Kurde już wątki mi się mylą ...
Median, witam w klubie.
Czasem fajnie tak w tym dole poleżeć, nie? No zwyczajnie jest to człowiekowi potrzebne ... tak się skatować.
Marynarko, ja mam podstawy przyczynowo-skutkowe.
Szczegóły:
Psychofag nie ustwał w wysiłkach przedłużając agonię nieuniknionego. Przed zawarciem aktu i zwłaszcza po nim psychofagował mnie na modłę - jestem skłonny przejść kwarantannę, jaką sobie życzysz, czekac na odległość albo całkiem blisko, moje uczucia są jasne i sprecyzowane, zrobię wszystko, co będzie niezbędne do uratowania NAS.
Oczywiście z im większą rezerwą się spotykał, tym większe miał parcie na mikrofon. Ale co mi filmów powłączał o cudownej odmianie i resuscytacji trupa o imieniu "nasz związek", to powłączał (jak zwykle ze szkodą dla mojej psyche).
Kolejne otrzeźwienie nie kazało na siebie czekać, ale nie będę wdawać się w szczegóły. Przyszło i już, a wraz znim długo przeze mnie wyczekiwane nadejście posiłków ze strony zdrowego instynktu samozachowawczego. No bo jak już logika i rozsądek nie działają, to przyszły siły pierwotnej natury. W niedzielę jakoś tak stałam się jakby trochę innym człowiekiem - coś ostatecznie pozamykało się w mojej głowie. Stwierdziłam - ani jednego kroku dalej, dalej jest tylko urwisko. Wykonałam wszystko, co należało uczciwie wykonać na drodze ratowania czegoś co kiedyś było piękne i zdawało się mieć sens i starczy. Wieczorem siadłam i napisałam do niego bardzo spokojnego, wyważonego maila (coś na kształt tego, co niedawno go tu zamieściłam ale bardziej rzeczowo / a wtedy mu go nie wysłałam). Do tej pory wszystkie rozstania były na emocjach w stylu "spier***laj z mojego życia, gnido). Prawda jest taka, że tego typu rozstania nigdy nie są definitywne, bo ładunek emocjonalny osłabia ich moc. Bałam się przez te wszystkie miesiące postawienia sprawy właśnie tak jak w niedzielę - na chłodno, po przemyśleniu, po zważeniu. Bałam się, bo wiedziałam, że jeśli już powiem właśnie takie DOŚĆ, to to już będzie autentyczne dość i odetnę sobie definitywnie kroplówkę z jego bajeczkami, obiecankami i mrzonkami. Bałam się tego, bo on też TO WIE - kiedy ja podejmuję świadomą decyzję bez jazdy na emocjach, to to już jest decyzja ostateczna.
Jednak mój organizm całym sobą poczuł wreszcie ten moment - napisałam, wysłałam ... i wpadłam w delirkę, dół i czarną rozpacz. Ale powiem Wam tak - przygotowałam się na to tak, jak "rozsądny" samobójca. Logistycznie szykowałam się do tego już od kilku dni - wręcz zabezpieczyłam sobie front na ten moment, bo wiedziałam, że będzie źle.
- wiedziałam, że pierwszą rzeczą jaką będę chciała zrobić po wysłaniu tego maila będzie paniczna chęć zadzwonienia do niego i odwołania wszystkich tych słów - przywiązałam się do kaloryfera ,
- wiedziałam, że będą się trząść łapy i będzie płaczliwość - naszykowałam melisy,
- wiedziałam, że będę potrzebowała fachowego wsparcia na całą dobę po tym mailu - obłożyłam się maksymalną ilościa literatury fachowej,
- wcześniej konsekwentnie dopięłam sprawę z aktem nie dając mu się od tego odwieść, więc odcięłam juz ostatecznie konieczność JAKICHKOLWIEK kontaktów z jego toksyną (teraz już tylko czekam na pieniądz w banku i zaświadczenie o zdjęciu kredytu ... jak Bóg da),
- wiem, że mogę się powstrzymać od odbierania telefonów od niego,
- skusić mnie na dzwonienie do niego na pewno nie skusi - to już mam wyćwiczone miesiącami.
Cała reszta to tylko walka z objawami psycho-fizycznymi - trzęsiączka, płaczliwość, osłabienie, myśli o dośmiertnej samotności, lęki nocne. Mam nadzieję, że nie zapadnę się w czarną dziurę, bo i taki scenariusz też jest możliwy, ale wszystko mam tak rozplanowane, że pozostaje tylko działać jak maszynka i czekać na koniec detoksu.
Planowałam też odcięcie się od forum, bo tak naprawdę to takie jak ja powinny wylądować na ten czas na Księżycu i nie kontaktować w ogóle przez jakiś czas ze "starym światem", który ciagle o czymś przypomina. Jednak odcięcie sie od Was jest słabo realne , moja nowa rodzino.
Przyznam szczerze i od razu mówię - nie wiem, jaki będzie mój stan na czas naszego spotkania. Taki niefart - ostatnie spotkanie sprzęgło się z fazą ataków psychofagowych, kolejne będzie jeszcze być może pod gwiazdą detoksu. Obiecuję jednak, że zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby się podźwignąć i wyruszyć. Niewykluczone, że będzie całkiem dobrze ... ale kto to wie, co tam ta nasza psychika wyrabia. Jedno jest pewne - nie chciałabym Wam zatruć spotkania swoimi uwalniającymi się trującymi oparami a i sama mogę być totalnie nie do użytku. Gdyby co - mam nadzieję, że mi wybaczycie ewentualną absencję na L-4.