End_aluzjo dzieki za te troske i uwage i wazne slowa. Zgadzam sie ze wszystkim, co napisalas. Tylko wiesz co, gdy czytam Twoj watek, mam wrazenie, ze oprocz sily, zaufania (do siebie), madrosci, ciekawosci zycia, zainteresowan, pieknej duszy, jest tam smutek. I nie byloby nic w tym zlego, smutek jest czescia zycia, ale chyba jest go za duzo.
Moze to moje projekcja, bo ja obawiam sie, zeby mojego malzenstwa nie zdominowal wlasnie smutek. Zawsze kochalam jak Mussuka, i potrzebuje wzajemnosci jak powietrza. Zwiazek oparty glownie na rozumie to nie dla mnie. Kocham i chce byc kochana. A tu wyszla dupa. Bylo podobnie jak Malwino u Ciebie, a oprocz tego typowo psychofagiczna potrzeba calkowitej kontroli i przewagi i przemoc psychiczna.
Teraz moj M. mowi, ze nauczyl sie duzo - siebie, mnie, nas - i rzeczywiscie widze zmiany. Teraz jest taki, jakim go widzialam przed slubem. Tylko ze ja juz znam jego ciemna strone, wiem, ze jest jego czescia. Trudno mi go kochac, takim jakim wiem, ze jest/moze byc. Trudno miec te wzajemnosc, ktora pozwala smakowac bycie we dwoje.
Nie wiem, czy jest mozliwe, to co jest mi potrzebne. A potrzebne jest zaufanie do siebie (to mam) ale i do niego. Wiara, ze ma piekna dusze, a to co bylo, to wynik jego niezrozumienia siebie i leku.