raki napisał/a:Ja mam się źle. Same negatywne emocje i uczucia. 
No bo sie spotkalas z trucizna i jestes podtruta !!!
I cos do poczytania z Terapii przez pisanie 
ŚWIADOMY ZWIĄZEK
Ze świadomym związkiem jest jak ze świadomym macierzyństwem ? trzeba do niego dojrzeć. Nie wydaje mi się możliwe aby w wieku lat nastu lub nawet we wczesnej dwudziestce którakolwiek z nas mogła z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że stać ją na w pełni świadome macierzyństwo. Być może istnieją gdzieś wyjątki potwierdzające regułę, ale osobiście nie znam i nie słyszałam. Identycznie jest z tworzeniem świadomego związku.
Jak sobie przypomnę siebie, to nawet w wieku dwudziestu ośmiu lat nie byłam tak naprawdę świadoma z czym przyjdzie mi się zetknąć kiedy urodzę swoje pierwsze dziecko. Mimo przeczytania ton fachowej literatury, przetrzepania Internetu, uczestnictwa w szkole rodzenia i aerobiku dla ciężarnych. Posiadałam wiedzę teoretyczną, miałam wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, a jednak kiedy przyszło na świat dziecko ? zapanował totalny chaos i spadła na mnie cała masa niespodzianek. Mogę sobie tylko wyobrazić jaką gehennę przeżywają te dziewczyny, które wiedzy teoretycznej nie mają (że o praktyce nie wspomnę). Oczywiście potknięcia są wpisane w żywot ludzki, ale akurat te ? macierzyńskie tudzież związkowe ? powodują spłynięcie konsekwencji również na osoby które kochamy najbardziej. Jak w naczyniach połączonych. Jest to ogromna odpowiedzialność, więc warto poświęcić trochę czasu na nabywanie świadomości.
Dopiero przy kolejnym dzieciaku zyskałam matczyny luz. Nie bez kozery mówi się ?trzecie to w gazetę przewiniesz?. Taka prawda. Nie oznacza oczywiście mniejszej troski czy słabszego ładunku miłości. Prawda ta legitymuje się wiedzą, doświadczeniem, spokojem, wiarą we własne możliwości ale i świadomością limitów. Własnych niedoskonałości. Dzięki temu nie powtarza się starych błędów.
I tak sobie myślę, że ze świadomym związkiem jest bardzo podobnie jak ze świadomym macierzyństwem. Pierwszy związek, często szczeniacki ? najczęściej jest nieco histeryczny, nadopiekuńczy, spędza sen z powiek. Wspominany z rozrzewnieniem często nienależnym, bo przecież jako nastka z sianem w głowie nikt nie jest w stanie ocenić potencjału ani swojego, ani maślącego się szczyla płci przeciwnej. Poważniejsze relacje następują najczęściej gdzieś między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia. Na studiach, albo w pierwszej pracy. Kobieta jest oszołomiona dorosłością, możliwością założenia rodziny, znajduje tego jedynego i wymarzonego. Jednakże w ?naszych? (w sensie blogowych) przypadkach związki te właściwie z góry można było skazać na niepowodzenie. Dlaczego? Bo wchodziłyśmy w nie mając fałszywe pojęcie na temat związku. Byłyśmy nieprzygotowane do jednego z najważniejszych egzaminów w życiu. Nie byli w stanie przygotować nas rodzice. Prawdę mówiąc właśnie ich wzajemne relacje, które powinny stanowić dla nas wzór ? były wadliwą matrycą. Mając złe oprogramowanie wdrukowane w twarde dyski chciałyśmy być mądrzejsze. Zbudować ?na przekór?. Nigdy nie być ?jak własna matka? albo nie mieć za męża takiego kogoś ?jak własny ojciec?.
Niektóre z nas, próbowały jeszcze kilkukrotnie i za każdym razem finiszowały z ręką w nocniku. Efekt ten sam, mimo różnorodności wybieranych partnerów. Kobieta prędzej stwierdzi, że ?wszyscy oni tacy sami?, niż wpadnie na pomysł, że problem tkwi w niej.
Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że swego czasu miałam identyczny schemat myślenia. Winę za swoje nieudane relacje zrzucałam wyłącznie albo na partnerów, albo na jakąś tajemniczą bliżej niesprecyzowaną siłę, która powoduje że bezbłędnie wyłuskują mnie z tłumu a ja lecę jak ćma do ognia.
