Dyskusja już dosyć stara...Ale dziwi mnie, że niektórzy nie rozumieją że seks to jedna z podstawowych potrzeb, prawie jak jedzenie i picie, na samym dole tzw. piramidy Maslowa. Jeśli nie jest zaspokojona, reszta potrafi zejść na drugi plan.
Sama jest w takiej sytuacji, że mój mąż ma rzadko ochotę na seks - kochamy się często raz na 1/2 tygodnie, a ja chciałabym się kochać dużo częściej. Jeśli już się kochamy, to jest całkiem fajnie, ale dużo za krótko, a on potem nie potrafi doprowadzić mnie do orgazmu. Owszem, jakiś czas często sama inicjowałam seks - ale jestem jednak zdania, że to facet powinien być na mnie napalony i ciągle mieć na mnie ochotę, nie odwrotnie, chciałabym być zdobywana. Czułam się upokorzona faktem, że tylko ja mam na niego ochotę.
Już widzę jak się posypią rady - porozmawiajcie, naucz go, pokaż mu, inicjuj seks, czy on jest zdrowy - wszystko już było przez nas omówione w ciągu długoletniego związku. Generalnie wniosek jeden - jest zdrowy, kocha mnie, jestem dla niego najbardziej atrakcyjną kobietą na świecie i lubi seks ale ma po prostu duużo mniejszy temperament- kiedyś jak mieliśmy po 20, 21 lat te potrzeby były takie same, teraz moje się zwiększyły a jego zmniejszyły, w łóżku jest też mniej "dziki" niż ja, a do tego niezbyt sprawny "technicznie". Pokazywanie, mówienie wprost nic nie zmieniło - a ja naprawdę nie jestem pruderyjna i potrafię powiedzieć wprost o co mi chodzi.
Traktuje małżeństwo jak coś świętego - naprawdę. Jesteśmy ogólnie udanym związkiem. Ale ten seks...dobija mnie czasami, naprawdę, w takie dni jak ten dziś na przykład czuję się najbardziej niespełniona na świecie. Wtedy myślę sobie to co autor wątku - może najłatwiej znaleźć kogoś drugiego, żebym czuła się pożądana i zaspokojona. Póki co udaje mi się te myśli odganiać, ale co będzie za 5-10 lat?
No i w tych złych chwilach właśnie wszystkie inne aspekty mojego życia, dużo tak naprawdę ważniejsze, schodzą na drugi plan, tak jak wtedy, kiedy jest się bardzo głodnym albo chce się pić.
Eh, dobra, wyżaliłam się, trochę mi lepiej.