Obserwuję ten Wasz wątek kobietki od dni paru i tak sobie myślę...
Też tak patrzę po sobie, doświadczeniach, po Was i po lekturach, że psia mać. Też mnie to dopadło, w sumie dopiero co doszło do tego łba zakutego. Kochałam za bardzo, teraz już nie tak bezwarunkowo, bez okularów różowych, co ten obraz dziada wykrzywiają. Ja nie wiem, skąd to się wzięło, ale podejrzewam, że zawsze tak było, tylko ciemnica średniowieczna w głowie mówiła, że tak trzeba. Wybaczać, usprawiedliwiać nałóg ojca pojawieniem się na świecie i tym, że to pilnować go trzeba było. A przez tego ojcowskiego kutafona, dla mężczyzn to samo. Ja mu pomogę, bo on znajdzie przy mym boku to Cuś - takie nijak określone. Taki babski Grall wybawczy, co go ustatkować pozwoli, odmienić z przytupem i będzie sielanka.
A się nie da się, bo to psychole sami. Jeden zdradzał, bo sama tego chciałam (kolejne idiotyczne argumentowanie świństwa). Płakałam, trwałam i patrzyłam jak zdradza raz drugi, jak zapija się. Ja odchodzę, niby dobrze, ale strach zostaje i to poczucie winy, że ja taka zła, że on nie chciał tak naprawdę. I ja mogę mu pomóc, wystarczy tylko, że dobra będę wystarczająco. Że posprzątam koło niego, chociaż z rodzicami pępowina do śmierci mu chyba nie odpadnie. Bo on nieuleczalnie chory, bo umiera. I umierał tak, że z życia korzystać mu się zachciało, moim kosztem się bawić i męczyć, dręczyć sms'ami - gdzie teraz są, co robią. A co mnie to obchodziło? Bolało tylko mocno, jak ktoś by mi twarz obierakiem do pyr pochlastał. No, ale z tego się wyleczyłam.
I dupa, wyszło dobrze. Teraz to widzę i widziałam to już tuż po rozstaniu, jak poklepałam go po ramieniu i odwróciłam się w paskudnej kurtce jesiennej lata temu prawie dwa. Krótko się do kupy zbierało dziewczę, głupoty jakieś robiłam - odreagowałam. Szybko i skutecznie. Setki zakupów, paczek ze sklepów internetowych, czego nie robię prawie wcale.
Uzależniające takie związki potrafią być. Wdeptać w glebę - za słowami Tarantelli. Tak, że może się wydawać, że tylko ten On ci jeden wyciągnąć nas może z korzeniami, chociaż to taki palant jeden, co tylko się przyssie i stękać będzie słowami miłości pełnymi, w między czasie klepiąc po zadku inną.
A teraz to jakoś tak inaczej. Niby normalny związek mam, ciężkie chwile przechodzi, ale przynajmniej już nie z takich akcji jak wcześniej. Jest normalnie, ale co to znaczy normalność, kiedy garściami brałam do siebie patologię nazywając ją miłością? Kontrolę zaufaniem i oddaniem? Ależ ja durna byłam, durna, że hej.
Dupę mam mocniejszą, ołowianą, ale też się kurde mol łamię czasem. Boję się, że historia się powtórzy, że ta karuzela jest jak pory roku - nieuchronnie wrócić muszą. Nikt nie chce cierpieć po raz n-ty, bo źle się wybrało, bo wybawić mogłyśmy, a ten potraktował tak i nie inaczej. Wyskoczyć da się z tego?
Też się łapię, że z tego wszystkiego pała ze mnie cynizm głębinowy w niektórych sytuacjach. Zimno i oschłość, ale widocznie tak trzeba. Przynajmniej czasem. Ale teraz znowu - Pan z ciężką przeszłością, cięższą niż moja. Nie był do końca szczery, a ja te sobie luki wypełniłam nader trafnie i zaatakowałam z rozbiegu, aż nie ma miejsca na tłumaczenia "bo chciałem dla Ciebie dobrze". I o tyle dobrze, że już nie przepuszczam takich łatek mimo-kieszeni. Kiedy chce się zbudować coś, trzeba być szczerym i wzajemnie się pogodzić z tym, co było. Zwłaszcza, jeśli ma się już jakieś lata na karku - niekoniecznie obfitujące w siwiznę
Takie proste, a te ciule nie kumają. Ja nie wiem skąd oni się biorą, ale na pewno nie z Marsa. Chyba z czarnej, intelektualnej dziury.
Może jest jeszcze dla mnie szansa. Może ten jeden związek okaże się nie taki toksyczny jak tamte, może wyzbędę się tego strachu i nie uzależnię się znowu, chociaż za późno chyba. Jestem szczęśliwa, ale to całe cierpienie, którego doświadczyłam zostawiło nieodwracalne ślady na wątrobie. I leżeć będzie, czasem się siły nie ma, kiedy jakieś obawy znowu zaczynają z nieba mi opadać.