Witaj Pati31. :)Moim zdaniem wszystko zależy od granic. Tych które sama wobec siebie sobie wyznaczasz i tych, które wyznaczasz otaczającym Cię ludziom. Pewnie, że człowiek się zmienia, ewoluuje w dowolnym kierunku. Inna byłam mając lat dwadzieścia kilka - a inna jestem teraz. Pewne rzeczy są jednak stałe. Pewnych granic nie przesuwam, nie niweluję. Głównie są to granice te moje - które stawiam aby chronić własną osobę. A wiadomo, że najbardziej zrani nie obca osoba - ale ta najbliższa - mąż, dziecko, rodzic. Dlatego ja, na przestrzeni tych kilkunastu lat - ostro przewartościowałam pewne sprawy. Dlatego stawiam wymagania właśnie osobom które są mi najbliższe. Zwisa mi kalafiorem co sobie myśli, jak się odnosi i czy mnie szanuje jakiś obcy czy obca Iksińska. Natomiast ja szanuję najbliższych i szacunek do mnie jest rzeczą jakby naturalnie-mi-się-należącą. Na pewne zachowania - bardzo charakterystyczne (każda która dostała po dupie od faceta z pewnością wie o czym piszę) - no więc pewne zachowania, gesty - niby nic nie znaczące - wymagają NATYCHMIASTOWEJ reakcji. W przeciwnym razie - granice się przesuwają. Nie. Wrrróć. To kobieta (w tym przypadku) pozwala na ich przesunięcie. Sama. Bo nie reaguje, reaguje za słabo, nie ma siły na reakcję. Faktem jednak jest - że brak tej reakcji - powoduje przesunięcie granicy. Jednej, drugiej, milionowej.
I wtedy nagle, ni stąd ni zowąd - kobieta jest prztłoczona. Proces oczywiście jest długotrwały - wiadomo. Gdyby ślubny powiedział tuż przed sakramentalnym "tak" - "będę chlał/bił/zdradzał/nie szanował" - w życiu by za niego nie wyszła prawda? No więc proces gotowania żaby - długotrwały, przez co mniej zauważalny, jakby mniej bolesny. Budzi się jedna z drugą jak pierdykną banią o trotuar. Pierdyknięciem może być wizyta w szpitalu, obdukcja, zdrada, albo zwyczajna obserwacja , że moze być inaczej - na przykłąd u znajomej pary.
I wszystko pięknie, tylko ja z siebie nie dam wała zrobić. To, że ktoś się godzi byc poniewieranym przez lata - to jest tylko i wyłącznie jego decyzja. Zostawmy tego, co poniewiera. Przyjrzyjmy się "ofierze". Jeśli nie jest ona przetrzymywana w piwnicy, przytwierdzona do kaloryfera, więziona czy finansowo totalnie ubeswłasnowolniona (chociaż znam kobiety, które i to przeskoczyły) - to wieloletnie poniewieranie jest tylko i wyłącznie JEJ zasługą. To ona przesuwa granice w nieskończoność - a oprawca z tego korzysta. Przecież jest oprawcą - to czego się tu kurna spodziewać?!
Owszem. Dzięki moim wyśrubowanym castingom - znam sporo takich mężczyzn. Psychicznych oprawców. Emocjonalnych, zakamuflowanych przemocowców, którzy w bardzo wysublimowany sposób potrafią tak kręcić i kombinować na zupełnie podprogowych bodźcach, że kobieta w końcu nie wie - no leci w konia czy nie? Szanuje mnie czy nie? A może to ja źle robię...może zupa była faktycznie za słona. Ależ oczywiście - to że wyeliminowałam takie zbuki - jest nie do wybaczenia. Powinnam się hajtnąć jako dziewica z mózgiem nienaruszonym męską manipulacją, a teraz gryźć pazury. Oczywiście (i tu nastąpiła wizualizacja gestu Kozakiewicza).
Pati31 - zapraszam na bloga. Poczytaj, odżyjesz.
Autorko - wejdź, poczytasz, skumasz czaczę o której gwarzę.
Pozdrawiam Cię również.