Nie nadążam z pisaniem, a ilekroć usiądę do komputera, kot mi siada na kolanach do głaskania. Kiedyś jak pracowałam wg.niego (i obiektywnie) za długo, siadał mi na klawiaturze albo rękach, które na niej były.
beosa
W tym, co piszesz przewija się coś w rodzaju zawodów. Tu nie chodzi o to, kto wygra. Nie w tym rzecz też, by mu dokopać, albo że potem Ty będziesz radośnie przechadzać się szczęśliwa i piękna wiejską ulicą. A on będzie leżał w rowie, a wszystko to będzie okraszone zdziwieniem sąsiadów - a jednak nie mieliśmy racji (na czele sąsiadów, będzie przepraszająca Cię teściowa).
Jemu może być, ba...jemu jest całkiem dobrze w tym maraźmie. Tutaj chodzi o Ciebie, Twoją radość, szacunek do siebie, kochanie się, spokój, bezpieczeństwo. Jeśli można mówić o wygraniu lub przegraniu - to wygrać możesz Ty, osiągając to. Wygrać nie z nim, a ze swoim uzależnieniem. Póki będziesz za nim się obracać, będzie Ci trudniej. Musisz go olać.
No i widać, że on Ci się najzwyczajniej w świecie podoba, jako mężczyzna. Wiem, to trudne.
Liv4, beosa
Gdzieś w różnych zalecanych artykułach przeczytałam, że potrzeba związku, jest potrzebą pierwotną i ją w pierwszej kolejności zawsze będziemy chciały zaspokoić, właśnie też kosztem czasem strachu, braku bezpieczeństwa itp. Ale nasze potrzeby (tak jak i te żywieniowe, czy seksualne) możemy zgodnie z tym, co faktycznie dla nas dobre, regulować.
Tęsknić będziemy. Dlaczego za nimi - bo byli ostatni, jeśli byłoby więcej ważnych mężczyzn w życiu, to oni by się pojawiali w naszych wyobrażeniach, tęsknotach. Tam można wstawić wielu facetów.
Ja na razie nie tęsknie
Ale wiadomo, przyjdzie. Nauczyłam się dzielić z innymi. Buduję relacje przyjacielskie z kolegami (bliskie), z koleżankami (nie z jedną jedyną przyjaciółką na zabój), Wami, mamą, tatą, bratem, kuzynostwem kotem - to są jeszcze efekty starych terapii, które wdrażam w życie. Toksyczny epizod madrycki nieco mi to zakłócił, ale też zrozumiałam jakie to jest ważne. Mieć taką siec relacji, strać się o nie. I już wiem, że żadnego faceta nie można postawić potem na piedestale, on może być tym najbliższym, ale tamte trzeba utrzymywać - wtedy chyba może będzie trudniej się uzależnić.
Ile z Was ma faktycznie dobre relacje z większą ilością ludzi (na różnych poziomach)? Już kiedyś pytałam też o to, że nam w większości "lepiej" w towarzystwie mężczyzn. Zabka-k napisała, że jej tak - ma dokładnie taką strukturę znajomych, jaką do niedawna miałam ja. Moim zdaniem dla kkzb charakterystyczną.
hm....
O co chodzi z tym perfekcjonizmem? Tak sobie pomyślałam, że to też taki głód bycia kimś kim się nie jest. Znowu brak osadzenia w tu i teraz.
agnes87
Rozumiem, że jesteś rocznik 87, tak? Czyli jesteś bardzo młoda. Musisz się koniecznie leczyć, przejść całą terapię. Odcięłaś się od toksyka, za chwilę będzie cudnie, będziesz czuć się rewelacyjnie, że wręcz uznasz, że jest po problemie. Znowu się zakochasz i będzie jeszcze wspanialej. A potem z BARDZO DUŻYM prawdopodobieństwem, obudzisz się w kolejnym toksycznym związku. Wiem, przerabiałam (4 takich za mną, z czego najłagodniejszą wersją był były mąż minisadysta, a może właśnie najgorszą). Ucz się na moich błędach. Zresztą jest nas więcej, które były w więcej niż jednej takiej relacji - np. zabka-k.
BÓL
Jedna z moim byłych terapeutek pokazała i zrobiła coś co chyba, będzie mi służyć całe życie. Przyszłam raz prawie się dusząc z bólu (po tym, jak zdradził mnie poprzedni toksyk i niby odszedł nie odchodząc, bo przecież ja mu chciałam wybaczyć - potem jak już po mojej wielkiej podróży się wyzwoliłam, zrobił te stałe numery z kwiatami, stosem listów, sterczeniem pod domem itp.). No i tak przyszłam do niej i za wszelką cenę ten ból w sobie próbowałam zatrzymać. Jeju jak bolało. A ona mówi, żebym dała mu przepłynąć, że wie, iż mam wrażenie, że jak mu pozwolę płynąć, to będzie tak silny, że mnie zabije (tak, tak...tak mi się wydawało), ale to nieprawda, on wtedy stanie się słabszy, a jak go duszę to się kumuluje. I zrobiłam tak. Niesamowite, ale miała rację, ból przepłynął, i mnie nie zabił. Zaczełam tak robić za każdym razem, gdy się kumulował.
agnes87, nie bój się. Największą krzywdę robi nam ból, który dusimy. Kumulujemy. On potem szaleje i odbija się na naszych relacjach, życiu, czyni nas też niezdolnymi do kochania. Zabicie uczucia bólu, daje też zabicie uczucia miłości (generalnej) - uczuć nie da się zabić wybiórczo.