Witam.
Od jakiegoś czasu podglądam wątki zdradzonych żon, kochanek itd. Kochanka zawsze oceniana jest jako zło najwyższe. I to mnie zastanawia. Czy zawsze spotkanie dwojga ludzi, którzy tkwią w małżeństwie jest czymś złym? Pytam, bo byłam kochanką. Teraz jestem szczęśliwą narzeczoną a za chwilę będę żoną. Tak. Spotkałam na swojej drodze człowieka, który był żonaty. To długa historia. Początkowo nie byłam zainteresowana tą znajomością ale bardzo go lubiłam. I ta sympatia z czasem zmieniła się w coś więcej. On jak się domyślacie bardzo zabiegał o mnie. Walczył o każde spotkanie. Ale nic nie było łatwe. On miał żonę ja męża. Były dzieci. Ale to co nas spotkało było tak silne, że nie potrafiliśmy bez siebie życ. Rozstawaliśmy się kilka razy, z rozsądku, bo dzieci... Ale nie daliśmy rady. I moje i jego małżeństwo było kompletną pomyłką. Zaczęliśmy się zastanawiać, co dobrego wynika dla naszych dzieci z tego naszego bycia nieszczęśliwymi w naszych związkach. Jakich relacji one się od nas nauczą? Oboje poszlismy do psychologów dziecięcych, którzy upewnili nas w tym, że nasze dzieci nie będą szczęśliwe w rodzinach, gdzie panują takie złe relacje. Przeprowadzili nas przez cały ten rozwodowy proces tak, aby dzieci jak najmniej ucierpiały, jak najwięcej zrozumiały. Jego żona do dziś obwinia mnie o rozwalenie małżeństwa. To ja rozwaliłam jej małżeństwo a nie ona sama śpiąc przez 3/4 doby a przez pozostały czas drąc się i wydzielając "murzynkowi" kolejne domowe prace. To nie ona była zła traktując go gorzej niż psa. To on jest zły, bo wreszcie powiedział DOŚĆ i postanowił zacząć ŻYĆ. Mój mąż na szczęście był mądrzejszy. Poszedł po rozum do głowy. Lepiej póżno niż wcale.Przyznał, że zaniedbał naszą rodzinę i że tego żałuje. Ja też żałowałam, ale nie umiałam już z nim być. Ale przynajmniej to pozwoliło nam zachować dobre relacje. Dziś możemy na siebie liczyć, dogadujemy się co do wychowania naszej córki a ona widzi, że się szanujemy. A ja i mój obecny narzeczony stworzyliśmy cholernie szczęśliwy dom. Pół roku temu urodziła się nam nasza córeczka, która jest naszym największym szczęściem. Jestem najszczęśliwsza na świecie. Nikt w życiu tak o mnie nie dbał jak on, nikt nie był dla mnie tak wspaniałym. Prawie każdego dnia słyszę podziękowania za taki a nie inny dom, za nasze życie, za to, że jestem.... Nasze dzieci... po prostu są szczęśliwe widząc nas wiecznie zadowolonych, bawiących się z nimi, urządzających rodzinne wypady za miasto...Uwielbiają te nasze wyprawy, wygłupy...Pokochały swoją młodszą siostrzyczkę jak największy skarb. Jesteśmy cholernie szczęśliwą rodziną. Cóż zrobiliśmy złego??? Czy jestem potworem, bo pokochałam człowieka i postanowiłam dac nam i naszym dzieciom szansę na szczęśliwy dom? Czy nadal uważacie, że jestem wstrętną kochanicą a on okropnym mężem? I że powinniśmy do końca swoich dni "umierać" każdego dnia przy żonie/mężu którego nie kochaliśmy, z którym byliśmy tak nieszczęśliwi, że nie chciało się nic, zupełnie nic....
Podobne tematy
2 2012-05-07 11:44:20 Ostatnio edytowany przez Malwina69 (2012-05-07 11:45:03)
Nie kochana.. nie umierać przy złej zonie bo jak najbardziej takie bywają czy przy złym męzu, których nie brakuje.. pewnie ,ze nie.. niby po co i dlaczego?? ale .. zakończyc związek zeby nie było watpliwości,że wpływ osoby trzeciej nie zadziałal własnie tak!! przyznasz chyba mi rację,że "lubienie kolegi.. " rzucało światło na twoje relacje z mężem.. pewnie mąż był winny ale Ty ukierunkowałas swoje myslenie pod kątem cudowności przyjaciela.. Nie oceniam Cię.. nie myśl sobie,że Cie tu linczuję czy coś takiego.. staram sie przedstawić Ci sprawę od innej strony.. Ja chce zyc uczciwie.. więc jesli mój mąż przestanie być dla mnie kimś z kim chce żyć .. odejde a potem ewentualnie rozpocznę inny związek... rozumiesz..? nie wtedy gdy miądlimy to wszystko między sobą.. bo WIEM,że inny facet by był wręcz ukojeniem i zbawieniem dla mnie.. prawda?
Dobrze,że jestes szczęśliwa.. tak powinno byc... a ja jestem zwolenniczka rozwodów.. i nigdy zdania nie zmienię.. ale jestem przeciwniczka zdrad... a kochanka / kochanek jest złem najwyzszym..
Witam.
Od jakiegoś czasu podglądam wątki zdradzonych żon, kochanek itd. Kochanka zawsze oceniana jest jako zło najwyższe. I to mnie zastanawia. Czy zawsze spotkanie dwojga ludzi, którzy tkwią w małżeństwie jest czymś złym? Pytam, bo byłam kochanką. Teraz jestem szczęśliwą narzeczoną a za chwilę będę żoną. Tak. Spotkałam na swojej drodze człowieka, który był żonaty. To długa historia. Początkowo nie byłam zainteresowana tą znajomością ale bardzo go lubiłam. I ta sympatia z czasem zmieniła się w coś więcej. On jak się domyślacie bardzo zabiegał o mnie. Walczył o każde spotkanie. Ale nic nie było łatwe. On miał żonę ja męża. Były dzieci. Ale to co nas spotkało było tak silne, że nie potrafiliśmy bez siebie życ. Rozstawaliśmy się kilka razy, z rozsądku, bo dzieci... Ale nie daliśmy rady. I moje i jego małżeństwo było kompletną pomyłką. Zaczęliśmy się zastanawiać, co dobrego wynika dla naszych dzieci z tego naszego bycia nieszczęśliwymi w naszych związkach. Jakich relacji one się od nas nauczą? Oboje poszlismy do psychologów dziecięcych, którzy upewnili nas w tym, że nasze dzieci nie będą szczęśliwe w rodzinach, gdzie panują takie złe relacje. Przeprowadzili nas przez cały ten rozwodowy proces tak, aby dzieci jak najmniej ucierpiały, jak najwięcej zrozumiały. Jego żona do dziś obwinia mnie o rozwalenie małżeństwa. To ja rozwaliłam jej małżeństwo a nie ona sama śpiąc przez 3/4 doby a przez pozostały czas drąc się i wydzielając "murzynkowi" kolejne domowe prace. To nie ona była zła traktując go gorzej niż psa. To on jest zły, bo wreszcie powiedział DOŚĆ i postanowił zacząć ŻYĆ. Mój mąż na szczęście był mądrzejszy. Poszedł po rozum do głowy. Lepiej póżno niż wcale.Przyznał, że zaniedbał naszą rodzinę i że tego żałuje. Ja też żałowałam, ale nie umiałam już z nim być. Ale przynajmniej to pozwoliło nam zachować dobre relacje. Dziś możemy na siebie liczyć, dogadujemy się co do wychowania naszej córki a ona widzi, że się szanujemy. A ja i mój obecny narzeczony stworzyliśmy cholernie szczęśliwy dom. Pół roku temu urodziła się nam nasza córeczka, która jest naszym największym szczęściem. Jestem najszczęśliwsza na świecie. Nikt w życiu tak o mnie nie dbał jak on, nikt nie był dla mnie tak wspaniałym. Prawie każdego dnia słyszę podziękowania za taki a nie inny dom, za nasze życie, za to, że jestem.... Nasze dzieci... po prostu są szczęśliwe widząc nas wiecznie zadowolonych, bawiących się z nimi, urządzających rodzinne wypady za miasto...Uwielbiają te nasze wyprawy, wygłupy...Pokochały swoją młodszą siostrzyczkę jak największy skarb. Jesteśmy cholernie szczęśliwą rodziną. Cóż zrobiliśmy złego??? Czy jestem potworem, bo pokochałam człowieka i postanowiłam dac nam i naszym dzieciom szansę na szczęśliwy dom? Czy nadal uważacie, że jestem wstrętną kochanicą a on okropnym mężem? I że powinniśmy do końca swoich dni "umierać" każdego dnia przy żonie/mężu którego nie kochaliśmy, z którym byliśmy tak nieszczęśliwi, że nie chciało się nic, zupełnie nic....
mika. tu nie chodzi o uczucia, związki i takie tam. Chodzi o uczciwość. odwage powiedzenia sobie- nie kocham zony. nie jestem szczęsliwy, chcę doejść. Chodzi o oszukiwanie, szukanie podniet poza związkami. o to chodzi. fajnie, że obydwoje doszliście do takiego rozwiazania. ale tu poczytasz o kochankach, które liczyły na coś więcej, a facet ściemniał po proostu. tu poczytasz o kochankach, które miały w nosie relacje faceta, bo ich to nie dotyczy, a zabawić się zawsze mozna. tyu posłuchasz o kobietach, które sie nudzą i czemu sobie motylki w brzuchu nie zapewnić?
kiedy dowiedziałam się o zdradzie mojego męża, byłam przekonana, że on odejdzie. bo zakłądam, że się musiał zakochać, że musiał przestać mnie kochać. Bo w pale mi się nie mogło pomieścić, że zdecyduje się tak bardzo mnie zranić tylko dlatego, że on chętny i dupka chętna...
rozumiesz?
chodzi o uczciwośc, lojalność i prawdę..
tylko o to.
zgadzam się z poprzednikami...zawsze się zastanawiałam, jak można być jednocześnie tchórzem i nie potrafić zakończyć nieszczęśliwego małżeństwa, a mieć na tyle odwagi, żeby wiązać się z kimś na boku a w domu przed dziećmi i mężem udawać, stwarzać pozory...jeśli jest się nieszczęśliwym w małżeństwie, to właśnie dla dzieci trzeba odejść, a nie tkwić w nim dla ich "dobra" szukając na boku uczucia..
każdy ma prawo kochać i być kochanym...dobrze, że teraz właśnie tak się czujesz..
Tak dziewczyny, czuję się i jestem bardzo, bardzo kochana. I wiem, że dokonałam właściwego wyboru. Najwłaściwszego. Rozumiem to o czym piszecie. Ale nie chodzi o to, jak napisała Malwina69, że pojawienie się osoby trzeciej doprowadziło do pewnych sytuacji. Przynajmniej w naszym przypadku było całkiem odwrotnie. Różne chore sytuacje przez wiele lat, doprowadziły do tego, że stało się tak a nie inaczej. To nie tak, że spotkanie obecnego partnera popsuło relacje małzeńskie, że wcześniej nie chciałam odejśc. Chciałam, ale dopiero spotkanie jego dało mi do tego odwagę i siłę. I wiarę w to, że w życiu może być lepiej......Tego, co czuję dzisiaj, dzieląc życie z tym człowiekiem, życzę każdej z Was. Rozwód nie jest niczym dobrym. Ale niestety często dokonujemy niewłaściwych wyborów, popełniamy błędy. Nigdy nie jest za pózno, aby je naprawić. Dziś wiem, że w życiu szkoda każej sekundy, aby żyć byle jak. Życie jest wielkim darem, a ja nauczyłam się go szanować. W dniu, kiedy stałam się kochanką......
