No to już Ci wyjaśniam. Ja WIEM do czego taka baba jest zdolna. Mam na myśli exowe.
Pierwsza exowa - nie mieliśmy kasy, szczerze mówiąc poznaliśmy się będąc bezkasowcami. Dorabiamy się razem łapa w łapę.
Ona zaczęła mącić dokładnie w momencie mojego pojawienia się - chodziło chyba o to, że mój mąż traktowany był przez nią jak swego rodzaju "pogotowie". Jak dzwoniła z pękniętą rurą, to on jej tę rurkę wymieniał, jak auto się zebździło - robił przegląd (kiedyśtam pracował jako mechanik na zachodzie przez paręnaście lat i miał "chody"), etc. Sporadyczne sprawy - on zachowywał się jak gentelman, ja nie miałam nic przeciwko. Na początku. Też uważałam to za rzecz normalną - przecież jak jedzie po psa, czy cośtam jej załatwić, to nie zdzierają z siebie od drzwi ubrań nie? A jak zdzierają - to i tak wyjdzie i facet zaliczy kopa w dupę na starcie - jak taki pacan.
Sprawa się rypła jak ona się dowiedziała o mnie - za którymś tam razem. Przecież jeśli dzieliły ich stosunki typowo kumpelskie - nie musiał jej się tłumaczyć ze swojego życia osobistego prawda? Zauważyła że jakiś taki weselszy się zrobił - zaczęła gadkę - i powiedział ze kogoś poznał. I wtedy zaczęła się "jazda" i wtedy zaczęły się problemy. Doszło do tego, że i tak mieliśmy się wyprowadzić do innego miasta - ale przez te jej intrygi, mącenia, kartki love me kiss me, siupy w banku (mieli kiedyś wspólny rachunek bankowy, potem rozeszli się, rachunki rozdzielili, a ta pinda po latach polazła do banku i wyciągnęła informacje - rachunek był już na nas oboje, numer ten sam), no cuda wianki baba wyczyniała. Wyprowadziliśmy się dużo wcześniej nie podając żadnym znajomym adresu, bo ta małpa jeździła i bruździła. Albo wysyłała swoją córkę (starsza ode mnie o rok) - mieliśmy to samo towarzystwo znajomych - na przeszpiegi. Wreszcie byliśmy wolni.
Kolejnych historii nie będę opisywać, bo już i tak mi się flaki wywracają. Chodzi o to ile taka baba napsuła nam krwi. Ile bylo paskudnych sytuacji, doszło do tego że tuż przed naszym ślubem zaczęłam bogu ducha winnego faceta podejrzewać że nie mówi mi wszystkiego. Przecież to niemożliwe żeby baba aż tak sfiksowała. Może to jednak jego wina. Co było dalej możesz sobie wyobrazić, wszystko wisiało na włosku. Zrujnowała nam parę miesięcy życia, które nie wrócą. TEN CZAS NIE WRÓCI.
A początki były super - normalna znajomość dwojga dorosłych ludzi, którzy postanowili utrzymywać sporadyczne kontakty po rozstaniu, on 40+ ona 50+. I zobacz do czego mogło dojść. Mogło nie być NAS.
Kolejna baba - chyba już zaczęło chodzić o kasę - chociaż ( i tu jest numer stulecia ) to jest PANI Z TELEWIZJI. Fakt żadne cudo, fakt, że "w latach", udziela porad na wizji. Jak ją namierzyłam - mało nie padłam. A maile z wyzwiskami mam do dziś. To powiedz mi jak bardzo trzeba być popieprzonym żeby takie cuda wyrabiać.
Trzecia - już pisałam. Fakt, śmiać mi się chciało, ale nie mogłam. Pogrzeb teściowej. Mam inne sposoby. Chodzi o "psucie krwi".
Widzisz, ja mimo już jakiegoś tam wieku i masy naprawdę trudnych chwil w życiu - mam głęboką wiarę w ludzi. Mam wiarę w dobro, w kindersztubę, w dumę, honor. Dlatego nie czuję "zagrożenia" ze strony młodych, pięknych dziewczyn. Sama taka kiedyś byłam i dla nikogo nie byłam zagrożeniem (no chyba że ktoś ewidentnie sobie tego życzył). Natomiast ciągle nie mogę pojąć jak można być taką kretynką żeby takimi prostymi chwytami - choć fakt - na początku dla mojego męża niezauważalnymi (konstrukcja męskiej psychiki) - próbować komuś ZNISZCZYĆ ŻYCIE. Bo przecież te akcje właśnie to miały na celu.
ZNISZCZENIE. To jest podłe, wstrętne i płytkie. I zrobiło mnóstwo złego w naszym związku. Mnóstwo złych chwil, niepewności, zagubienia. Podkopało na początku moje zaufanie co do prawdomówności człowieka, który teraz jest moim mężem, ojcem moich dzieci, powiernikiem i przyjacielem. O mały włos nie byłoby tego wszystkiego.
Wobec powyższego ja absolutnie nie widzę najmniejszego pozytywnego efektu spotykania się z exowymi czy exami. Mało tego - zdaje sobie świetnie sprawę, że porządnych exow jest na pęczki. Ale w moim życiu nie ma dla nich miejsca. Wolę se gazetę poczytać.
Powtarzam - tu nie o utracenie partnera chodzi, tylko o bezpowrotne utracenie zmarnowanego czasu. To nic nie daje, nic nie wnosi. Przynajmniej mnie. I nie chodzi tylko o to że "mam rysę", chodzi o fakt krótkości życia i tego że doba ma tylko 24 godziny.