Wcale się nie dziwię Raki temu co napisałaś. I że tyle 
Nie wiem, czy uda mi się jakoś w miarę składnie odpowiedzieć na wszystko - ale postaram się 
Człowiek, im więcej przeżył, im więcej siebie poznał dotąd, im bardziej starał się już wcześniej zdrowo żyć - tym więcej ma wątpliwości do siebie samego kolejnym razem. Całkiem zasadnych. Czy właściwie w ogóle to co myśli, przeżywa, czuje - nie jest przewrażliwieniem? Że przecież tak wiele spraw przepracował i przemyślał, wdrożył i zastosował. Tak - i znowu popełnił błąd? A może nie da się inaczej? Może życie to sztuka popełniania błędów? Może sztuka kompromisu?
Według mnie nie. Bo analizując swoje życie od nowa, okazuje się, że kolejny raz granica została w wielu sprawach postawiona w niewłaściwym miejscu. Tylko teraz w innym, którego się nie spodziewaliśmy?
Czy aby napewno wszystko co przeżyłam dotąd było takie samo? Nie, stąd znajdując się znowu w innych miejscach i sytuacjach, niestety popełniam błędy. Ale to są inne błędy - tak na mój wzgląd. Bo jeśli jeden błąd przepracowałam i już podobnego nie popełnię, to niestety, nie zauważam innego.
I zaraz mimo wszystko dochodzi do głosu - zamiast odrobiny zdrowego rozsądku - wielka chęć i pragnienia
Oczywiście mam prawo je mieć. Ale nie za wszelką cenę. A już napewno nie za cenę siebie.
Do momentu w którym ktoś SAM świadomie nie zaczyna czuć się w danej relacji czy miejscu źle - nie uważam, iżby celowym było naprowadzanie go na jakikolwiek trop
Jeśli mi źle, jeśli czuję się zbytnio zraniona i skrzywdzona, jeśli wpadam w depresję a wokół mnie jest chaos jedynie widoczny - to jeśli ja sama mam chęć, ja coś z tym zrobię. Jeśli nie chcę - nie zrobię i będę w tym tkwić. Albo nigdy nie zacznie mi to przeszkadzać, albo kiedyś zacznie.
Ale znowu wracają marzenia, wewnętrzne pragnienia. Może ja wiecznie przesadzam? Może ja jestem nadwrażliwa i nie oceniam sytuacji realnie? To skąd ten ból? Jestem chora psychicznie? Mam problemy emocjonalne? On jest chory? Co jest?
Ano co jest - owa ewolucja, tak? Bo zarówno i w związku mam prawo się zmieniać, jak i poza nim, na gruncie zawodowym. Wiem, widzę, jak wielu ludzi się prześlizguje. Ano cóż - akurat my do nich nie należymy i nie jest to negatyw, ale pewnie osobom bardziej świadomym - troszkę trudniej. Ale nie gorzej 
Nadmieniłaś o tej sielance. Może właśnie o to chodzi Raki, żeby przede wszystkim po wsze czasy zarówno zapamiętać, że nie ma żadnej gwarancji dla jakiejkolwiek relacji, bo zawsze biorą w niej udział minimum dwie osoby, z których tylko jedną jednak tylko znasz. Po drugie, zapamiętać, że masz prawo zmieniać zdanie, światopogląd i to co lubisz i to co akceptujesz. Po trzecie - masz prawo sama ze sobą określić - czego chcesz bardziej w danym momencie. Bo jeśli spełnienia tego wewnętrznego jednego pragnienia - to ok, ale ze świadomością, że to może być odroczenie w czasie. Jeśli zakończenia relacji - to już, definitywnie. Ale na coś warto się zdecydować. Bo może brak tej decyzji bardziej powoduje bezsilność i to się wzajemnie nakręca?