Nie ma dwóch takich samych historii.. ;-)) ale ja nie chciałabym przechodzić kryzysu małżeńskiego w asyście osoby, która by pocieszała mojego męża.. 2 do 1 to mało sprawiedliwe nie sądzisz.? Dobrze,że spotkało się i zyje ze soba dwoje ludzi sobie przeznaczonych.. pewnie że tak.. jestem za.. ;-)) Ale rozgraniczam i bede rozgraniczała konczenie uczciwe związku a zdradę..
Zgadam się z poprzedniczkami. Nie obwiniam kochanki, chociaż jakiś żal na pewno jest. Ale to mąż przyrzeka wierność żonie a nie kochanka. Pewne rzeczy mogą się skończyć ,ale jak nie chcę z kimś być , to odchodzę. Najczęściej tak jest, że partner żyje w stanie zawieszenia, bo ten drugi się świetnie bawi. I to jest nie fair. Chodzi o uczciwość. Ciekawe co te drugie polowy w waszym przypadku mają do powiedzenia?
Jasne,że kochanka nie jest tą "złą".Jest takie włoskie przysłowie: jeśli żona zdradza,winny też jest mąż.Myślę,że to niejednokrotnie działa też w drugą stronę.
Ale jak ktoś wspomniał- każda historia jest inna.Jeśli mąż nie planuje rozwodu a chce na boku układać sobie życie a kochanka na to się godzi- to nie jest fair.Oczywiście bardziej ze strony męża- wiadomo- ale wiadomo też,że kobieta potrafi zdziałać cuda w kwestii zmiany mentalności mężczyzny.I dla swojego dobra także powinna coś z tym zrobić.
. Dziś wiem, że w życiu szkoda każej sekundy, aby żyć byle jak. Życie jest wielkim darem, a ja nauczyłam się go szanować. W dniu, kiedy stałam się kochanką......
no trochę przegiełaś... z tego co mówisz, wcale takie miodzio w byciu ta trzecią nie było....
zycie jest darem - nauczyłam się tego, kiedy zdecydowałam, że będe zyć uczciwie, w zgodzie z moim sercem...
jak tak napiszesz, to się zgodzę.
ale nie z tym, że bycie kochanka okazało się darem.... ukrywałaś telefon? kłamałaś mężowi, że spotykasz się z koleżanką a szłaś na spotkanie z kochankiem? chowałaś się z nim w podrzędnych hotelikach? szukałaś alibi i musiałaś wiecznie w głowie mieć dwa scenariusze? bałaś się, że może mówisz przez sen? albo powiesz przez sen imię kochanka? zmuszałaś się do seksu z mężem, żeby nic nie podejrzewał??- ... taki to dar??
a ja dodam.. i jak cos naprawiać wtedy w małżeństwie? jak sie dogadać? nie ma szans..
Witaj, mikaxxs1.
Piszę z pozycji drugiej strony - wkrótce byłej żony męża, który zamiast próbować rozwiązać problemy w związku, za które w przeważającej części sam odpowiadał, znalazł sobie "pocieszycielkę" - więc mogę nie być obiektywna.
Podziwiam Twój optymizm co do przyszłości Waszego nowego związku.
Obydwoje jesteście dla mnie osobami, którym nie można ufać. Obydwoje złamaliście obietnice, które złożyliście swoim małżonkom. Twój entuzjazm jest według mnie charakterystyczny dla każdego nowego związku - całkiem możliwe, że równie radośnie wchodziliście w poprzednie związki, nie wzięły się przecież znikąd, musiały zacząć się od serdecznych uczuć.
Nie potrafię usprawiedliwić zdrady. Albo się ma jakieś zasady albo się ich nie ma. Każde wyjaśnienie pt. żona zła była a mąż nie taki, są o kant rozbić - można się było rozwieść wcześniej, jak nie pasowało, co za problem. Tchórz oblatywał, żeby szczerze porozmawiać z drugą stroną? Już bardziej uczciwe (o ile w ogóle można tak to nazwać) - są wg mnie sytuacje "bo alkohol i jakoś się te nogi same rozjechały". Ale takie bycie z kimś, czasem latami, na siłę, aż się znajdzie ktoś kto bardziej odpowiada, to niby co to ma być? Dla mnie złożenie przysięgi oznacza zaprzestanie poszukiwań. To co zrobiliście obydwoje - to świństwo.
Tyle mojego - subiektywnego i pewnie podszytego emocjami zdania. Spokojnie możesz je puścić koło uszu, co zapewne się stanie.
12 2012-05-07 15:38:32 Ostatnio edytowany przez End_aluzja (2012-05-07 15:48:45)
a ja dodam.. i jak cos naprawiać wtedy w małżeństwie? jak sie dogadać? nie ma szans..
najsłąbsze jest to:
ale to co nas spotkało to coś wyjątkowego! nasza wielka miłośc warta była poswięceń, nikt nie czuł tego, co ja teraz, mam prawo walczyć o włąsne szczęscie, przecież on był w związku nieszczęsliwy, a teraz ze mną znalazł spokój ukojenie i bara bara...
to jedna strona medalu
a czasami jest tak:
ale ja jestem mądry, ale ja jestem cwany, jestem bogiem! moge mieć wszystko, świat u moich stóp, biorę, korzystam, jestem super, jestem taki sprytny.... jestem prawdziwy macho, mam więcej niż inni, udało mi się, hgdyby inni wiedzieli, jaki jestem super, jestem cudownym kochankiem, uszcześliwiam dwie kobiety, cudowny cudowny!!
a i jeszcze potem:
"przepraszam, gdybym mógł cvofnąc czas, nigdy bym tego nie zrobił, byłem głupi, nie wiem dlaczego to zrobiłem, to nie było warte twoich łez, przeciez dla mnie to nic nie znaczyło, chce byc tylko z tobą, zawsze cię kochałem....
i ona:
prosze rozmawiac ze swoim męzem, a nie ze mną, nie to nie dotyczy, ja nie jestem niczemu winna, mam prawo do szczęscia...
a ja mam pytanie- jak długo mieszkacie ze sobą?
Ja się zupełnie zgadzam z tym, że kochanka nie zawsze jest zła. Nie mam własnych doświadczeń w tym zakresie, ale mój tata zdradził moją mamę i jest obecnie w szczęśliwym związku z kochanką właśnie. Są już razem chyba z 10 lat. Problem jest taki, że zwykle się człowiek nie spodziewa, że pojawi się uczucie. A jak się pojawi to wiadomo, że się od razu wszystkiego nie rzuci i nie zaryzykuje, jeśli się niejako nie wie na czym się stoi. Zwłaszcza, gdy są dzieci: lepiej żyć z żoną i tworzyć rodzinę niż mieszkać oboje osobno. Ale jeśli można sobie znaleźć osobę, z którą się lepiej dogadujemy i ją kochamy, to wtedy można założyć niejako nową rodzinę. I to jest zupełnie inna sprawa. No i też się nie zgodzę, że Ci zdradzający są tacy źli, bo ludzie się z czasem tak zmieniają, że aż ich poznać nie można. A przecież przysięgę się składało tej osobie 20 lat młodszej, zupełnie innej. I też można się czuć oszukanym pod tym względem.
Z góry uprzejmie przepraszam, jeśli coś zrobię nietenteges z cytowaniem, pierwsza próba.
Ale się nie mogłam nie ustosunkować, no nie mogłam...
Ja się zupełnie zgadzam z tym, że kochanka nie zawsze jest zła. Nie mam własnych doświadczeń w tym zakresie, ale mój tata zdradził moją mamę i jest obecnie w szczęśliwym związku z kochanką właśnie. Są już razem chyba z 10 lat.
A jak Mama to przyjęła?
Problem jest taki, że zwykle się człowiek nie spodziewa, że pojawi się uczucie. A jak się pojawi to wiadomo, że się od razu wszystkiego nie rzuci i nie zaryzykuje, jeśli się niejako nie wie na czym się stoi.
Się wie, jak sądzę. Się stoi na czyimś podeptanym zaufaniu. Ale wiadomo, że się wszystkiego nie rzuci, bo to niewygodne jak nie ma pewności.
Zwłaszcza, gdy są dzieci: lepiej żyć z żoną i tworzyć rodzinę niż mieszkać oboje osobno.
Lepiej dla kogo? Bo dla żony chyba nie. Nie wiem, co dzieci wynoszą z obserwacji takiego niby-związku.
Ale jeśli można sobie znaleźć osobę, z którą się lepiej dogadujemy i ją kochamy, to wtedy można założyć niejako nową rodzinę. I to jest zupełnie inna sprawa. No i też się nie zgodzę, że Ci zdradzający są tacy źli, bo ludzie się z czasem tak zmieniają, że aż ich poznać nie można.
Jak się małżonek zmienił nie do wytrzymania - nie trzeba od razu zdradzać. Uczciwa kolejność to: rozstanie z partnerem nr 1 i rozpoczęcie życia z nr 2.
A przecież przysięgę się składało tej osobie 20 lat młodszej, zupełnie innej. I też można się czuć oszukanym pod tym względem.
Oszukanym? Że lata lecą?
Oszukał, ok. Podeptał zaufanie, ok. Zdradził, ok. Nie każdy jest perfidny, nie każdy to planuje.
Stało się.
Najwięcej żalu, tak mi się wydaje, mają ci zdradzeni, których partner żyje w innym SZCZĘŚLIWYM związku. Tu jest ból, że nie z nami, że obiecywał i że śmie być szczęsliwy z inną.
Autorka ma pełne prawo się cieszyć, bo podeszła do sprawy z głową i poważnie. Znalazła swoje szczęście i postanowiła w nie wejść. Czasem czyjeś szczęście jest oparte na cudzym nieszczęściu ale tak juz bywa w zyciu.
17 2012-05-08 11:28:58 Ostatnio edytowany przez kjersti (2012-05-08 11:35:54)
Oszukał, ok. Podeptał zaufanie, ok. Zdradził, ok. Nie każdy jest perfidny, nie każdy to planuje.
Stało się.
Taa..I to wszystko robi się NIECHCĄCY. Samo ![]()
A żal do osoby zdradzającej największy ma się o to, że nie stać jej było na uczciwe podejście do sprawy, z szacunku do poprzedniego partnera, ze zwykłej przyzwoitości. Że nie dała zdradzanemu partnerowi szansy na decyzję, czy z kłamcą, manipulantem i tchórzem chce żyć. Skoro znajduje osobę, która takiego partnera chce - proszę bardzo. Szkoda tylko, że ktoś w tym układzie ma prawo do decyzji, a ktoś inny nie.
Tak, ale to są wizje i wzory i pragnienia idealistyczne, czyż nie? Nic się samo nie dzieje, ale też nie wszystko planujemy i nie na wszystko jesteśmy przygotowani.
