Dziewczyny, załamałam się. Przyszła podwyżka czynszu z 4 na 10 zł. Mamy domek i teraz czynsz będzie wynosił niecałe 1100zł! Gdyby to jeszcze było w mieście. Ale tak, za byle czym muszę jechać autobusem. Ceny dali nam takie jak w centrum, a nawet wyższe, bo tam mają w to wliczone ogrzewanie. A my nic! Są piece, nie ma gazu. Dlatego też ten czynsz już jest pomniejszony o 10%.
Mój mąż dał mi łaskawie po drodze do przedszkola 13 zł i tym mam wojować z dziećmi na festynie. Może jakoś będzie, bo są fanty po 0,50 zł i po 1 zł, więc trochę dzieci poszaleją, ale nie za wiele. Na koniku nie pojeżdżą, bo w zeszłym roku kosztował 5 zł.
Mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mam pracy, ale do tego doprowadził mnie mój mąż, jak mnie pobił. Miałam stanowisko "reprezentacyjne" i z taka twarzą nie mogłam reprezentować firmy.
Wzięłam potem tydzień zwolnienia, bo zachorowałam na pęcherz i załatwiałam się z co chwilę (w pracy ubikacji nie miałam pod ręką) i w dniu w którym przyszłam, dostałam wypowiedzenie. Pani dyrektor powiedziała, że wie, że to fikcyjne zwolnienie, a poza tym mam problemy w rodzinie i ona czekała, bym się ogarnęła. Nadal byłam "rozkojarzona" i pani dyrektor nie mogła tego dłużej tolerować.
Miałam ogromny żal do tej kobiety i do moich koleżanek. Kilka miesięcy wcześniej miałam zabieg w szpitalu i zamiast być po nim miesiąc na zwolnieniu, to po tygodniu poszłam do pracy, bo nie chciałam obciążać koleżanek.
Potem, jak dostałam od życia "manto" (choć siniaki zeszły to psychicznie dochodziłam do siebie 3 miesiące), to dostałam kopniaka od tych koleżanek. One nie chciały mnie zastąpić przez tydzień, ale wcześniej, gdy jedna z nich "randkowała" to brałam dodatkowe dyżury i zostawałam w pracy po godzinach.
A dziś jestem bez grosza, bo potem miałam nawrót depresji i "wycofałam się" z rynku pracy.
Czuję się jak niedorajda.
Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę poświęcała zdrowia na rzecz pracy.
Teraz mi smutno - jadę do przedszkola na festyn. Jak odbierałam dzieci, to pani pytała czy będziemy, mówiłam, że nie, bo brak kasy (z nia gadam o wszystkim). Teraz pojadę i pewnie będzie mi głupio. Przecież nie powiem, że mąż coś dał. W sumie to go rozumiem, bo opłaty są wysokie. Ale z drugiej strony to jestem na niego zła, bo dzieci mają swoje pieniądze, ale mąż schował je u siebie na koncie (bo przecież ja bym ukradła).
Smutno mi. Dawno powinnam stad odejść, bo się tylko męczę psychicznie. Pani psycholog powiedziała, że traktują mnie jak pomoc domową, a nawet gorzej, bo do pomocy powinno mieć się szacunek. A ja głupia mam dylematy, jak poradzi sobie mąż, gdy będzie sam, czy powinnam odejść, czy za wiele osób tym nie skrzywdzę. On się nade mną nie rozczula. Chciałabym umieć się "obrazić".
Idę poprawić makijaż.
Do zobaczenia wieczorem.
Przepraszam za te wywody.