a dużo trudniej wspierać w sytuacjach nieprewnych, być może otatecznych czy przewlekłych.
Ściana, która dzieli Cię od świata jest normalna. Za nią żyją zwykli ludzie ze zwykłymi klopotami, Ty jesteś zamknięta, sama i przestraszona ze swoim zdrowiem, przerażeniem, niepewnością. W dodatku odkrywasz, że nagle Twoje własne ciało jest źródłem kłopotów, co ostatecznie potęguje wrażenie zupełnego osamotnienia. Na to nie ma lekarstwa. Możesz szukać osób w podobnej sytuacji i zrozumienia wśród nich, albo możesz zaakceptować tę ścianę. Po prostu przyjąć, że Twoje zdrowie jest ważne wyłącznie dla Ciebie. Innych interesuje doraźnie, pochylą się nad Tobą, powspółczują i wrócą do swojego bezpiecznego świata. I nie ma w tym nic złego. Pomyśl, gdybyśmy angażowali się w kłopoty innych, nasze życie byłoby koszmarne. Wiem, że to nie jest łatwe, mi dojście to tego zajęło trochę czasu. Byłam wściekła i sfrustrowana i miałam poczucie izolacji i niezrozumienia do momentu, gdy nie zaakceptowałam tego, że nie będzie inaczej. Nic się nie zmieni, a moje oczekiwania tak naprawdę niszczą tylko mnie.
Jeśli chodzi o męża, to mogę stawiać w ciemno, że pewnie faktycznie przesadziłaś
Co też jest normalne. Tli się w nas zawsze niewypowiedziana złość na to neizrozumienie i na to, że akurat nas to spotyka. I wybuchamy w najmniej spodziewanych momentach. A niestety najłatwiej wyładować się właśnie na mężu czy żonie. A dla Was to sytuacja nowa, do niego zapewne nie do końca dociera co się dzieje, czego może się spodziewać, w dodatku traktuje Cię jak osobę sprzed kilku tygodni, a więc niesfrustrowaną, nieprzerażoną i zdrową. To zajmuje chwile by przesunąć w związku granice i zrozumieć, że są sytuacje, gdy żona nie jest racjonalna, gdy pierdoła to tak naprawdę punkt zapalny za tysiąc innych, nawet niezwiązanych z mężem, spraw. Moim zdaniem powinnaś wprost dokładnie tak to mężowi przedstawić. Jesteś poddenerwowana - to normalne. Twój mąż zapewne też i też się boi - to też normalne.
I ostatnia rzecz, a więc Twoje myśli o dziecku. Rodzice czasem giną w wypadkach, dostają raków, gdy dzieci mają po 2 latka itd. Nie jesteś w stanie przewidzieć tego jak życie się potoczy. Nikt nie planuje dziecka z nadzieją, że dożyje jako rodzic późnej starości. Każdy by tak chciał, ale nie da się tego zaplanować. Nie popełniasz samobójstwa i w żaden sposób nie odbierasz dziecku pełnej rodziny. To robią osoby zdradzające, znudzone małżeństwem i rozwodzące się z byle powodu czy porzucające rodziny. Ty nie robisz nic intencjonalnego, planowanego. Ja zdecydowałam się na dziecko mimo bardzo niepewnej przyszłości i mimo tego, że ta ciąża może się dla mnie skończyć bardzo tragicznie. I też miewam takie myśli jak Ty. Ale zaraz potem myślę właśnie o tym, że mogę - zanim zje mnie choroba - wpaść pod samochód, albo zakrztusić się neszczęśliwie, cokolwiek. Dokładnie to samo może przytrafić się mojemu mężowi. Może się zdarzyć tysiąc rzeczy. Może się też zdarzyć, że jakimś cudem wyzdrowieję. Przecież nikt z nas nie wie ile zostało nam czasu. Czy gdybyś wiedziała dziś, że pożyjesz jeszcze 11 lat, zdecydowałabyś się na dziecko? A 21? 31? Gdzieś jest taka granica? Ludzie chorują, choć tego nie wybierają. Umierają, choć tego nie chcą i nie planowali. I nie jest to w żadnym sensie odbieranie dziecku pełnej rodziny. To po prostu los. Pomyśl o tym inaczej, że nawet jeśli stanie się coś złego, to nie masz na to wpływu, ale za to zostawisz po sobie kogoś ważnego, jakąś część siebie. Wiem, że powinnam Ci napisać, że będzie super i nawet o tym nie myśl, ale wiem, że tak się nie da i od tych myśli nie ma ucieczki, dlatego musisz nauczyć się myśleć o tym inaczej. I w żaden sposób nie brać winy na siebie. Choć ostatecznie też mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.