W momencie kiedy zdałam sobie sprawę, że to JA jestem źródłem wszystkich moich problemów ? przyznam szczerze ? wcale mi nie ulżyło. Nie poczułam się również lepiej. Wprost przeciwnie, decyzyjność była przytłaczająca. Poczułam prawdziwą współodpowiedzialność za tamte nieudane relacje. Za ich nieciekawe zakończenia. Bo okazało się nagle, że ?sama chciałam?. Nawet jeśli nie do końca zdawałam sobie sprawę z podświadomych motorów wpływających na moje decyzje. Kiepskie dzieciństwo stanowi okoliczność łagodzącą, ale w tym przypadku nie zmienia wyroku. Właściwie to na początku osiągania stanu świadomości, przyznanie że miało się kiepskich rodziców którzy skutecznie pokrzywili emocjonalny kręgosłup, powoduje nagły wzrost rozżalenia i poczucia niesprawiedliwości. Często jest to uczucie tak bolesne, że wolimy z powrotem uciec w stan nieświadomości traktując prawdę o rodzinnym domu jako niepotrzebny emocjonalny masochizm. Nie jesteśmy w stanie zmienić przeszłości, nie podoba nam się pozycja małoletniej ofiary. Budzi się słuszny bunt.
Niestety tej pozycji w osiąganiu samoświadomości nie można ominąć bez przepracowania jej. Nie chodzi o taplanie się w żalu i obwinianie często niczego nieświadomych rodziców o swoje własne błędy. Chodzi o genezę tych błędów, o ich drzewo genealogiczne. Kiedy zdamy sobie sprawę co nami powodowało kiedy dokonywałyśmy fatalnych życiowych wyborów ? będzie z górki, co nie znaczy że łatwo. Pogodzenie się z bolesną przeszłością i nadanie jej właściwej rangi, pomoże zamknąć tamten okres raz na zawsze. Stanie się on tylko etapem, ciężkim stromym podejściem do następnego obozu na trasie. Wszystko boli, ale niedługo nie będziemy odczuwać zakwasów, a jedynie satysfakcję z dobrze zrobionej roboty, która jest tylko częścią całego procesu.
Wróćmy do świadomego związku. Moim zdaniem owa świadomość wyniesiona z mądrych książek, publikacji, Internetu, warsztatów czy terapii ma za zadanie wydobycie z Ciebie wszystkich pozytywnych i negatywnych cech, a następnie nadanie im określonego kierunku i miejsca w Twoim życiu. Służą temu różnego rodzaju ćwiczenia interpersonalne, rozmowy - również te wirtulne, wreszcie pisanie - do którego ciągle i nieustannie zachęcamy. Słowo pisane dużo łatwiej przeanalizować zarówno autorce jak i czytającej, można wyłuskać z tekstu gdzie tkwi podświadomość a gdzie premedytacja. Mając informacje o samej sobie, o swoich możliwościach, zaletach, wadach i limitach będziesz w stanie określić czy w ogóle, a jeśli tak, to jaki typ relacji jest dla Ciebie najlepszy. Masz wiedzę w teorii, właściwie codziennie ją trenujesz na swoim najbliższym otoczeniu. Na przykład: asertywność, stawianie granic, współmierność w dawaniu i braniu. To niemal jak szkoła rodzenia na żywo. Komfort jest sporo większy, bo nie ma presji czasu. Nie musisz się wyrobić w dziewięć miesięcy. Masz przyjazne środowisko, stajesz się pewną siebie kobietą.
Taka kobieta tworzy świadome związki. Nie mam na myśli związków tylko i wyłącznie damsko-męskich. Mówię także o relacjach z dziećmi, rodzicami, familią, przyjaciółmi, znajomymi, współpracownikami, etc. Taka kobieta zdaje sobie sprawę z ciężaru gatunkowego każdej z nich. Wie o następstwach grzechu zaniechania, braku konsekwencji czy niewspółmierności w dawaniu i braniu. Wie ile czasu i pracy wymaga budowanie prawdziwych więzi międzyludzkich, w których nie ma miejsca na kłamstwo, zdradę czy brak lojalności. Dzięki doświadczeniu, do swojego najbliżego otoczenia zaprasza wyłącznie osoby do których ma zaufanie i przy których czuje się bezpieczna.
Odnośnie konstelacji damsko - męskich pozwolę sobie powrócić do porównań macierzyńskich; świadomy związek w fazie startowej jest jak pierwsze chwile po porodzie. Trochę śmieszno, trochę straszno. Działanie opiera się głównie na instynkcie, bo rozum jest bombardowany hormonami szczęścia. Dlatego tak ważne jest wyrobienie w sobie prawidłowych nawyków. Jeśli masz przepracowaną przeszłość i byłaś na tyle odważna żeby przyznać się przed samą sobą do popełnionych błędów ? droga do wytrenowania prawidłowych odruchów stoi przed Tobą otworem. Możesz przyjąć metodę małych kroczków, możesz spróbować rzucić się na głęboką wodę ? wszystko zależy od Ciebie.
Czy to nie jest piękne uczucie? Jesteś wreszcie sterem, żeglarzem, okrętem. To jest Twój najlepszy czas. Najlepszy ? bo świadomy.