„Mussuka, wariant A to ja wałkuje od pół roku, mój mąż nie chce i już, nie ma co nad tym dłużej myśleć bo się nie obejrzę jak mi stuknie 40 i będę dalej w tym samym miejscu, tylko bardziej sfrustrowana i…………..”
Tak się zastanawiałam, w którym wątku napisać zakończenie mojej opowieści …swoją znajomość z netkobietami rozpoczęłam w dziale Grupa wsparcia dla KKZB w 2011 roku.
Ponieważ już nie jestem KKZB – tak myślę – więc postanowiłam zajrzeć do Kobiet na zakręcie, co prawda już na zakręcie nie jestem, ponieważ ostro wjeżdżam na szeroką autostradę….
Niektóre osoby pewnie pamiętają moje pierwsze kroki na tym forum, jak bardzo potrzebowałam pomocy, by poradzić sobie ze zdradą męża, a szczególnie z odrzuceniem. Wtedy wsparcie od użytkowniczek ( jak wspomniana Mussuka, Niekochana, Tarantela, Wielokropek, Zofia 282, Hm, Liwia.. i długo wymieniać) pomogło mi dojść do miejsca, w którym dzisiaj jestem. Pokazały mi gdzie, kiedy i jakie popełniłam błędy i co robić, aby w przyszłości ich uniknąć. Ale jak wiecie, bez własnej pracy, bez sięgnięcia tego wspominanego własnego dna nic u takiej osoby się nie zmieni.
Mąż oświadczał, że mnie nie kocha, ale rozwodu nie chce – ta jego postawa powodowała u mnie chęć walki o małżeństwo, no skoro nie chce rozwodu, no to na miłość boską chce być ze mną. A owszem chciał, bo czemu nie: posprzątane, ugotowane, dom ogarnięty, no i sex na zawołanie i rzecz oczywista pełna swoboda i wolność. Ponieważ czytanie forum powodowało u mnie „powrót rozumu”, więc na jakiś czas przestałam tutaj zaglądać by bez wyrzutów sumienia dalej snuć wizje i marzenia szczęśliwego małżeństwa. To nie tak, że doznałam całkowitej amnezji, ale fakt, że były okresy, kiedy wypierałam rzeczywistość, ale też były chwile, kiedy ona stawała się bardzo jaskrawa.
Przez te 4 lata nie udało mi się jednak stworzyć szczęśliwego małżeństwa, za to udało mnie się podnieść poczucie własnej wartości. Mieszkaliśmy dalej, ba były chwile, że udawaliśmy zgodne małżeństwo, wspólne niedzielne wyjazdy, wspólne wakacje, wspólne łóżko, wspólne wyjścia. Równolegle prowadziłam własne życie, spotkania z koleżankami, imprezy, wyjazdy na wakacje tylko w gronie znajomych, samorealizacja, Ani się obejrzałam, jak stworzyliśmy dwa odrębne światy, inne zainteresowania, własne kręgi znajomych. Punkt wspólny to dom. Dom, który składał się ze ścian i znajdujących się tam sprzętów. W którym nie było wspólnych rozmów, śmiechu, zabawy jedynie co można było codziennie usłyszeć to narzekania i krzyki męża. To smutne, ale o ile on więcej krzyczał, to tym bardziej ja i dzieci się od niego odsuwaliśmy. Dacie wiarę, że przez tydzień między nami nie padło żadne słowo! Koszmarne, ale to i tak nie był powód do zmian, o nie. Bo praca niepewna, bo mieszkania drogie, bo trudno o kredyt, bo dzieci małe, tych „bo” było ze sto….
I tak by pewnie dalej było gdyby nie przypadek - jak to przypadki rządzą światem – mąż zamiast rachunku telefonicznego wydrukował biling no i co się okazało? Bingo! Inna kobieta. No może nie inna, bo wciąż ta sam sprzed 5 lat. Smski rano, wieczór we dnie w nocy…. i tak po nitce do kłębka wyszło, że nigdy nie zerwali ze sobą kontaktu. Tak po prawdzie mąż od tamtego czasu, też nigdy mi już nie wyznał, że mnie kocha, więc o co pretensje? Pretensji nie było, bo o co miałam je mieć? Nigdy już nie zdeklarował, że chce ze mną być, a że sypiał? dawałam to brał… chciałam jechać z nim? to jechałam, chciałam z nim być? to byłam.
Szczerze mówiąc, nawet za bardzo mnie to nie rozwaliło …nie powiem poczułam się przez chwilę dotknięta obłudą, którą mi serwował, ale głównie miałam pretensje do siebie, że znowu kręciłam swój film z nim w roli, może nie głównej, ale gdzieś tam na planie się kręcił. Oczywiście według męża jestem głupia, bo z Kasią łączy jego tylko zażyłość…
Te bilingi stały się motorem do zmian. Zmian które czułam, że muszą nastąpić, by jeszcze dać sobie i dzieciom szanse na normalne życie…
Tak więc 14 grudnia złożyłam pozew rozwodowy bez orzekania o winie. Kiedy pismo złożyłam w sądzie nic nie czułam, ani radości, ani smutku… Mężowi zakomunikowałam, że spłacę połowę tego, co się jemu należy i czas szukać nowego lokum. I się zaczęło….