Nie sądze zeby rozzalenie bylo mniejszcze jezeli partner powie, ze juz nas nie chce, a na drugi dzien zacznie spotykac sie z inna. Powiedzial i ze nie chce i byl uczciwy? Powiedzial, ale to nie zmienia faktu, że sobie zmienił. Mógl kogos poznac, do niczego nie doszlo, stwierdzil ze koniec bo chce sprobowaz z inna. To jest sprawiedliwe i lagodzi żal? Nie sądze, bo zal bierze się stąd, że on/ona jest z kimś innym a rodzaj i forma to sprawa drugorzędna.
Oczywiście, że jest żal, tęsknota i ból. Ale nie ma UPOKORZENIA. Bo partner zachował się z szacunkiem. Dla mnie nie byłoby najgorsze odejście partnera, tylko kłamstwa i odbieranie mi prawa decyzji. Bo to godzi w moją godność.
Przykro mi słyszeć, że dla kogoś uczciwość, zasady moralne, szacunek dla drugiego człowieka to "wizje, wzory i pragnienia idealistyczne". Dla mnie to nie jest kwestia idei. Ja tak postępuję
Ciekawa jestem Teo, czy od swojego partnera nie wymagasz/nie wymagałabyś uczciwości wobec siebie, gdyż jest ona tylko ideą?
Owszem, nie na wszystko jesteśmy przygotowani, na emocje na pewno nie. Ale od tego mamy rozum, żeby za jego pomocą podejmować decyzje. Zdrada, kłamstwo, stawianie własnej wygody ponad szacunkiem dla żony i kochanki (tak, kochanki też, bo prawdziwie kochający i szanujący partner nigdy nie postawiłby bliskiej osoby na pozycji "tej drugiej") jest wynikiem DECYZJI. Za którą należy wziąć odpowiedzialność.
A dlaczego ja mam byc upokorzona ze on kogoś dmucha?! oO Przecież to on to robi, a nie ja. To on jest świnia, a nie ja.
Idealistyczne wizje dotyczyły wypowiedzi jak to partner powinien zrobić, jak postąpić. Tak, wszyscy to wiemy, ale Ci co zdradzają nigdy tak nie robią, a Ci co są wierni nie zdradzają. Nie spotkałam się nigdy z postawą, że mąż wraca do domu i chce rozwodu, bo poznał kogoś nowego. Poznał jedynie, nie calował się, nie spał. A jak już się przespal to po ptokach.
Wiemy jak powinno być i wiemy jak jest. Najpierw jest akcja, a potem reakcja.
Wydaje mi się, że mylisz upokorzenie ze wstydem. To jego wstyd, że z kimś spał będąc w związku, ale mnie upokorzył i obraził okłamując mnie, oszukując, manipulując. Osoba bliska, której zaufałam okłamuje mnie. Nie szanuje. To jest clue problemu. Nie mówię o tym , jak "ktoś powinien postąpić" tylko jak wygląda uczciwość. Dlaczego niby nie można przed wskoczeniem komuś innemu do łózka zachować się uczciwie? Momentem, kiedy należałoby się zastanowić, że coś jest nie halo jest uświadomienie sobie, że patrzę na inną osobę w kategorii "potencjalny partner" czy potencjalna zdobycz". Wówczas jest pora na zastanowienie się - co w takim razie jest w moim związku nie tak? Bo zakładam, że skoro się w związku trwało wcześniej, to się tego chciało, czyli taki zły znowu nie był. Następnie - próba naprawy, rozmowy, urozmaicenia, rozwiązania problemu. Nie udaje się, znaczy - źle nam już ze sobą, albo przynajmniej jednej osobie źle. Czyli rozstajemy się i mogę się rozglądać dalej. Jeśli przyczyną rozpadu związku ma być li i jedynie fakt, że się komuś wskoczyło do łózka pod wpływem impulsu, to o jakim prawe do szczęścia my tu rozmawiamy?
Jeśli natomiast w związku jest ogólnie źle i to wiadomo zanim impuls innej osoby się pojawi, to po co to ciągnąć? Nijak nie widzę nigdzie poparcia dla tezy, że przed wskoczeniem komuś innemu do łóżka nie można uporządkować swojego poprzedniego życia dając na to szansę również drugiej stronie.
tylko że TEO - kiedy ty mówisz o sytuacji idealistycznej, mówisz o tym, że dwoje ludzi się spotkało, pokochało, postanawiają być razem.. oznacza to konsekwencje dla dotychzasowych związków itp..
i OK, tak bywa
ale znacznie rzadziej
znacznie częściej jest jednak tak< że np. małzonek wcale nie zamierzał rozstawac się z żoną. A romans traktował jako taki mały powerek na boku. I ani przez moment nie pomyslał, że to może, tę deklarowanie kochaną najabrdziej na swiecie żonę - zranić. powiem więcej, małżonek, małżonka stworzy sobie teorię, która go usprawiedliwia - a;lbo to wina zony, bo przesalała zupę,.. albo - kochanie, ale ja ani przez moment nie przestałem cię kochać, tamtej nigdy nie powiedziałem nic o uczuciach, to było ttylko bzykanko, nic waznego!!
rozumiesz?
my mówimy o takich sytuacjach - oszustw, kłąmania, tworzenia durnych filozofii do bzykania.. byleby podreperowac ego i rozwijać skłonności narcystyczne
i to boli, wiesz?
bo gdyby mój mąz spotkał kogoś, trafiłoby go jak grom.. to bym cierpiała.. ale uznałabym, że trudno, na to nie moge mieć wpływu
ale jesli on deklarowanie zAKOchany we mnie i szczesliwy w związku znajduje chętną dupke i nie odmawia, bo to nic nie znaczy... i kłamie i oszukuje.. to ja myslę, że go nie znam. że człowiek, z którym zyłam nie raniłby mnie tylko dlatego, bo mu fiut stanął... rozumiesz?
to jest nieuczciwe i niegodne
Myślicie, że seks nie moze byc tylko seksem? Bez uczuć i czulości? Może i ja wierzę, choć nie popieram, że jak czasem facet mowi ze to tylko sekst to jest to prawda.
Wydaje mi się, że kobiety mają większy problem rozdzielenia seksu od miłości.
Myślicie, że seks nie moze byc tylko seksem? Bez uczuć i czulości? Może i ja wierzę, choć nie popieram, że jak czasem facet mowi ze to tylko sekst to jest to prawda.
Wydaje mi się, że kobiety mają większy problem rozdzielenia seksu od miłości.
Bo moim zdaniem dla kobiet najpierw liczą sie emocje a za nimi idzie seks a dla facetów emocjedla dobrego seksu są zbyteczne. I dlatego my kobiety tak bardzo przeżywamy zdradę, bo oceniamy ja w kategoriach emocjonalnych. A facet mówi "przecież tylko ciebie kocham" (czytaj emocjonalnie jestem zwiazany z tobą) a tamto to był tylko seks.
Był tylko seks dla niego. Ale jeśli dla niej to oznacza zdradę, ból, upokorzenie, brak zaufania, a jak się jest w związku to zdaje się liczą się uczucia i podejście obu stron, to przed takim "nic nie znaczącym seksem" należałoby się zastanowić - czy nie zrobię krzywdy tej ponoć kochanej osobie. Bo gdy się kocha potrafi się chcieć dobrze dla kogoś jeszcze poza sobą.
Natomiast jeżeli dla faceta przygodny seks jest ważniejszy niż nie robienie krzywdy partnerce to widać jej nie kocha. Tu nie chodzi o sam seks. Chodzi o to, co komu robi krzywdę. Dla jednej kobiety może to być epizod nie mający znaczenia dla związku. Dla drugiej - katastrofa. Związek zobowiązuje do brania pod uwagę podejścia drugiej strony.
Mam wrażenie (ubolewam, że nie poparte własnym doświadczeniem - została we mnie nadzieja, że trafiłam na nędzny egzemplarz), że znajdą się faceci, którzy nie zdradzają. Że nie dla wszystkich "seks to tylko seks" - podobnie jak nie dla wszystkich kobiet seks musi oznaczać miłość do grobowej deski.
Usprawiedliwianie zdrad uwarunkowaniami płci cofa nas cokolwiek w ewolucji. Facet (nieuczuciowy pasjonat seksu) bzyka co się uda na prawo i lewo, żeby geny powielić, a kobieta najpierw ocenia przydatność samca (obdarzając go ehem, uczuciem), po czym nadstawi się bądź ucieknie na drzewo. No proooszę - toż to nic, tylko zachuśtać się na gałęzi i podrapać w polędwicę.
Pomijając ten wtręcik zoologiczny - naprawdę wierzę w istnienie wiernych panów. I wiem, że istnieją wierne kobiety. Nie oznacza to, że ktoś im zaraz po ślubie wydłubał oczy i nie widzą płci przeciwnej. Po prostu - można nie ulegać pokusom, nie iść na skróty, ulegając wyłącznie własnym potrzebom, można nie ranić oszustwem.
kaisa_malene napisał/a:Ja się zupełnie zgadzam z tym, że kochanka nie zawsze jest zła. Nie mam własnych doświadczeń w tym zakresie, ale mój tata zdradził moją mamę i jest obecnie w szczęśliwym związku z kochanką właśnie. Są już razem chyba z 10 lat.
A jak Mama to przyjęła?
Standardowo: czyli nawet po 10 latach ma do taty pretensje i go miesza z błotem przy nadarzającej się okazji.
kaisa_malene napisał/a:Problem jest taki, że zwykle się człowiek nie spodziewa, że pojawi się uczucie. A jak się pojawi to wiadomo, że się od razu wszystkiego nie rzuci i nie zaryzykuje, jeśli się niejako nie wie na czym się stoi.
Się wie, jak sądzę. Się stoi na czyimś podeptanym zaufaniu. Ale wiadomo, że się wszystkiego nie rzuci, bo to niewygodne jak nie ma pewności.
To nie o to chodzi, że niewygodnie. Po prostu najpierw trzeba się upewnić, że się chce odchodzić, że chce się z tą drugą osobą stworzyć nowy związek.
kaisa_malene napisał/a:Zwłaszcza, gdy są dzieci: lepiej żyć z żoną i tworzyć rodzinę niż mieszkać oboje osobno.
Lepiej dla kogo? Bo dla żony chyba nie. Nie wiem, co dzieci wynoszą z obserwacji takiego niby-związku.
Tak się łatwo mówi, ale dzieciom nie jest łatwo się z takimi sytuacjami pogodzić. I łatwiej jest z pewnością, gdy mają nowy dom, gdzie tworzą nową rodzinę, niż gdy np. mieszkają same z tylko jednym z rodziców. Tak ja uważam. I obstawiam, że dorośli boją się swoje dzieci niepotrzebnie skrzywdzić i np. przedstawić im nową wybrankę, po czym się okaże, że to jednak nie to, a np. dzieci zdążą się już do niej przywiązać. I dopiero będzie dramat.
kaisa_malene napisał/a:Ale jeśli można sobie znaleźć osobę, z którą się lepiej dogadujemy i ją kochamy, to wtedy można założyć niejako nową rodzinę. I to jest zupełnie inna sprawa. No i też się nie zgodzę, że Ci zdradzający są tacy źli, bo ludzie się z czasem tak zmieniają, że aż ich poznać nie można.
