Oczywiście, że tak, ja na tą terapię jeździłam 50 km na wariata gospodarując przerwę w pracy popołudniu, spóźniając się i na terapię i potem do klientów (pracowałam w te dni, w których była - a korzystałam w NFZ od 9 do 22, 22.30 czasem nawet). Czasu na nic innego potem nie ma, w dni, w które wracam wcześniej pracuje w domu i nawet z kotem - bo on jest jedynym, któremu mogę poświęcić czas, pobawić się nie mogłam nawet i się na mnie wściekał.
O dbaniu o mój własny dom, bo my też to robimy, nie powiem
Dlatego rozumiem w stu procentach, a dzieci to nie kot przecież,ale o dziwo potrzebę bliskości okazuje.
Ale one mają jedną matkę. I warto jednak może czasem pozmieniać priorytety, bo jednak fajnie by miały zdrową mamę.
Wymówek znajdzie się mnóstwo, ale zawsze można się jakoś zorganizować, Ty to wiesz najlepiej.
Chciałaś się z winy karalucha rozwodzić?
Hmm...to nie jest czasami takie zupełnie nie do udowodnienia, zależy na jakiego sędziego trafi. Żaden Sąd, chyba że dzieci są chore, nie będzie kazał małżeństwu trwać dla dobra dzieci, skoro małżeństwo razem nie funkcjonuje, a dzieci muszą oglądać wzajemną oschłość rodziców. Jeśli on się zgodzi, dostaniecie rozwód. Jeśli nie, zaczną się schody, ale tez nie takie nie do przejścia.
Jako przykład podam rozwód, w którym sąd stwierdził, że winną rozkładu pożycia jest kobieta (w końcu było bez orzekania, bo mąż w ostatniej chwili zmienił zdanie - jednak w uzasadnieniu podali, że winę ponosi ona), bo poszła na studia i na tych studiach zmieniły jej się priorytety, a także poziom życia, i nastąpiła między nimi różnica intelektualna przez co przestała znajdować wspólny język z mężem, zmieniła towarzystwo itp. Kobieta była już dojrzała, a dzieci prawie dorosłe.
Może jednak mogłabyś próbować, rzeczy nieuchwytne też sędziowie czasem widzą.