1 runda - wzbudzenie poczucia winy:
Monolog jeszcze męża, że to ja jestem temu winna, że nie dbam o siebie, jestem gruba, nieatrakcyjna, nie kobieca, nie wrażliwa i stąd też taka jest nasza córka, bo nie ma od kogo czerpać wzorców, że przez lata nic nie odłożyliśmy, źle zajmuję się dziećmi domem ect… jakbym słyszała jm sprzed 5 lat… oczywiście jeżeli ja się zmienię to on może, uwaga może!, znowu mnie zaakceptuje! Moja reakcja – to brak reakcji, czym baaardzo zaskoczyłam jm - nic nie powiesz? Nic nie powiedziałam – choć trochę w szoku byłam.
Po kilku dniach druga runda – niby racjonalne podejście do życia:
Skoro, przez lata nie udało nam się nic odłożyć to może powinniśmy wziąć wspólnie kredyt i 1 opcja - razem zamieszkać, bo kiedy on będzie miał większą przestrzeń, swój pokój to może mniej się będzie denerwował na ten syf, niegrzeczne dzieci, taki swój azyl… 2 opcja - on kupi sobie kawalerkę… hm ta druga opcja bardziej mi do gustu przypadła, ale po przeanalizowaniu doszłam, że tak naprawdę znowu będę z nim związana i to kredytem na 20 lat, bo rozwodu rzecz jasna już nie bierzemy. Powiedziałam, że odpada, bo skoro mi dadzą kredyt, a zarabiam o wiele mnie niż on, to jemu tym bardziej.
3 runda – zaczynamy od nowa:
Tydzień przed świętami napisałam do jm list, że wyjeżdżam na święta z dziećmi i że nie chce z nim spędzać wigilii. List był bez oskarżeń, napisałam jemu, że musimy się już rozwieść, że właśnie dla dobra dzieci, niech zobaczą, że rodzice choć mieszkają osobno to są szczęśliwi. Wspomniałam również o tych jego oczekiwaniach, że co będzie za 10 lat, kiedy ciało i siły nie te? Wtedy powie mi sorry nie spełniasz moich wymagań? Zaakceptowałam fakt, że nam się nie udało, że każdy ma prawo mieć swoje oczekiwania i ja teraz rozumiem, że ich nie spełniam, bo nie muszę i też nie musze z nim być.. Mam żal jednie o to, że nie zasługuje wciąż na jego szacunek i szczerość, że tak na prawdę już dawno powinien mieszkać sam a nie utrudniać nasze rozejście. I pojechałam. Jeszcze tego samego dnia zadzwonił j.m i powiedział, że on to przemyślał, że zgadza się z tym co napisałam i powinniśmy zacząć od nowa, ale tak naprawdę, bo nigdy tak nie próbowaliśmy, kiedy zapytałam jak on to widzi i jakie powinniśmy w tym kierunku powziąć działania to opowiedział, że pogadamy w poniedziałek, kiedy przyjedzie.
Hmm jeszcze 5 lat temu to skakałabym z radości, że chce spróbować, bo 100 razy jego o ta prosiłam… a on nie i nie, bo ja to nie TA i trefle morele…
W poniedziałek przyjechał i spał u siostry – 40 km od moich rodziców – i zadzwonił, że już do nas nie przyjedzie bo jest zmęczony. Spoko, rozmowy nie będzie. Przyjechał na drugi dzień, chwile się pokręcił, zagadał z dziećmi i się zwinął – znowu nie było czasu na rozmowę. Przyjechał dopiero w czwartek na wigilie do moich rodziców, później mieliśmy jechać do jego rodziny – przecież się pogodziliśmy no nie? Więc jedziemy… jak tylko wsiadłam do samochodu to usłyszałam jaką jestem złą matką bo… ect.ect – humor bajka. 40 km w ciszy. Podczas kolacji się nie odzywał, nie podzieliłam się z nim opłatkiem tam u jego rodziny bo uważałam, że to byłoby obłudne po historii w aucie, a wcześniej mi złożył wszystkiego dobrego – hm nie powiem bardzo to obiecujące życzenie….
Po wigilii wróciłam do mamy, w nocy, mąż z nami się ani nie pożegnał ani nie zapytał czy i jak dojechaliśmy, w pierwszy dzień świat też się nie odezwał, ani dzieci nie odwiedził, a w drugi wróciłam z dziećmi do domu.
4 runda – to ja ci pokażę
Tak jak wspomniałam wróciłam w drugi dzień świąt nie pomyślawszy, że ojciec będzie chciał ten dzień spędzić z dziećmi, jakoś tak wyszło, że no kurczę nie pomyślałam…
Bardzo to małżonka zagniewało i mi zaczął wypisywać smsy, że jestem wredna, że buntuje dzieci przeciw niemu, że on teraz mi pokaże, że będzie walczył o nie w sądzie, że to ja mam się wyprowadzić itd. Itd. Dobrze, że już się uodporniłam, bo słowo daję walnęłam bym w pierwsze drzewo ze strachu.
I tak sobie od świąt dalej mieszkamy, jest spoko, bo się w ogóle nie odzywa, więc krwi mi nie psuje, czekam na odpowiedź z sądu i na 5 rundę.
Oj się rozpisałam, ale tak chciałam w skrócie dopisać Ciąg dalszy mojego posta z listopada 2011. Właśnie stuknęła mi 40, ale nie jestem sfrustrowana. Czy żałuje tych lat? I tak i nie. Widoczne potrzebowałam tego czasu, aby być dzisiaj tutaj i teraz. Poza tym ten żal nic by mi nie dał, może tylko smucił. Wolę myśleć, że przez te 4 lata dojrzewałam do tej decyzji, że szczerze i spokojnie mogę powiedzieć tak jestem gotowa żyć sama i co najważniejsze już nie mogę się doczekać, kiedy przekroczę próg mojego domu - tym razem zbudowanego z miłości, troski i śmiechu – z bananem na buzi.