Jak się małżonek zmienił nie do wytrzymania - nie trzeba od razu zdradzać. Uczciwa kolejność to: rozstanie z partnerem nr 1 i rozpoczęcie życia z nr 2.
I jak to sobie wyobrażasz w praktyce? "Kochanie, nie wiem jeszcze, czy ta kobieta jest dla mnie ważna, ale chyba mnie do niej ciągnie, więc lepiej się na wszelki wypadek rozstańmy"? A potem jak nie wyjdzie: "Wiesz co, to jednak była głupia fascynacja, Ty jesteś dla mnie jednak ważniejsza"? Ciężko jest podjąć konkretną decyzję, gdy się samemu nie ma jeszcze pewnej opinii na dany temat. I swoją drogą może być tak, że się tą drugą stronę kocha nadal, ale kochankę kocha się bardziej. I wtedy jest jeszcze ciężej podjąć decyzję, bo się samemu nie wie czego się chce.
kaisa_malene napisał/a:A przecież przysięgę się składało tej osobie 20 lat młodszej, zupełnie innej. I też można się czuć oszukanym pod tym względem.
Oszukanym? Że lata lecą?
Nie, że lata lecą, tylko że dana osoba tak się zmieniła, i to np. na gorsze, że już jej niejako nie rozpoznajemy. Choć o wygląd też może chodzić: jak się nam partner roztyje z lenistwa to co się dziwić, że nas już nie pociąga? Ludziom się często wydaje, że jak są w związku małżeńskim to już nic nie muszą, bo sobie "zaklepali" i mogą się wywalić na kanapę przed tv i mieć wszystko gdzieś. I naprawdę mało jest przypadków zdrady, że jedna strona była w 100% fair, a druga okazała się świnią. Zwykle po prostu ludzie nie potrafią się dogadać i ich drogi samoistnie się rozchodzą.
I zgadzam się z Teo, że największym problemem jest fakt, że nasz partner "wymienił" nas na inną. I nie ma tu większego znaczenia, czy seks uprawiali przed czy po rozstaniu. Ból dotyczy przede wszystkim poczucia, że jesteśmy gorsze, brzydsze, że tyle lat byłyśmy z kimś razem, a tu nagle on zamienia nas na kogoś, kogo zna krócej. Jak już wspomniałam moja mama nadal gada złe rzeczy na tatę, a jak spotkała razu pewnego jego obecną partnerkę to musiała mi potem oczywiście powiedzieć złośliwie "noo, za piękna to ona nie jest, ale przecież wygląd się nie liczy"...
kaisa_malene - jestem kolejną żoną, która czeka na efekt końcowy odejścia męża do innej - czego finałem będzie z pewnością rozwód.
ciekawi mnie czy masz rodzeństwo i jak ta sytuacja wpłynęła na twoje obecne życie? czy teraz Ty sama jesteś szczęśliwa ? czy nie boisz się zaufać, nie boisz się związków? czy odejście taty z domu było dla ciebie ulgą, wybawieniem?
to on jest szczęśliwy - ma nowy dom... nową kobietę.
ja wiem, że to Twój ojciec i z pewnością go kochasz, ale czy taki ojciec zakładając nową rodzinę myśli choć przez chwilę o tej, którą już ma? dlaczego nie podjął starań o naprawę relacji z żoną?
dla mnie zdradzający to słabi ludzie, bez honoru, be zasad moralnych, sumienia.
liczy się tylko ich szczęście, własna wygoda.
chcą być kochani, przytulani, rozpieszczani. A co oni oferują w zamian? To, że są i już to wystarczy. Oni nie muszą starać się podtrzymywać uczucia, które zaprowadziło ich przed ołtarz. Każdy się zmienia, starzeje. W dzisiejszych czasach tak łatwo poddajemy się emocjom. Słowo, przysięga nie znaczy NIC.
Ja zostałam zmuszona rozpoczynać wszystko od nowa. Ze świadomością, że moje dzieci nie będą miały wzorca dobrego partnera i ojca. i rozumiem twoją mamę, że nawet po tylu latach nie głaszcze po główce twojego taty. Bo ją bardzo skrzywdził.
Została sama - dom, praca, wychowanie dzieci. To duuużó obowiązków. A druga strona co? Odwiedzinki w niedzielę, prezenciki od święta.
I to ma usprawiedliwiać ich prawo do szczęścia?
Mam niestety wrażenie, że większość z was albo nie ma dzieci albo w sposób dla mnie niezrozumiały je pomija w tym wszystkim. Ja napisałam jasno, że właśnie ze względu na dzieci były u nas podejmowane próby ratowania naszych związków poprzez nasze rozstania się, była nawet terapia małżeńska. Która nic nie dała a tylko uświadomiła, że rozstanie jest nieuchronne. Ale pewnie kiedy spotka się kogoś ważnego, należy wpaść do domu i wszystko rzucić, a dzieci co tam, po co o nich myśleć.
Teraz jeszcze coś. Piszecie o tym jak to mąż/żona oszukał, zdradził, podeptał zaufanie.... Powiem ostro ale trudno, na głupotę zawsze tak reaguję: POPUKAJCIE SIĘ W TE SWOJE ŁBY! Kto tu kogo zdradził??? Mąż/żona , bo nie wytrzymał psychicznie wiecznego urągania, dyrygowania, wrzasków, rozkazów itd. itp. Czy zdradziła ta druga strona, która to nam ślubowała dbać o nasz związek, wspólnie nad nim pracować, być ze sobą, dbać O SIEBIE!!! A zaniedbała, pomiatała nami przez kilka dobrych lat, w nosie miała nasze uczucia i szacunek do nas. Ale to my mamy po tym wszystkim myśleć o szacunku dla kogoś, kto zmarnował nam kilka dobrych lat życia. Tak było akurat w moim przypadku! O jakim szacunku mowa dla kogoś, kto przez lata miał nas za domową siłę roboczą. Traci się szacunek dla kogoś takiego. Mało tego. Kiedy się wreszcie odchodzi, to obok myśli o rozpadnięciu się rodziny, o tym, że coś nam w życiu nie wyszło pojawia się też inna myśl. Satysfakcja... tak, satysfakcja. Masz draniu za swoje, za to wszystko co mi zrobiłeś... Ktoś pomiata nami przez lata, nie wzruszają go nasze łzy, nasz ból. Ale my mamy obowiązek go szanować, on takiego obowiązku nie miał. Czy Wy jesteście normalne????
Przestańmy urągać nad skutkiem a zacznijmy się zastanawiać nad POWODEM. Gdyby ludzie bardziej się na tym skupiali mniej byłoby zdrad, kochanków, kochanek i porzuconych. Nikt normalny nie zdradza, nie porzuca ot tak, bez powodu. Nikt normalny. Nie mówię tu o zwykłych skokach w bok, zabawie na boku ot tak, dla zabicia nudy. Bo to jest nienormalne i tego nie pochwalam. Ale gdy ktoś niszczy nas jako człowieka, choć obiecał miłość i szczęście to należy mu się nie tylko porzucenie ale i solidny kop w tyłek! Bo to on nas zdradził a nie my jego.
TEO - jesteś bardzo mądrą kobietą. Mam nadzieję, że tak szczęśliwą, jak na to zasługujesz. Oby więcej takich rozumnych żon, a mniej będzie zdradzających mężów.
Mąż/żona , bo nie wytrzymał psychicznie wiecznego urągania, dyrygowania, wrzasków, rozkazów itd. itp.
hmhmmhmh wiecznie tak było to na co czekał mąż/żona? na kochanka? nikt nikogo nie zmusza do marnowania sobie życia z niewłaściwa, złą, podłą, nic nie warta osobą..okazuję się,ze to pomyłka, nie do naprawienia, rozwodze sie i układam sobie życie jeszcze raz... Dlaczego na siłę usprawiedliwiasz zdradę?
Ja jestem i byłam i będe za rozwodami... ale nie za zdradą.
To ja Ci teraz odpowiem na co czekał mąż/żona. Bo zdaje się, że właśnie widzę brak konsekwencji w wypowiedziach. Czy to nie tutaj słyszę co drugie zdanie jacy to niechonorowi plugawcy uciekają, zdradzają, zamiast naprawiać/ ratować małżeństwo? Zdaje się, że właśnie tu. i przez te wszystkie lata pomiatania nie odeszłam, bo właśnie walczyłam o naszą rodzinę, o nas. Czasem padałam na pysk ale wciąż podejmowałam te cholerne próby dotarcia do niego, aby uratować nasze relacje, aby nasze dziecko miało RODZINĘ. Kochającą się. To właśnie to robiłam przez te lata. A czekałam nie na kochanka, ale na dzień, w którym dotrze do mnie, że choćbym się zesrała, to go nie zmienię. I potrzebowałam wyciągniętej ręki, która pomogłaby przez to przejść, bo widać sama nie miałam siły. TO ROBIŁAM PRZEZ TE WSZYSTKIE LATA!!!
i JESZCZE JEDNO. Jeśli dla Ciebie jest tak proste jak napisałaś:" jest zle to się rozwodzę i już", to może powinnaś się mocno zastanowić nad założeniem rodziny. Bo zdaje się, że jestes niestety za mało odpowiedzialna albo nie bardzo wiesz o czym mówisz. Z całym szacunkiem. Rodzina to nie stara kiecka, w której jak się zrobiło niewygodnie to tak po prostu do kosza i już mam nowa. Ja spróbowałabym zrobić wszelkie możliwe poprawki, aby jednak dało się nosić. I to jest odpowiedzialność! A jeśli ona mimo wszystko, mimo moich starań będzie się pruła, to wtedy już to jest jej sprawa. I przychodzi moment, że w nosie masz czy ona czuje się oszukana czy nie. Wtedy masz już to gdzieś, bo zrobiłaś wszystko. Więc winna jest sama sobie.
to Ty się własnie tak wypowiedzialas a ja Cię zacytowałam.. i zacytuje jeszcze raz; wiecznego urągania, dyrygowania, wrzasków, rozkazów itd. itp. skoro tak to przecież trzeba odejśc bo nikt sie nie będzie katował takim związkiem a dzieci tez nie będą miały szcześliwego domu prawda?? a może sie mylę?? popieram Cię dalej w kwestii naprawiania tego co złe sie pojawiło a było np. kryzysem.. ale z kryzysu partnerzy powinni wychodzic razem a nie we trójke.. Moja rodzina była szczęśliwa przez 14 lat.. a potem Pan mąz zrobił sobie dzidziusia z inna.. nie było kryzysu nie było czego naprawiac.. stało się to za moimi plecami.. nie mów mi czy jestem odpowiedzialna czy nie bo guzik mnie znasz.. odnosze się jedynie do twoich wypowiedzi... jestes szczęśliwa .. przeciez pisałam,że ok.. szkoda tylko, że między czasie zdradziłas.. ale każdy buduje sobie swoje szczęście na czym chce i jak chce... tak samo ze zdaniem na ten temat.. ja mam swoje a Ty swoje.. i po co tyle krzyku.. ?
powiem Ci na przykładzie.. teraz mam kryzys w moim związku.. dość poważny.. mam nadzieję, ze go przetrwamy.. gdzies tam daleko, za górami, za lasami.. ( dzieki Bogu sa te pieprzone telefony) jest mój eks.. facet cudowny i wspaniały.. mądry i prawdziwy mój przyjaciell.. mogę zadzownić.. pożalic się, poradzić nawet.. ale moja droga nie wyobrażam sobie walki z naszym kryzysem z posrednim udziałem mojego byłego faceta..Jestem przekonana a nawet pewna,że wiele moich kroków i decyzji miało by inny charakter gdybym go wmieszala w ta sprawe.. ale to ja... Ty jestes kims innym..
