W sobotę spytałam kiedy podpiszemy umowę, odpowiedziała, ze jak przyślą z Warszawy.
Rano odbierałam kasę z długiem -20 zł (nie wiem, gdzie podziała się reszta, bo było więcej).
W południe przyszła kierowniczka i pod koniec pracy spytałam jak mam się rozliczyć z kasy, skoro miałam nie swój dług. Odpowiedziała, że jak do tej pory dziewczyny składały się "na pół". Spytałam jak moge brać współodpowiedzialność, skoro dług nie jest mojego udziału. Mówiła, że jakoś to ogarniemy, pomyślimy - będzie szukać błędu.
Rano zaczęłam pracę na kasie, każdą złotówke wpłacana przez klienta wpisywałam co do grosza, by maszyna wyliczyła mi resztę (mam pewność, że nie pomyliłam się). Np. jak ktos dał 68,04 - to tak wpisywałam.
Koło godzi. 14 kierowniczka kazała mi iść coś porobić na końcu sklepu a sama weszła na moją kasę i tam pracowała. Zauważyłam, że jak klient fdaje jej np 55zł i 23 grosze to ona wpisuje 50 i resztę liczy "w pamięci" i domniemam, że może się pomylić, ale nic nie mówiłam.
Na koniec pracy było znów brak 9 zł.
Powiedziałam jej, że nie za bardzo rozumiem dlaczego pracujemy naprzemiennie na moim haśle, bo jak byłam na szkoleniu to tamta pani powiedziała, że nikt nie ma prawa wejść na moją kasę, po to sa 2 kasy, by kazdy pracował na swojej.
nic nie zrobiłam, ona tez nic nie odpowiedziała. Myślę, że ona mnie wywali w końcu, a swoją droga ja będę szukała innej pracy, bo co to za sens codziennie dokładać średnio po 10 zł.
Pracowałam od liceum z pieniędzmi i NIGDY nie miałam manka!
Teraz pracuję od poniedziałku, z czego 2 dni przy kasie i ciągle coś.