Zagladam, szukajac wiesci o naszej dzielnej, kochanej Anusi, ale jeszcze nic nie ma ... Mysle, ze operacja juz sie zakonczyla
i wierze, ze wszystko dobrze poszlo ...
:)
Niedawno wrocilysmy od weta ... nie obylo sie bez przygod, niestety, niezbyt milych ... 
Gdy zjawilysmy sie w klinice i zaczekalysmy, az personel sie przygotuje, to okazalo sie, ze powinnam miec ze soba butelke z lekarstwem ...
Nikt mnie o tym nie uprzedzil, wiec, oczywiscie, nie wzielam ...
Asystentka powiedziala, ze jesli napoczna nowa butelke, to bede musiala za nia zaplacic 40 euro ...
Gdyby kapieli mialo byc wiecej, to nie byloby sprawy, bo ta ktora mam w domu i tak by nie starczyla, ale w naszym wypadku
wyrzucilabym te kase w bloto ... wiec zostawilam Pyske u weta i kopnelam sie do domu ...
Po pol godz. zziajana wrocilam z lekarstwem i wtedy okazalo sie, ze bede myla Pyske tylko z asystentka, bez udzialu weta ...
W zeszlym tygodniu dyzur miala wetka, fajna energiczna kobitka ... Nawet podczas badania kontrolnego sama podniosla Pyske
i polozyla na stole, a gdy bylam u tego faceta, to on spokojnie patrzyl, jak mocuje sie z wyrywajaca sie Pyska i nawet palcem
nie ruszyl, by mi pomoc ...
Gdy wiec oznajmil mi w poniedzialek, ze to on bedzie wykonywal dzisiejszy zabieg, mocno sie zdziwilam ... i mialam racje ... hahaha 
bo on tylko powiedzial "dzien dobry" i wiecej sie nie pokazal, a dodatkowych rak bardzo nam podczas mycia brakowalo ...
wiec nie wiem, czy wykonalysmy ten dzisiejszy zabieg naprawde solidnie ...
Spowrotem Pyska szla wyjatkowo brzydko ... platala mi sie pod nogami, a ja nawet nie moglam jej nakopac
bo nie chcialam,
zeby przesmiergly mi ta trucizna buty i nogawki spodni ...
Przy windzie czekala nas kolejna niespodzianka ... nasza winda byla czasowo nieczynna - tak poinformowala nas wywieszka ...
a to oznaczalo, ze musialysmy skorzystac z drugiej windy, ktora zatrzymuje sie wylacznie na pietrach nieparzystych, a wiec musialysmy
jedno pietro zejsc schodami, albo wejsc, by dostac sie na nasze ...
Wprawdzie jakis czas temu zaczelam Pyske uczyc chodzenia po schodach, ale mialysmy tylko kilka prob po kilka schodkow,
a nie cale pietro ...
Po tym myciu Pyska byla wystraszona i solidnie zestresowana, a tu jeszcze inna winda i do tego schody do pokonania ...
Poniewaz lepiej jej szlo chodzenie w gore, niz w dol, wiec wjechalam na siodme i to jedno pietro wciagalam ja sila za leb, bo nie moglam
jej przeciez dotknac, by jej pomoc, podtrzymujac pod pachy, a ona sie zapierala, bo sie bala ...
Teraz bedzie mnie kosztowalo baaardzo duzo pracy, zeby znowu oswoic ja ze schodami w sposob pozytywny, bo dzisiaj sie ich
wystraszyla na amen ...
Jak pech to pech ... Mieszkam tu prawie 2,5 roku i jeszcze nigdy nie nawalila ta druga winda, tylko zawsze moja ...
i to, oczywiscie, w najmniej odpowiednich momentach, czyli zawsze wtedy, gdy wlasnie szczegolnie byla potrzebna ...
ech, zycie ... 