To teraz rzecz najważniejsza i najtrudniejsza - odpiszę zabce-k. I odpiszę coś dla mnie ważne. Tak mnie to w metrze naszło, a potem na ulicy w słońcu. Dziś jest bardzo ciepło 
Toć to zadanie od terapeuty. Nie jest pozbawione sensu, przeczytasz poniżej.
zabka-k napisał/a:Kupę mięsa zaliczyłam, niejednokrotnie, To jest to, do czego przyznawać się jest mi trudno. Przeszłam wszelkie etapy dochodzenia do siebie. Z alkoholem włącznie. Do paru innych rzeczy także się nie chcę przyznać.
Ale wstajesz. A wiesz co? Sztuką też jest upaść, potem ewoluować. Pomyśl, że niektórzy tak kurczowo trzymają się powierzchni, że tylko mogą się na niej ślizgać. Oni nie mają szans na wyjście, na zmianę, na czucie i milion innych rzeczy.
zabka-k napisał/a:Zacznę od syfu. 
Z jednej strony - tak - Happy ma rację. Ewidentnie. Takie sytuacje, zdarzenia, należy traktować jak totalny syf. Dogłębny. Bo jak jest dogłębny syf, to przychodzi świadomość, że nic gorszego nie ma prawa już się więcej w życiu zdarzyć. Że nie pozwolisz na to!!!! Nie Ty - świadoma, inteligentna dziewczyna! Bo wiesz, że potrafiłaś i umiesz, tak jak kiedyś, znaleźć w sobie siłę, by z syfu się wygrzebać!
Z drugiej - to nie syf, bo "drzewiej" było gorzej. Nie doszłaś już do tego stadium, nie. Życie, jeśli nawet nie uważasz że Ty sama, nie pozwoliło dojść do tego totalnego syfu. Więc czemu ciężko, ciężej niż poprzednio? Bo dobrze wiedziałaś, bo widziałaś wiele, bo byłaś świadoma - i pofrunęłaś - wyyyyysoko! I spadłaś. .... Nie mam czasu na upadki. Potknięcia mają prawo mi się zdarzyć, bo ideałem nie jestem - ale jestem mądra i inteligentna i mam intuicję i MAM DO CHOLERY JEJ UFAĆ! Bo ona mnie nie zraniła 
Wiedziałam, wiem, jestem świadoma. Widziałam od pierwszej sekundy. W trzeciej godzinie powiedziałam jego przyjacielowi (który na drugi dzień już nie był jego przyjacielem...a taka wielka przyjaźń CZERWONE ŚWIATŁO), jaki on dokładnie jest - nie myliłam się. No trochę może tak. Dlatego też, że wiedziałam, ani on nie jest aż tak toksyczny (toksyczny jest, nie oszukujmy się), ani ja sobie jednak na przekroczenie pewnych granic nie pozwolę. Może bardziej się powinnam właśnie na tym skupić, co wiem o sobie.
Ale w życiu może być gorzej. Głupotą jest wiara, że od teraz to już do końca życia będzie sielanka. Zycie to szczęście przeplatane bólem. A może daj sobie czas na upadanie - upadanie, nie tkwienie latami w czymś takim. Relacja zawsze jest ryzykiem - powinnam to zaakceptować, nawet jak facet będzie nie-toksyk, może braknąć miłości, porozumienie i takich tam różnych. Jak wyrażam uczucia przed kimś i przed sobą - pozwalasz sobie na nie, nie będziesz w czymś takim uwięziona długo - nie będzie tego przetrwania na siłę, a czysta i jasna sytuacja, że jest Ci źle, a tak nawet nie wiesz.
zabka-k napisał/a:Pamiętam, jak uczepiłam się jego ręki, ... Tak, bo wyreżyserowany plan się powiódł. ...
Jak wszystko może być udawanie piękne. A gdzie bycie sobą? Tylko żeby jeszcze wiedzieć, jakim się jest naturalnie, skoro w sumie wszędzie to jest gra, a sam-na-sam odreagowywanie tej gry.
zabka-k napisał/a:Ja też mam problem z pracą, pisałam.... Robię bo muszę, po najmniejszej linii oporu, Raki - a tak szczerze... Jesteś DDA - po poprzedniej terapii doskonale wiesz, że w pracy jesteś nad wyraz ceniona. I że - wprost - nie masz grama asertywności, ambicje zawodowe masz ponad miarę, jesteś samowystarczalna, każde potknięcie w pracy wyzwalało dotąd niesamowite pokłady energii by jednak z niego silę do wybrnięcia.... Brak życia prywatnego przekuwamy w sukcesy zawodowe, ta namiastka spełnienia daje nam szczęście. Tak? Zbiegło się - Twoje ambicje i Twoje życie osobiste. Szczerze? Po najmniejszej linii oporu też jestem ceniona
Wiem, ja to mówię po pół roku. Ja zainwestowałam już w każdej pracy tyle.... Czas zbierać żniwa...