Aleś się Autorko zacietrzewiła na kilka pytań i stwierdzeń...aż się wzięłaś za obrażanie respondentek. Co to w ogóle za język do dyskusji "czy Wy jesteście normalne", "popukajcie się w te swoje łby". Żal.pl. i żenua.
Cierpiałaś lat tyle, ratowałaś - wszystko pięknie i chwalebnie. Ale na psizbój była ta "pomocna dłoń"? Bo dla mnie to pomocny fiutek raczej był. A tak. Jak po bandzie - to po bandzie. Bo pierwsze primo to szacunek do samej siebie. Oczywiście każdy ma inną miarę i inne granice - przekraczalne i nieprzekraczalne, ale zawsze dziwią mnie ludzie którzy owijają gówno w złoty papierek i każą się wszystkim cieszyć że tak pięknie błyszczy. Jak masz jaja - to w momencie zorientowania się że nic ze związku nie będzie - odchodzisz. Biorąc ze sobą dzieci. Tudzież wyprowadzasz z mieszkania partnera.
Oto jest moje zdanie. I nie - nie jestem "normalna" według panujących norm u osób które zdradzają. Jestem zdrowo walnięta, bo wyznaję zasady i się ich trzymam. I znam jeszcze kilka innych kobiet które tak robią. Porozwodziły się z pasożytami, psycholami, przemocowcami, gwałcicielami BEZ pomocnego fiutka tudzież ręki. SAME. Ratowały, łatały, cierpaiły lata. One i ich rodziny. Tak tak. Dzieciate. I to wielodzieciate. I właśnie DLA TYCH DZIECI się porozwodziły. Żeby dzieci miały bezpieczny dom, gdzie matka nie popierdziela na klęczkach przed panem i władcą. Poznajdywały pracę, są samodzielne, samowystarczalne i szcęśliwe. A! I dumne. Kobiety które dokonały tego SAME.
To jest dopiero wyczyn.
" Z kryzysu partnerzy powinni wychodzić we dwójkę a nie w trójkę"....... tak, masz rację. Ale też powinni z niego wychodzić we dwójkę a nie w pojedynkę, tak, jak było w moim przypadku, czy w przypadku mojego obecnego narzeczonego. Kiedy tylko jedna strona się stara to jest do bani. A ja nie budowałam swojego szczęścia na zdradzie jak mi zarzucasz. Ja zdradziłam, kiedy nie było już czego ratować i nawet mi się już nie chciało. Kiedy doszłam do etapu, że był mi na tyle obojętny, żeby stać mnie było na zdradę i nie myśleć już o nim.Żebym miała już w nosie co z nim, a zaczęła wreszcie myśleć co ze mną i z moim dzieckiem. Zdrada a zdrada to różnica. Ja się nie bawiłam. Mnie całkiem nieoczekiwanie w piekle mojego życia nagle spotkało coś dobrego. I miałam rację, że skupiłam się na tym a nie na kimś, kto miał mnie w nosie przez kilka lat. I mnie i mojemu dziecku wyszło to na dobre. A on? Dostał to, na co pracował przez kilka lat. Czy mam wyrzuty? ŻADNYCH. Już nie....
Nie mówię o zdradzających dla rozrywki, bo tak lubią. Mówię o ludziach, którzy zaniedbują swoich partnerów, traktują jak własnośc o którą nie trzeba już zabiegac, a potem mają żal do losu i czują się wielce pokrzywdzeni. Bo "murzyn" śmiał się zbuntować, no jak on tak mógł.... I ta kochanka, taka wstrętna jędza. No jak ona śmiała być lepsza od mnie.
Aż ciśnie się wówczas na usta odpowiedz stara jak świat: MIAŁEŚ CHAMIE ZŁOTY RÓG......
Dokładnie, najpierw trzeba zakończyć jeden etap, żeby być gotowym na drugi. Zdrada, zdradą, facetom chodzi o seks, czysty seks, podwyższają ego, że są świetni, to dla nich bardzo ważna sfera, a jeszcze bardziej fascynujące jest to, że poluje się na kogoś, kto jest trudny do zdobycia, adrenalina, podniecenie. Nieważne, jakie są motywy zdrady, uważam, że zdrada to zdrada. Osoba, która zdradza zawsze będzie wybielać się, z czystego powodu, wyrzutów sumienia, zatem mąż jest zły, żona kochanka potworem. Standard. Autorko, jesteś szczęśliwa, super, tylko, czy przy najbliższym większym kryzysie masz pewność, że twój partner nie poszuka pocieszenia, a ty pocieszyciela? Wydaje mi się, że większość zawieranych małżeństw jest wynikiem próżności, a nie miłości, bo przecież wesele, biała suknia itp. bzdety lecz noc się kończy, trzeba powrócić do rzeczywistości, no właśnie i tu jest problem, bo ludzie już nie dbają o siebie, o miłość... Dużo by gdybać, bo też nachodzą się na to inne czynniki, przemoc, nałogi, choroby psychiczne itp, ale to już inna bajka. Zło wraca, jak bumerang. Zdrada też.
37 2012-05-09 12:46:34 Ostatnio edytowany przez Aragorn-estel (2012-05-09 12:50:19)
" Z kryzysu partnerzy powinni wychodzić we dwójkę a nie w trójkę"....... tak, masz rację. Ale też powinni z niego wychodzić we dwójkę a nie w pojedynkę, tak, jak było w moim przypadku, czy w przypadku mojego obecnego narzeczonego. Kiedy tylko jedna strona się stara to jest do bani. A ja nie budowałam swojego szczęścia na zdradzie jak mi zarzucasz. Ja zdradziłam, kiedy nie było już czego ratować i nawet mi się już nie chciało. Kiedy doszłam do etapu, że był mi na tyle obojętny, żeby stać mnie było na zdradę i nie myśleć już o nim.Żebym miała już w nosie co z nim, a zaczęła wreszcie myśleć co ze mną i z moim dzieckiem. Zdrada a zdrada to różnica. Ja się nie bawiłam. Mnie całkiem nieoczekiwanie w piekle mojego życia nagle spotkało coś dobrego. I miałam rację, że skupiłam się na tym a nie na kimś, kto miał mnie w nosie przez kilka lat. I mnie i mojemu dziecku wyszło to na dobre. A on? Dostał to, na co pracował przez kilka lat. Czy mam wyrzuty? ŻADNYCH. Już nie....
Nie mówię o zdradzających dla rozrywki, bo tak lubią. Mówię o ludziach, którzy zaniedbują swoich partnerów, traktują jak własnośc o którą nie trzeba już zabiegac, a potem mają żal do losu i czują się wielce pokrzywdzeni. Bo "murzyn" śmiał się zbuntować, no jak on tak mógł.... I ta kochanka, taka wstrętna jędza. No jak ona śmiała być lepsza od mnie.
Aż ciśnie się wówczas na usta odpowiedz stara jak świat: MIAŁEŚ CHAMIE ZŁOTY RÓG......
Wszyscy o "gruszce", a Ty o "pietruszce"...
Doszłaś do ściany? Trzeba było się w porę.. wymiksować z tego toksycznego związku.
Byłam zdradzona i byłam kochanką...ale w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby uznać swoją postawę za godną naśladowania.
Nie! była zła! Byłam egoistką, bo chciałam na siłę mieć kogoś po zdradzie męża. To był błąd. Uważam, że mój partner też był egoistą. Po 2 latach, gdy już nie byliśmy razem...wrócił do swojej żony. A przecież ona taka zła była
Taka "tępa Mietka" była...:D To cytat ![]()
Wychodzi, że mięli jakiś kryzys, a ja niepotrzebnie się wmieszałam w to. Tak samo może byłoby z moim małżeństwem, gdyby w czasie kryzysu nie wmieszała się 3cia osoba. Nawet mój były mąż ostatnio to stwierdził, że żałuje...a przecież taka nowa Pani była "wyjątkowa i wspaniała"...przez pół roku... Teraz by najchetniej wrócił do mnie.
A kryzysy? Są w najlepszych związkach...przykre, ale prawdziwe.
" Z kryzysu partnerzy powinni wychodzić we dwójkę a nie w trójkę"....... tak, masz rację. Ale też powinni z niego wychodzić we dwójkę a nie w pojedynkę, tak, jak było w moim przypadku, czy w przypadku mojego obecnego narzeczonego. Kiedy tylko jedna strona się stara to jest do bani.
Jasne że do bani,..zgadzam się z Tobą.. czyli od swojej strony dla swojego małżeństwa zrobiłas wszystko i nie masz nić sobie do zarzucenia.. i ok.. odhaczone.
" A ja nie budowałam swojego szczęścia na zdradzie jak mi zarzucasz..
czyli jak poszaś z ukochanym do łózka nie byłas szczęśliwa..hmhmmhmhm
" Ja zdradziłam, kiedy nie było już czego ratować i nawet mi się już nie chciało. Kiedy doszłam do etapu, że był mi na tyle obojętny, żeby stać mnie było na zdradę i nie myśleć już o nim.Żebym miała już w nosie co z nim, a zaczęła wreszcie myśleć co ze mną i z moim dzieckiem. .
To ja wzięłabym swój los w swoje ręce i wniosłabym sprawe o rozwód..amen. dla siebie samej i dla mojego dziecka.. niby to samo co piszesz.. ale jednak jest róznica.
" Zdrada a zdrada to różnica..
ja nie widze różnic. Mogę?
" Ja się nie bawiłam. Mnie całkiem nieoczekiwanie w piekle mojego życia nagle spotkało coś dobrego. I miałam rację, że skupiłam się na tym a nie na kimś, kto miał mnie w nosie przez kilka lat. I mnie i mojemu dziecku wyszło to na dobre. A on? Dostał to, na co pracował przez kilka lat. Czy mam wyrzuty? ŻADNYCH. Już nie......
czyli miałaś.. powiem tak.. to twoja sprawa jak załatwiłas to wszytsko.. to nie jest moje życie.. ale nie wymagaj żebym Cię za to pochwaliła.. takie jest moje zdanie o zdrajcach i nie zmienie go.. podobne mam o kobietach które przez lata zyją w absurdalnych związkach z jakimis tyranami i nie potrafią odejść.. dla mnie to całkiem podobna głupota zyciowa..
" Nie mówię o zdradzających dla rozrywki, bo tak lubią. Mówię o ludziach, którzy zaniedbują swoich partnerów, traktują jak własnośc o którą nie trzeba już zabiegac, a potem mają żal do losu i czują się wielce pokrzywdzeni. Bo "murzyn" śmiał się zbuntować, no jak on tak mógł.... I ta kochanka, taka wstrętna jędza. No jak ona śmiała być lepsza od mnie.
