Tytuł wątku bardzo do mnie pasuje. Dzisiaj opłakuję swoje życie ?szczególnie jego ostatnich 10 lat. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Widzę jasno, że pozwoliłam na powolne przesuwanie swoich granic, że zgubiłam gdzieś najważniejsze dla mnie zasady i wartości. Nie wiem, ile jeszcze zostało mi lat życia, ale muszę coś ocalić, nie mogę tak dłużej żyć.
Mam męża, to mój drugi mąż ? miłość mojego życia, można powiedzieć. Romantyczna historia z happy-endem? Poznałam go na studiach, był już wtedy żonaty (o czym mi zresztą nie powiedział) byliśmy ze sobą krótko, rozstaliśmy się z jego inicjatywy, gdy wszystko się wydało, straszliwie cierpiałam ?jakoś przecież przeżyłam, wyszłam za mąż, urodziłam dwoje dzieci, żyłam. Spotkaliśmy się ponownie i ? nie od razu ? rozpoczął się koszmarny, trwający prawie 10 lat okres ?podwójnego życia?. W końcu dzieci ? i jego, i moje - dorosły, zdecydowaliśmy zamieszkać razem (nie ukrywam, głównie dzięki jego zdecydowaniu i nieustępliwości), kupiliśmy wspólne mieszkanie, przeżyliśmy jakoś pierwsze konflikty, poukładaliśmy relacje z dziećmi, po kilku latach wzięliśmy ślub ?niedługo minie 5 rocznica?
Kiedy jesteśmy tylko we dwoje ? jest nam dobrze, no ?powiedzmy nieźle. Pracujemy, mamy mieszkanie w mieście, a dom i ogród na wsi, coś tam sobie robimy, on ma sad, ja mam swoje róże ?bywam tam spokojna i szczęśliwa. On jest ?niekłopotliwy w obsłudze?, nie jest drobiazgowy, jakoś się dogadujemy, chociaż wiele nas różni. Jednak kiedy myślę o tym dogadywaniu się, zdaje mi się, że stało się to możliwe, bo w ważnych dla mnie sprawach powoli zaczęłam ustępować, powoli pozwoliłam przesunąć owe granice, lub ? jak ta żaba ? prawie się ugotowałam.
Te najważniejsze i najtrudniejsze sprawy to jego stosunek do innych ludzi. Tak ? do innych, bo nie dotyczy to w zasadzie mnie; nie dotyczy też jego rodziny ? dzieci i wnuków. Tu jest ciepły, czuły, serdeczny, troskliwy.
Myślę, że to jakoś też mogłabym dalej znosić, chociaż bardzo mi to przeszkadzało. Wstydziłam się potwornie, kiedy przy mnie odzywał się po niegrzecznie, opryskliwie i po chamsku ? bo trudno to inaczej nazwać ? do pani w sklepie, do kogoś, kto źle zaparkował, do wynajętego fachowca, do sąsiada ?można by tu wymieniać w nieskończoność. Żeby było jasne ? nie mówię o sytuacjach, w których nie było tzw. powodu, ale ?nie tak, nie w ten sposób? Ale tłumaczyłam sobie, że to dorosły człowiek i nie ma powodu, żebym brała odpowiedzialność za jego zachowanie, jakoś też chyba nauczyłam się sobie z tym radzić, nie wtrącałam się, odchodziłam na bok, żeby nie widzieć i nie słyszeć Chociaż czasami to robiłam ? tłumaczyłam go, gdy wybuchała afera, gdy spalił za sobą kolejne mosty, gdzieś tam dzwoniłam, żeby wyjaśnić sprawę ? czasem na jego prośbę?
W żadnej pracy nie wytrzymał więcej, niż kilka lat, wszystkie wokół ?ma poobrażane?. Jest świetnym fachowcem i mądrym człowiekiem, wiem, bo robimy to samo ? a nasza praca polega właśnie na kontakcie z ludźmi. Czasem pracujemy razem i na początku to mnie szokowało, mówiłam mu to, kłóciliśmy się o to wiele razy, teraz już przestałam? Nigdy nie widzi swojego w tym udziału. Wszyscy się czepiają, wszyscy są zaburzeni i nadają się na terapię. Jest potwornie wrażliwy na krytykę, nawet wyimaginowana jej formę. Mogę powiedzieć, że wszędzie ją węszy, ciągle zarzuca, że go krytykuję? Za krytykę może być uznane wszystko, nawet błaha prośba, żeby coś zrobił lub czegoś nie robił.
Czy to widziałam? I tak, i nie. Na początku traktowałam to wszystko jako incydenty; jak napisałam ? to nie były sytuacje, w których nie miał powodu do złości. Był okres, kiedy uważałam to wręcz za zaletę i podziwiałam ? że jest taki odważny i bezkompromisowy ? czasem zresztą nadal tak jest. Tak wiele osób mi to mówiło. Jego dzieci, jego brat i bratowa, znajomi jego i nasi wspólni. Że martwią się o mnie, jak sobie poradzę. Że jest ?aspołeczny?, konfliktowy i nietowarzyski.
Kiedyś pisałam na ten temat w wątku KKZB, chyba z rok temu ? już wtedy prześladowała mnie myśl, że muszę się z nim rozstać, że nie widzę innego wyjścia. Ale do rzeczy ? dopiero teraz. Otóż chodzi o moje dzieci i wnuka. Zupełnie bez powodu traktuje ich jak intruzów; kiedy do nas przyjeżdżają, jest niemiły, nie odzywa się, izoluje od nich. Twierdzi, że to są obcy ludzie i nie widzi powodu, dla którego miałby być dla nich miły. Wytrzymujemy w takiej atmosferze nie więcej, niż kilka dni, potem wyjeżdżają, bo staje się to nieznośne. Dla mnie koszmar ? między młotem a kowadłem. Dzisiaj ? po takiej wakacyjnej wizycie ? poczułam, że nie mogę już tak dalej. Próbowałam z nim o tym rozmawiać, znalazł tylko jedno rozwiązanie ? będzie wyjeżdżał, kiedy oni przyjadą. To nie jest dla mnie rozwiązanie, u licha ? w końcu nie tak miało być, kiedy decydowaliśmy się na małżeństwo.
Poczułam, że tym razem już nie. Powiedziałam mu, że nie wracam z nim na wieś. Być może to koniec.