Elu, Niu7nia, bardzo miło, że podchodzicie do mnie ze zrozumieniem. Ja prę do przodu i staram się nie oglądać za siebie, choć mam świadomość, że przeszłość pozbawiła mnie wiary w siebie i pokochania własnej JA. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem (choć czasami mi się zdarza). Lepiej iść do przodu i starać się być lepszą, jak najlepsza matką i żoną. jednak w spełnianiu tych "zadań" zapomniałam o sobie. pozwoliłam sobie wejść na głowę. Jednak trafiłam na super psychoterapeutkę i Kochającego mężczyznę, którzy pomagają mi wierzyć w siebie (to tez nie łatwe). Zresztą My Kobiety mamy chyba tak "w naturze", że za wszelkie niepowodzenia rodzinne winimy siebie. Sama nie raz zadaje sobie pytanie jaka muszę być zołzą, skoro mój mąż woli garaż, osobne łóżko... Z drugiej strony mówię sobie STOP! Może i jestem zołzą, ale widocznie coś lub ktoś wpłynął na to, że nią po prostu muszę być, by przetrwać.
Rożnicę widzę, gdy przy mężu rozpłaczę się z niemocy lub podniosę głos - to wychodzi z pokoju. Gdy zachowam się tak przy moim Ukochanym - łapie mnie za rękę, patrzy głęboko w oczy i pyta co się stało. Potem przytuli i informuje mnie, że jest gotów w każdej chwili porozmawiać. i nie ma problemu, naprawdę dużo przeżyliśmy (nie chce pisać o jego osobistych problemach, ale moja depresja przy jego problemach jest blada) i dużo potrafiliśmy znieść dzięki serdeczności.
Dziewczyny, zdaję sobie też sprawę, że gdyby mój maż tu usiadł i o mnie pisał, to być może wzięłybyście jego stronę. Być może...
Rożnica miedzy nami taka, że ja już nie raz (kiedyś) wyraziłam, że mi go brakuje w domu, on natomiast zachowuje się wobec mnie "jesteś to dobrze, a jak cie nie ma to drugie dobrze". Owszem zrobi kawę, ja poproszę to ustawi dvd na nagrywanie itp. Ale nie ma uczucia między nami.
Jakiś czas temu mieliśmy pożar (palił się TV). Gdyby nie teściowa, to nie dałabym rady wynieść TV na podwórko. Dzieci stały w pokoju i zaaferowane patrzyły. Dymu pełno, ja się zaczęłam dusić. Wyniosłyśmy TV. Po wszystkim skomentowałam, że gdyby nie ONA, to chyba musiałabym wybiec z dziećmi na dwór i wołać straż pożarną. Dziś mój ślubny skomentował - mama mi powiedziała, że ty zamiast ratować dom to chciałaś wziąć nogi za pas razem z dziećmi. Próbowałam mu wytłumaczyć, że w "obliczu tragedii" dla mnie ważniejsze jest zdrowie i życie dzieci i pierw bym je wyprowadziła na podwórko. Mąż skomentował - może i masz rację, ale nic nie szanujesz i nie umiesz wyważyć co ważniejsze. Przecież dom jest drewniany i by się spalił. Odpowiedziałam mu - Takie zdanie masz ty i twoja mama, macie do tego prawo. Jednak ja ponad wszystko przedkładam dobro dzieci. Zauważ mój mężu, że dom odkupisz, telewizor odkupisz, a dzieci nie odkupisz.
Nie powiedział nic.
Przepraszam, że tak biadolę, ale czasami scyzoryk się w kieszeni otwiera. Mam wrażenie, że ta teściowa materialistka tak go zmanipulowała, że on nawet nie jest tego świadom. Poniekąd mi go szkoda. Jednak ja mimo życiowych "problemów" próbuję sie ratować choćby poprzez psychoterapię, on ma to gdzieś, bo uważa że jest najrozsądniejszy na świecie.
Dobranoc Kobietki. Ponarzekałam sobie, ale jeszcze spać nie idę.