Aż ciśnie się wówczas na usta odpowiedz stara jak świat: MIAŁEŚ CHAMIE ZŁOTY RÓG......
a kto Ci powiedział że jestes lepsza..? albo gorsza.. jak mozna to rozstrzygnąć twoim zdaniem?? a moze oni nie pasowali zwyczajnie do siebie.. ?? Ciebie ktos zdradził?? co Ty możesz wiedzieć na ten temat co wtedy czuje Kobieta ???? coś Cie uwiera moim skromnym zdaniem.. ojjj uwiera.. tak sobie wyobrażasz byłą kobietę swojego obecnego faceta??? szok.. na siłe bronisz swojego stanowiska........... broń.. ale znasz smak zdrady od jednej strony moja droga.. i guzik wiesz o tej drugiej stronie.....
Droga autorko
rozumiem,że Twój partner stwierdził,że mu źle w swoim związku,że ma dość poniżania i urągania w momencie,kiedy poznał Ciebie? Kochanki mają to do siebie,że potrafią w przekonujący sposób pokazać i utwierdzić mężczyznę w tym jak to jest mu potwornie źle w związku.Widocznie potrzebował Ciebie,żeby to zauważyć.
Wcześniej nie dostrzegał...
Nie chce mi się zbyt szeroko wypowiadać. Napiszę w skrócie.
Kochanka nie zawsze jest winna.
Wszystko zależy od historii,sytuacji itp.
OBOJE SA WINNI.
Nie chce mi się zbyt szeroko wypowiadać. Napiszę w skrócie.
Kochanka nie zawsze jest winna.
Wszystko zależy od historii,sytuacji itp.
Jest WSPÓŁWINNA. A co to kochanka jest bezwolnym cielęciem? No bez przesady ![]()
Wybacz Malwino ale to Ty guzik wiesz o mnie. Byłam zdradzona i wiem jak to smakuje.Ale byłam też na tyle naiwna, by to sobie tłumaczyć, by nadal coś ratować. Idiotka ze mnie.
Żony narzeczonego nie muszę sobie wyobrażać tak czy inaczej. Nie pozwoliłabym sobie na jej ocenę, gdybym jej nie poznała. Poznanie jej wyleczyło mnie z jakichkolwiek wyrzutów sumienia w stosunku do niej. To co wyprawiała z nim a co nadal wyprawia z ich dzieckiem, przed czym to dziecko musimy stale chronić to jakiś cholerny koszmar. Ale sąd uważa, że ma prawo do kontaktu, bo to mama. Mama.... nie skomentuję jej macierzyństwa.
A Tobie gojka powiem krótko. Mój partner pakował walizki jeszcze długo przed tym, zanim poznał mnie. Wówczas wmówiła mu, że to wszystko co robi to dlatego, że nie mają dziecka. Że jak będzie dziecko, to ona się zmieni. No i był na tyle durny, aby w to uwierzyć. Sobie zabrał jeszcze kilka lat, ale dziecku zmarnował dzieciństwo fundując mu taką mamusię. Mężczyzni też bywają naiwni, wyobraz to sobie. Jak widzisz nie żyło mu się słodko i nie ja tu byłam problemem. I się nie wybielam. Po prostu przeszłam na tyle dużo, że doszłam do pewnej granicy. Po przekroczeniu której nie pozwolę już się nikomu krzywdzić. A tym którzy krzywdzą, życzę aby poczuli smak zdrady i goryczy. Zasługują na to.Zasługują na to aby ich kopać po tyłku, tak długo, aż coś do nich dotrze.
A teraz niech się oburzą te, które dostały w życiu za swoje i nie może się to pomieścić w ich główkach.
Nie da się z Tobą merytorycznie dyskutować, bo niepotrzebnie obrażasz innych...
Prawie wszyscy napisali, że bywają złe żony/mężowie. I nikt tez nie twierdzi, że eks żona Twojego obecnego narzeczonego była wspaniała. Nie! Chodzi o kolejność. Jeśli ktoś próbował naprawiać i niewiele to dało, to wywiesza białą flagę, pakuje manatki i kończy związek. A nie szuka okazji (zastępstwa) i dopiero odchodzi już do kogoś.
O to w tym wszystkim chodzi. Nie żeby trwać w bezsensownym związki, bo takie są przecież ![]()
46 2012-05-09 15:26:57 Ostatnio edytowany przez Malwina69 (2012-05-09 15:27:48)
Nie napisałaś wczesniej,że maz Cię zdradzał.. wiec prawda,że guzik o Tobie wiem.. tak jak Ty o mnie i o innych tu bywalczyniach.. czemu tak inne kobiety poniżasz?.. bo Ty byłaś czyjąs kochanka a inne nie?? ja nie powiedziałam,że mialas lekko.. przeszłas duzo..złego.. jak wiele z nas.. ale czemu mam zmienic zdanie i mój pogląd?? widzisz jaką mam sygnaturę? na niebiesko..? Jesli mnie mąz zdradził.( pierwszy maz) a teraz mam kryzys i jest mi ciężko.. to moze zadzwonie do mojego eks faceta.. ( sam telefon nic nie znaczy) albo poznam kogoś milego i będzie mi łatwiej..???? to mój wybór,że NIE.. Twoj był inny.. i tyle..
47 2012-05-09 15:46:36 Ostatnio edytowany przez Kriss (2012-05-09 15:47:41)
W kwestii formalnej, proszę mi przełożyć z lengłidż na nasze - kto to jest "ŻONA NARZECZONEGO"? Tak w języku polskim, zrozumiałym dla mas, najlepiej na przykładach poproszę.
Sprawa wyglada inaczej ,jak dwoje ludzi sie spotyka i czuje w srodku ze to druga polowka ,wtedy koncza zwiazki ,i zaczynaja zycie razem z czysta karta.
Sytuacja sie zmienia gdzie facet chce bzykac i zone i kochanke
Sytuacja sie zmienia kiedy w zwiazku jest milosc ,ale facet zaliczyl jakas panienke i ona zaczyna o niego walczyc.itd itd: gdzie kochanka szatazuje ,wyzywa,poniza zone.
Twoja Wasza sytuacja jest inna mieliscie odwage zaczac wspolne zycie po rozwodach .
W kwestii formalnej, proszę mi przełożyć z lengłidż na nasze - kto to jest "ŻONA NARZECZONEGO"? Tak w języku polskim, zrozumiałym dla mas, najlepiej na przykładach poproszę.
kriss
Jestes swietna to dobre hehhehe ,zona narzeczonego
mi kiedys petentka wpisała w rubryce stan cywilny; mężatka po rozwodzie.. Zgłupiałam z lekka.. ;-))
Nie chce mi się zbyt szeroko wypowiadać. Napiszę w skrócie.
Kochanka nie zawsze jest winna.
Wszystko zależy od historii,sytuacji itp.
kazdy kryzys mozna zarzegnac o ILE NIE POJAWI SIE OSOBA TRZECIA!!!!
inna sytuacja jest gdzie zona zdradza,pije bije .....................,ale tak sie rzadko zdarza nie badz naiwna
Najczesciej sa zdradzane kobiety wartosciowe i kobiece ,zreszta facet, ktory ma zla kobiete nie jest tak pewny siebie jak ten co ma dobra i piekna zone .Zapamietaj to sobie
mi kiedys petentka wpisała w rubryce stan cywilny; mężatka po rozwodzie.. Zgłupiałam z lekka.. ;-))
hehhehe tez bym zglupiala
Kriss napisał/a:W kwestii formalnej, proszę mi przełożyć z lengłidż na nasze - kto to jest "ŻONA NARZECZONEGO"? Tak w języku polskim, zrozumiałym dla mas, najlepiej na przykładach poproszę.
kriss
Jestes swietna to dobre hehhehe ,zona narzeczonego
Aż mi łzy pociekły ![]()
ale w dzisiejszych czasach jestem w stanie to sobie wyobrazić - na palcu serdecznym ślad po obrączce, a obok pierścionek zaręczynowy:)
A co jest niezrozumiałe dla rozumnego człowieka w sformułowaniu BYŁA ŻONA NARZECZONEGO? To niby jak mam o niej mówić? Ta taka i owaka??
Malwina - bardzo Cię przepraszam. Trochę mnie poniosło. Może dlatego, że zbyt wiele poświęciłam dla tego małżeństwa, zbyt dużo się w nim nacierpiałam. I kiedy słyszę, że może jeszcze mogłam coś zrobić to szlag mnie trafia i zaczynam warczeć. Jedyne co mogłam i powinnam była jeszcze zrobić, to urwać mu łeb, zanim doprowadził mnie na skraj bezsilności.
Pati - każdy kryzys można zarzegnać. Pod warunkiem, że jest to kryzys a nie KONIEC. I pod warunkiem, że dwie osoby chcą chcieć.
A tak z luznych przemyśleń. Tyle tu piszecie o ideałach. Tak się unosicie. Takie jesteście mądre co do tego jak należy postąpić. Mam wrażenie, że jesteście idealne. Wiele się powinno, ale w życiu wygląda inaczej. Powinno się też wychodzić za mąż w czystości. Która z Was była w dniu ślubu dziewicą? pozdrawiam.
A co jest niezrozumiałe dla rozumnego człowieka w sformułowaniu BYŁA ŻONA NARZECZONEGO? To niby jak mam o niej mówić? Ta taka i owaka??
Malwina - bardzo Cię przepraszam. Trochę mnie poniosło. Może dlatego, że zbyt wiele poświęciłam dla tego małżeństwa, zbyt dużo się w nim nacierpiałam. I kiedy słyszę, że może jeszcze mogłam coś zrobić to szlag mnie trafia i zaczynam warczeć. Jedyne co mogłam i powinnam była jeszcze zrobić, to urwać mu łeb, zanim doprowadził mnie na skraj bezsilności.
Pati - każdy kryzys można zarzegnać. Pod warunkiem, że jest to kryzys a nie KONIEC. I pod warunkiem, że dwie osoby chcą chcieć.
A tak z luznych przemyśleń. Tyle tu piszecie o ideałach. Tak się unosicie. Takie jesteście mądre co do tego jak należy postąpić. Mam wrażenie, że jesteście idealne. Wiele się powinno, ale w życiu wygląda inaczej. Powinno się też wychodzić za mąż w czystości. Która z Was była w dniu ślubu dziewicą? pozdrawiam.
Moj maz byl moim pierwszym ,bylam dziewica,mam ciekawa prace gdzie spotykam fajnych facetow ,nigdy nawet z nikim nie esemesowalam ,nigdy nie spojrzalam z pozadaniem -kochalam ,rozumiamialm do samego konca i dzis wezme rozwod niemajac kompletnie nic za uszami ,ani na sumieniu ,czyli?
Mozna ,mozna wyjsc z jednego zwiazku i ze spokojeem czekac co przyniesie zycie
Ale ja napisalam w wczesniejszym poscie ,ze zrobiliscie dobrze bo wzieliscie rozwody,i tego nie potepiam .
Sprawa wyglada inaczej ,jak dwoje ludzi sie spotyka i czuje w srodku ze to druga polowka ,wtedy koncza zwiazki ,i zaczynaja zycie razem z czysta karta.
Sytuacja sie zmienia gdzie facet chce bzykac i zone i kochanke
Sytuacja sie zmienia kiedy w zwiazku jest milosc ,ale facet zaliczyl jakas panienke i ona zaczyna o niego walczyc.itd itd: gdzie kochanka szatazuje ,wyzywa,poniza zone.