Nie wiem - ja z jednej strony także chciałabym móc "ufać" i "kochać wiecznie". Ale nie dla zasady już... Bo ja akurat na tym "wtopiłam". Pewnie jest to możliwe, nie neguję. Ale nie z nim. Gdzieś tam napomykałam - może i by było możliwe, gdyby coś ze sobą w kontekście swoich problemów zrobił. Ale nie zrobił, a ja nadzieją żyć nie umiem. Miałam ją, nie powiem - ale ileż można. Ja za niego chcieć nie jestem w stanie 
Tak właśnie - pamiętam pierwszy raz, kiedy publicznie się przyznałam że nie wiem, jaka jestem
I naprawdę najwięcej satysfakcji daje mi odkrywanie siebie
A jak ja czasem się potrafię rozkosznie zapętlić próbując wyrazić cóż to ja mam na myśli mówiąc że mi się to czy owo podoba
To jest właśnie ten pozytywny, optymistyczny aspekt w tej całej wewnętrznej rozróbie. A jak miło czegoś się samemu w końcu o sobie dowiedzieć
Albo przypomnieć coś sobie o sobie 
Wiem, wiem, jak jest z Tobą w pracy
I ja też np. wcale nie mówię, że moja praca nie daje mi satysfakcji. Wręcz przeciwnie cenię ją sobie. Ale cenię już też siebie w tej pracy
Zastrzegam - asertywna to ja też jeszcze na stałe nie jestem - choć bywam
Zdarza się. Więc jeśli nie masz, obawiasz się że nie masz życia osobistego - to może właśnie poszukaj go? Może najprzyjemniejsze jest szukanie? Ja szukam powoli
Już nie chcę niczego zrozumieć szybko - bo rozumiem jedynie przez chwilkę. Jakby tak.... Zaczęłam delektować się chwilką
Każdą
I tym, co z niej mam 
Ja też mam ochotę czasem nie mieć siły
I czasem odrobinkę mi się zdarza już nie chcieć jej mieć i powiedzieć o tym głośno
Nawet jeśli wiem, że i tak dała bym radę
To wtedy ja sobie może jednak zrobię herbatkę (taki mój sposób na zatrzymanie się, zanim się puszczę do biegu
).
Nie wiem co Cię naprawdę przeraża, ale.... Kiedyś przeraziło mnie coś tam, wydawało się coś tam, zdecydowałam że tak chcę i że decyzję podejmuję świadomie i że jej naprawdę chcę. Tak, oczywiście chciałam już w końcu mieć własną rodzinę, kochającego męża i dzieci. I być szczęśliwa. Mieć dom po prostu.
Bo wypróbowałam wg mnie już wszystkie sposoby na swoje szczęście. I poprzednie małżeństwo, i bycie samą potem kilka lat i potem ujmijmy to "cieszenie się życiem" i ponownie bycie samą. I wszystko nie było tym, co dawało mi na dłuższą metę szczęście. I tak reasumując.... Pewnie - ja wcale nie chcę być sama
Oczywiście, że chciałabym się przytulić
Jestem kobietą. Ale ani nie za wszelką cenę ani nie na chwilkę. Nie potrzebuję już nadmiaru emocji, które potem powodują totalne wyplucie. A teraz dodatkowo nie czuję się na tyle stabilnie, by pakować się w jakiekolwiek związki. Na wszystko przychodzi czas 
Chcę umieć zawsze wybierać zdrowo. Tego chcę. Nie chcę się zbierać po raz kolejny do kupy. To zależy tylko ode mnie. Mam prawo zmieniać też zainteresowania. Mam prawo zmieniać gusta. Mam prawo zmieniać styl. Mam prawo do własnego zdania. Mam prawo żyć tak jak mnie to życie nie będzie sprawiać bólu. Mam wręcz obowiązek. Mam prawo się potknąć i wstać 
Sztuką jest trafić dokładnie w środek tarczy. Ja dotąd nie trafiłam - a więc potrenuję dalej, ale z jeszcze większą świadomością 
Może gdzieś się tam w Tobie zafiksowało, że ciężką pracą i staraniem obu stron można dopiąć swego? Ale nie wszyscy przecież są tacy, jak Twoim rodzice. Nie wszyscy potrafią, albo chcą współpracy. Przecież sama widzisz, że teraz - w dobie konsumpcjonizmu - łatwiej jest powiedzieć koniec, niż walczyć. Tyle, że tu trzeba dołożyć drugą kwestię - nikogo nie zmusisz do chcenia a bycie wbrew sobie i ze szkodą dla siebie - to gwałt na sobie samym. Każdy musi znaleźć swój złoty środek
A szukanie chyba jednak .... jest miłe 