Twoja Wasza sytuacja jest inna mieliscie odwage zaczac wspolne zycie po rozwodach
to byl moj post do Twojej sprawy
nastepny napisalam do postu shivy
mikaxxs1...nie ma za co przepraszać.. jesteś kobieta doświadczona to się czuje.. ;-)) i prostuję to,że ktoś ma zdradę za totalne świństwo nie koniecznie jest człowiekiem idealnym.. mnie np. lata świetlne do ideału, popełniłam i popełniam w życiu tyle błędów,że szok..a zdrada jest dużym błędem.. nawet jeśli ktoś ma powody, ma wytłumaczenie... to tak się nie powinno załatwiać sprawy.. Ja staram się ze wszystkich sił nie robić tego czego nie chce żeby mi zrobiono.. tyle.. i nie jestem mocherowym beretem, ani wyznawcą Pis.. to tak na marginesie.. pozdrawiam..
Malwina
Zgadzam sie z Tobom ,choc sama kochalam swoj wymyslony ideal ,powiem wiecej bylam szalenczo zaslepiona ,i tak bywa.
" Z kryzysu partnerzy powinni wychodzić we dwójkę a nie w trójkę"....... tak, masz rację. Ale też powinni z niego wychodzić we dwójkę a nie w pojedynkę, tak, jak było w moim przypadku, czy w przypadku mojego obecnego narzeczonego. Kiedy tylko jedna strona się stara to jest do bani. A ja nie budowałam swojego szczęścia na zdradzie jak mi zarzucasz. Ja zdradziłam, kiedy nie było już czego ratować i nawet mi się już nie chciało. Kiedy doszłam do etapu, że był mi na tyle obojętny, żeby stać mnie było na zdradę i nie myśleć już o nim.Żebym miała już w nosie co z nim, a zaczęła wreszcie myśleć co ze mną i z moim dzieckiem. Zdrada a zdrada to różnica. Ja się nie bawiłam. Mnie całkiem nieoczekiwanie w piekle mojego życia nagle spotkało coś dobrego. I miałam rację, że skupiłam się na tym a nie na kimś, kto miał mnie w nosie przez kilka lat. I mnie i mojemu dziecku wyszło to na dobre. A on? Dostał to, na co pracował przez kilka lat. Czy mam wyrzuty? ŻADNYCH. Już nie....
Skoro nie masz wyrzutów sumienia dlaczego tak usilnie walczysz z przeciwniczkami zdrad? Po co Ci to? Po co ten wątek, który w tytule ma jednak wątpliwość? Chciałaś potwierdzenia, że wszystko jest w najlepszym porządku, życzeń szczęścia na nowej drodze życia? Ależ proszę uprzejmie - szczęścia życzę ![]()
Nie możesz mieć pretensji, że ktoś ma na temat zdrad swoje zdanie. Mamy swój bagaż doświadczeń, każda swój.
Nie jestem w stanie usprawiedliwić tego, że nie odeszliście wcześniej od małżonków. Wiem co oznaczają awantury i patologiczne układy w domu - naoglądałam się ich jako dziecko. Takie rzeczy nie przechodzą bez echa, to też wiem z autopsji. Zasłanianie się "dobrem dziecka" i ciągnięcie na siłę nieudanego związku wcale tym dzieciom nie musi wychodzić na dobre. Co z życia w takich rodzinach wyciągają dzieci?
Chyba, że chodzi o co innego. O strach, że samemu się nie da rady. I ciągnięcie tego na siłę, żeby jednak było się o kogo oprzeć. Bo to i finansowo i z ogarnianiem spraw - łatwiej. Z własnej wygody, nawet gdy już nie ma czego ratować, póki nie znajdzie się ktoś lepszy. A jak się znajdzie - to przetestować jeszcze trzeba, żeby nie wpaść z deszczu pod rynnę - o to chodzi? Ale dorabianie do tego ideologii "dla dobra dzieci"?
Macie rację teraz - próbując założyć normalną rodzinę. Ale wcześniej - to była zdrada i tyle. A zdrada z założenia nie jest niczym dobrym.
Wracając do tytułu wątku: kochanka nie zawsze jest winna. Dla mnie usprawiedliwia ją tylko jedna sytuacja: gdy nie wie, że partner jest w związku.
Nijak mi to nie pasuje do Waszego przypadku.
Powtórzę się: możesz spokojnie zlekceważyć moje zdanie na ten temat. Zwłaszcza, że wyrzuty sumienia masz już przecież za sobą. Więc - powodzenia
.
Kaisa_malene, przepraszam, dopiero teraz zauważyłam Twoją odpowiedź na moje wywody...
Standardowo: czyli nawet po 10 latach ma do taty pretensje i go miesza z błotem przy nadarzającej się okazji.
Ma prawo być wściekła. Pomiesza z błotem i chociaż sobie ulży. On pofolgował swoim uczuciom - ona może pofolgować swoim.
To nie o to chodzi, że niewygodnie. Po prostu najpierw trzeba się upewnić, że się chce odchodzić, że chce się z tą drugą osobą stworzyć nowy związek.
Na czym ma polegać to upewnianie się, niech zgadnę? Na wymianie poglądów na temat płodozmianu? ![]()
Tak się łatwo mówi, ale dzieciom nie jest łatwo się z takimi sytuacjami pogodzić. I łatwiej jest z pewnością, gdy mają nowy dom, gdzie tworzą nową rodzinę, niż gdy np. mieszkają same z tylko jednym z rodziców. Tak ja uważam. I obstawiam, że dorośli boją się swoje dzieci niepotrzebnie skrzywdzić i np. przedstawić im nową wybrankę, po czym się okaże, że to jednak nie to, a np. dzieci zdążą się już do niej przywiązać. I dopiero będzie dramat.
Nie ma gwarancji, że związek będzie udany. Nie ma jak się upewnić. Gdyby ktoś mógł z góry przewidzieć, który związek się nie uda, w którym będzie dramat - to by nie było rozwodów.
I jak to sobie wyobrażasz w praktyce? "Kochanie, nie wiem jeszcze, czy ta kobieta jest dla mnie ważna, ale chyba mnie do niej ciągnie, więc lepiej się na wszelki wypadek rozstańmy"? A potem jak nie wyjdzie: "Wiesz co, to jednak była głupia fascynacja, Ty jesteś dla mnie jednak ważniejsza"? Ciężko jest podjąć konkretną decyzję, gdy się samemu nie ma jeszcze pewnej opinii na dany temat. I swoją drogą może być tak, że się tą drugą stronę kocha nadal, ale kochankę kocha się bardziej. I wtedy jest jeszcze ciężej podjąć decyzję, bo się samemu nie wie czego się chce.
Dokładnie tak to sobie wyobrażam w praktyce. Z szacunku do partnera, z którym się przeżyło x lat. Ma prawo zdecydować, czy chce być z takim niezdecydowanym.
Nie, że lata lecą, tylko że dana osoba tak się zmieniła, i to np. na gorsze, że już jej niejako nie rozpoznajemy. Choć o wygląd też może chodzić: jak się nam partner roztyje z lenistwa to co się dziwić, że nas już nie pociąga? Ludziom się często wydaje, że jak są w związku małżeńskim to już nic nie muszą, bo sobie "zaklepali" i mogą się wywalić na kanapę przed tv i mieć wszystko gdzieś. I naprawdę mało jest przypadków zdrady, że jedna strona była w 100% fair, a druga okazała się świnią. Zwykle po prostu ludzie nie potrafią się dogadać i ich drogi samoistnie się rozchodzą.
Masz rację, że niektórzy się "zapuszczają". Masz rację, że nie ma związków, gdzie tylko jedna strona jest nie fair. Nieporozumienia, sprzeczki, kłótnie zdarzają się w związkach - wzajemne pretensje o dyrdymałki - też. Niektóre rzeczy mogą "przelać czarę".
Zdrada to jest świadoma decyzja (zakładam, że jednak mózgiem myślimy) o tym, że może to oznaczać koniec związku. Czyli: skoro dojrzało się do decyzji o końcu związku - to czemu go po prostu nie zakończyć?
I zgadzam się z Teo, że największym problemem jest fakt, że nasz partner "wymienił" nas na inną. I nie ma tu większego znaczenia, czy seks uprawiali przed czy po rozstaniu. Ból dotyczy przede wszystkim poczucia, że jesteśmy gorsze, brzydsze, że tyle lat byłyśmy z kimś razem, a tu nagle on zamienia nas na kogoś, kogo zna krócej. Jak już wspomniałam moja mama nadal gada złe rzeczy na tatę, a jak spotkała razu pewnego jego obecną partnerkę to musiała mi potem oczywiście powiedzieć złośliwie "noo, za piękna to ona nie jest, ale przecież wygląd się nie liczy"...
Zgadzam się, że świadomość tego, że partner nas wymienił, jest bolesna. Jak diabli. Osobiście jednak wolałabym wiedzieć jak najwcześniej co się święci - odpuściłabym sobie walkę o związek bez szans, oszczędziłabym czas, nerwy, niepewność co do tego co się dzieje. Czas jest istotny, życie jest jedno - nikt nie chce go spędzać z oszustem. Odkrycie tego po jakimś czasie - no mnie najbardziej żal właśnie straconych lat. Ale nie mogę narzekać - w moim przypadku życie przyniosło bardzo pozytywną niespodziankę.
Mam wrażenie, że masz żal do Mamy, że tak reaguje - może nie powinna przy Tobie mówić źle o Tacie (chociaż równie dobrze może próbować Cię ostrzec, żebyś nie popełniła Jej błędów). Bardzo Cię proszę - spróbuj postawić się w jej sytuacji. Została boleśnie zraniona, niech sobie chociaż pogada...
A co jest niezrozumiałe dla rozumnego człowieka w sformułowaniu BYŁA ŻONA NARZECZONEGO? To niby jak mam o niej mówić? Ta taka i owaka??
W kwestii formalnej - TERAZ użyłaś przymiotnika BYŁA, wcześniej pisałaś tak:
Żony narzeczonego nie muszę sobie wyobrażać tak czy inaczej.
Więc zacytuję klasyka Mleczkę "Obywatelu, nie pieprz bez sensu". Bardzo mnie razi Twoje wytykanie forumowiczkom RZEKOMEJ GŁUPOTY, PUSTYCH ŁBÓW CZY ALUZJE W KIERUNKU ROZUMNEGO CZŁOWIEKA. To jest zwykłe chamstwo. Tak po prostu. Są argumenty, na które można dyskutować. Tym bardziej, że żadna nie nazwała Cię tu w sposób obraźliwy, nie stwierdziła ze jesteś głupia, bezrozumna czy masz pusty łeb albo że się zwyczajnie puściłaś. Albo że Ci się coś w główce może nie zmieścić. Takich rzeczy nie było, więc zwróć proszę na to uwagę.
I ja jestem w stanie zrozumieć, że sytuację masz nie do pozazdroszczenia. Dlatego założyłaś ten wątek, szukasz opinii różnorakich. Myślę jednak że byłaś przekonana że wszystkie tu jak jeden mąż zakrzykniemy: "A nieee, jak Cię poniewierał, zasuwałaś w domu, znosiłaś, cierpialaś, to nieee, można było na bok pójść. Spoko luz, nic się nie wyrzutuj." I się przeliczyłaś, bo są różne zdania na temat, a wchodząc na publiczne forum - no naprawdę, nie trzeba być Einsteinem żeby się różnorodności poglądów domyślać.
Teraz a propos sytuacji w której jesteś na podstawie postów, które zamieściłaś. Dla czytającego nie wygląda to wcale tak zero-jedynkowo jak wymuszasz aby Cię odbierano. Bo ja widzę, że byłaś w małżeństwie nieszczęśliwa, że się dusiłaś, że były dzieci. Potem zaś pojawił się kochanek - żonaty koleś również się duszący. Piszesz (zachowuję chronologię wypowiedzi):
Cóż zrobiliśmy złego??? Czy jestem potworem, bo pokochałam człowieka i postanowiłam dac nam i naszym dzieciom szansę na szczęśliwy dom? Czy nadal uważacie, że jestem wstrętną kochanicą a on okropnym mężem? I że powinniśmy do końca swoich dni "umierać" każdego dnia przy żonie/mężu którego nie kochaliśmy, z którym byliśmy tak nieszczęśliwi, że nie chciało się nic, zupełnie nic....
Czyli najpierw bylo dziadostwo w małżeństwie, potem wielka miłość. Następnie podajesz:
Dziś wiem, że w życiu szkoda każej sekundy, aby żyć byle jak. Życie jest wielkim darem, a ja nauczyłam się go szanować. W dniu, kiedy stałam się kochanką......
Chciałam, ale dopiero spotkanie jego dało mi do tego odwagę i siłę. I wiarę w to, że w życiu może być lepiej......
Czyli dla mnie jasno z tego wynika, że gdyby nie kochanek, to dalej żyłabyś byle jak. To poznanie i związek z nim był bodźcem do Twojego działania i w kierunku ewentualnych prób ratowania małżeństwa - piszesz o terapii (dopiero w późniejszych wypowiedziach), piszesz że poszliście do psychologa dziecięcego by spytać po poradę. I wszystko gra w teorii Twojej, bo w mojej jest tak;
Dziadoskie małżeństwo - ratuję, łatam, nie daję rady. Proszę o pomoc mediatora, terapia małżeńska. Równocześnie jestem w pełni świadoma jako osoba wybitnie rozumna, że moje dzieci nie mieszkają na księżycu, tylko ze mną i urągającym mi ich tatusiem pod jednym dachem. Wobec tego dochodzę do logicznego i nieskomplikowanego wniosku, że skoro ja mam do dupy, to dzieci to widzą i odbierają FATALNE wzorce. TU I TERAZ. Odbierają informacje że kobieta, która powinna być najważniejsza w życiu ich ojca - jest osobą najmniej ważną. I że tak można przez lata. Że tak wygląda rodzina, kochający się dom. Że kobieta ma być poniewierana, utytłana, zarobiona i jest OK. Nikt do psychologów ich nie ciąga z tego powodu żeby tlumaczyć i wyjaśniać. Następnie mamusia znajduje sobie pocieszyciela i DOPIERO WTEDY wszystko staje się jasne jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - jego różdżki. Mamusia dostaje motyli w brzuchu, nagle ma siłę, moc, potęgę. Nagle rozumie że z dzieckiem trzeba iść do psychologa się podpytać, żeby dostać glejt że psychika dziecka pozostanie nienaruszona. To jest czysta manipulacja - dla rozumnego człowieka. Bo wszystko, ale to wszystko jest tu zrobione od dupy strony. I teraz szybciutko - kwity, opinie - w tym anonimowych forumowiczek, żeby uciszyć sumienie, czy co tam jest na stanie.
I jeszcze jedno - podniosę jeszcze raz to co napisalam w pierwszym poście w tym wątku - do podjęcia kluczowej, życiowej decyzji potrzebny był Ci następny facet. Nie własne upodlenie przy boku gościa który był Twoim mężem, nie Twoje dzieci, które na to patrzyły (nawet jak myślałaś że nie patrzą i nie chłoną), tylko właśnie FACET. Z jednego ramienia - uwiesiłaś się na drugim. Dla mnie, jako kobiety, jest to bardzo znamienne dla osób zwyczajnie niesamodzielnych. Które nie potrafią niepodlegle i z pełną odpowiedzialnoscią ponosić konsekwencji własnych wyborów. Potrzebują publiczności i klakierów - w postaci nowych partnerów - w tym przypadku.
Ja Ci życzę wszystkiego dobrego, mam nadzieję że Twój narzeczony stanie się dobrym i kochającym mężem, któremu możesz zaufać. Tylko sama wiesz, że z miłością jest jak z jazdą na autostradzie. Obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. I jak masz na kogoś liczyć - to licz na siebie. Przede wszystkim. Mam nadzieję że wszyscy stworzycie fajną patchworkową rodzinę i już tylko dobre Was czeka.
W kategorii "tonący brzytwy się chwyta":
A tak z luznych przemyśleń. Tyle tu piszecie o ideałach. Tak się unosicie. Takie jesteście mądre co do tego jak należy postąpić. Mam wrażenie, że jesteście idealne. Wiele się powinno, ale w życiu wygląda inaczej. Powinno się też wychodzić za mąż w czystości. Która z Was była w dniu ślubu dziewicą? pozdrawiam.
Tę powinność którą podajesz - jest widocznie Twoją powinnością. Moją ABSOLUTNIE nie jest. Mało tego - uważam ją - z perspektywy mojego wieku i przeżyć - za debilizm w czystej postaci. Całe szczęście, ze bozia dała mi jednak i rozum i urodę. Jak mogłabym decydować się na spędzenie z kimś reszty życia bez informacji czy mój ukochany, wyłoniony w wyśrubowanym castingu z setek kandydatów, jest fantastycznym kochankiem czy nie? No proooszę. Seks jest bardzo ważną sferą życia, jednym z potężnych filarów związku opartego właśnie na szacunku i wierności. Żadnych kotów w worku, pod ŻADNYM względem. Też wyskoczyła...z dziewictwem.
A propos. Bo nie doczytalam. Wy jesteście po rozwodach? Czy tak sObie tkwicie?
End_aluzja tak, jestesmy po rozwodach. Za chwilę zamierzamy wziąć ślub kościelny, gdyż oboje poprzednie związki zawarliśmy tylko cywilne.
Kriss - nie wiem ile czasu zajęłoby mi jeszcze siedzenie w chorym związku gdyby nie on. Nie będę się wymądrzać, bo poprostu tego nie wiem. Poznanie go z całą pewnością ten proces przspieszyło. Z mojego punktu widzenia - zaoszczędziłam sobie trochę czasu, którego kto wie ile jeszcze bym zmarnowała. Może miesiąc, może rok. nie wiem. A jesli chodzi o Twoje zarzuty pod hasłem uwieszenia się na innym, bo nie jestem samodzielna, to możesz je sobie między bajki włożyć. Prowadzę swój zakład i finansowo akurat mam się całkiem nie najgorzej. Mam też rodziców, na których mogę liczyć. Zatem nie o to chodzi. No chyba że mówimy o jakimś emocjonalnym uwieszeniu się. To może. Nie wiem. Skoro napisałam, że dał mi siłę, odwagę, że to przyspieszyło to chyba tak. Może jestem/byłam słaba psychicznie. Widocznie tak, skoro się nie mogłam pozbierac tyle czasu. też nie wiem.
I na koniec tylko jedno jeszcze. Ja się jak piszesz puściłam.... hmmmm... Bardzo możliwe. Tylko jak Ty w tym świetle wobec tego wyglądasz? Casting na super kochanka jak piszesz jest zdaje się prostymi słowy puszczaniem się na prawo i lewo celem wyłonienia tego, który mi zrobi dobrze. Brawo. Aż boję się pomyśleć ilu w tym castingu zostało zaliczonych, czy też może Ciebie zaliczyło....hmmmm....
Ja poznałam mojego narzeczonego i zanim się jak piszesz puściłam, POKOCHAŁAM GO. Doceniłam to, jakim jest dobrym człowiekiem. Łóżko było dużo, dużo póżniej. I do głowy by mi nie przyszło, żeby w tym łóżku skupiać się na tym, czy robi mi lepiej niż ten, czy gorzej niż tamten. Ale może jestem mało nowoczesna
. Sobie zatem życzę szczęścia przy tym jednym mężczyznie, a Tobie wobec tego udanych wrażeń na kto wie ilu jeszcze castingach. A jak wyłonisz tego najlepszego? Nigdy nie wiadomo, czy nie może być jeszcze lepiej
. Wybacz te może mało delikatne stwierdzenia ale tylko odpowiedziałam na bądz co bądz Twoje słowa.
Czy ja się wybielam? Absolutnie nie. Nigdy nie mówiłam, że sposób w jaki doszłam do szczęśliwego życia teraz był super, godny pochwały itd. Ktoś mi zarzucił, że widzę zdrade tylko z jednej strony. A nie przyszło Wam do głowy, że nie piszę aby szukać ukojenia, bo mam je w domu, ale chciałam Wam pokazać drugą stronę medalu. Bo zdaje się, że to Wy znacie zdradę z tylko jednej strony.Ze strony zdradzonego. Piszecie o zdradzie, jako zabawieniu się drugiej osoby. I jesli ktoś rani, dla ranienia, to pal go sześć. Widocznie nie był Was warty. Ale ja opisałam konkretną sytuację. Moją własną. Gdzie nikt nie myślał o skoku w bok na chwilę, o zabawie. Gdzie z czwórki nieszczęśliwych ludzi, przynajmniej dwoje żyje dzisiaj tak, jak nalezy. Z radością patrząc na siebie nawzajem. Nie zrodziło się nasze wspólne życie może w chwale ideałów. Ale było warto. Przeszłabym to wszystko jeszcze raz gdyby było trzeba. Żeby żyć tak, jak żyję. Druga strona zawsze widzi inaczej. BYŁA żona mojego pana tez opowiada o nim historie niezwykłe. Jakim to on jest potworem, jak strasznie krzywdzi. To dlaczego tak za tym potworem płakała? A ja żyjąc z nim czwarty rok powiem jedno. Takiego "potwora"życzę w domu każdej kobiecie.
wniosek: nie kazda zdradzona kobieta i nie każdy zdradzony mężczyzna są stroną pokrzywdzoną. Nawet jesli tak twierdzą. Zwłaszcza wtedy. Ci, którzy przez wiele lat nie szanowali drugiej osoby najczęściej są najbardziej "pokrzywdzeni". Wiem z autopsji.
Piszecie o zdradzie, jako zabawieniu się drugiej osoby. cytat
Nie zawsze.. w przeważającej części nie.. owszem trafiają sie takie przypadki,że dzieje się to dla czystego relaksu... ale w większości sa to zdrady rozważne, przemyslane, perfidne,zorganizowane..wstrętne.. i zaskoczę Cię ..ale nie jesteś jedyna taką co miała swoje "powody" do takiego kroku..nie tylko Ty miałaś ciężkie zycie , złego męża, nie tylko Ty byłas na drodze do nikąd.. wiele kobiet ma taki los i cos z tym robią!! niekoniecznie zdradzają i tyle...ta dyskusja kręci sie w kółko, jest wręcz chwilami niestosowna już.... bezsensu skomentowałas Kriss...ale widocznie...nie chcesz tego widzieć inaczej... Twoja sprawa, twoje zycie.. twoja zdrada..