Ja wiem co jestem warta i moi przełożeni także
Ile jestem warta, ja i moja wiedza, wie też właściciel
Mogą zrezygnować, ich sprawa, bo w życiu zawodowym nie ma KONWENANSÓW, jest interes. Tylko i wyłącznie. Ja umiem zacząć od sprzedawania marchewki, nawet teraz - z trójką dzieci. Wiem, ja już mam za sobą pól roku
Ty też będziesz miała 
Jestem rewelacyjna. Jestem dobra. Jestem ceniona. Wydaje się, że czego nie dotknę to staje się złotem (ale to mój spory wysiłek), choć też mam i talent. Moja pozycja zawodowa - ekstra, a nawet nie umiem jej docenić. Wiesz ile osób chciałoby być tam gdzie ja jestem (mówimy o pl).
I wiesz jaki mam problem? Że ja niewiele mam tam jeszcze do zrobienia, potrzebuje przeszkód, zmian trudności...zajęcia się czymś nowym, wyzwania ponad miarę. No i jestem tu, dzięki temu mogę połączyć siebie i nowe doznania z rozwojem zawodowym (taka moja koncepcja). Tylko nie mam sił. Klops. A do tego ochoty już tak pędzić.
Moje życie osobiste nie raz się przecinało z zawodowym - totalny chaos, a ja o dziwo na końcu umiałam wybrnąć - nawet terapeutka się dziwiła. Może ja chaosu potrzebuję, by funkcjonować?
Pytanie? Czy ja mam życie osobiste jeszcze... (będzie kontynuacja).
Tak. Mam siłę. Wiem o tym. Co więcej, wiem świetnie, że jakbym to jeszcze przeciągnęła trochę, to nadal mam siłę by z tego wyleźć i wyjdę i na pewno nie będę tkwić do końca świata lub latami. To przerażające. Poza tym mam też świadomość czasem własnej bezsilności...
DLA SIEBIE... i ta MOTYWACJA.
Wiesz dlaczego mam myśleć o tym związku szczęśliwym? Bo ja nie mam takiej namacalnej, uczuciowej, prywatnej motywacji. Nawet samej siebie - bo ze mną nie jest tak źle, dużo dla siebie zrobiłam - też tak życiowo, osobiście. Większa jest by w tym tkwić, niż by z tego wyjść. Motywacja zawodowa mi się skończyła i.... I mówię sobie- Kochanie, zrób to dla siebie, nie pozbawiaj się środków do życia, nie komplikuj go, zadbaj o to co masz. Z drugiej strony mam świadomość, że nawet jak stracę wszystko, wszystko, wszytko to sobie dam szybko radę - a ile zajęć w tym dawaniu rady będzie, jakie biegi. To mnie napędzi.
I gdzie to sedno... Ja robię dla siebie. Robię codziennie. Wstaję, jem, sprzątam, gotuję, piorę, zarabiam, pracuję wszystko, co o czym pomyślisz, a co się da, robię dla siebie. Sama mieszkam już ponad 3 lata. Najpierw mnie napędzał jeszcze pierwszy toksyk, ale został wypędzony. Z tym dużo i długo było na odległość, w ogóle jakby w realnym mym życiu nie uczestniczył, czyli ćwiczyłam dogłębnie bycie samą. Teraz czasem coś w markecie kupiłam, bo wiem, że lubi (i to było miłe, że zrobiłam zakupy nie myśląc na co mam ochotę tylko ja). I cokolwiek, ktokolwiek Wam nie powie, to nie jest różowo - tak dla siebie. Na studiach też mieszkałam sama, ale to była zupełnie inna rzeczywistość, uwierzcie. Czasem gotujesz dłużej niż jesz. Ja lubię gotować, bardzo, ale ile możesz w kółko dla siebie (w Polsce po prostu zaczęłam jeść w barach). Ja wiem, co to znaczy, wszystko robić dla kogoś lub dla nas. Rozumiem większość z Was, które dla siebie nic nie robią prawie. Poza tym dla siebie idę na spacer i pobiegać, dla siebie czytam książkę, dla siebie wyjeżdżam. Cokolwiek nie kupuję jest - dla siebie.
By zrobić autentycznie coś dla siebie, trzeba najpierw robić dla kogoś. Wtedy ta książka i chwila w łazience inaczej smakuje.
Nie chodzi o użalanie się nad sobą. Ja naprawdę jestem w świetnej sytuacji.
Mogłabym czas zagospodarować pracą, ojej jakbym szaleńczo biegła dalej. Ale powiedziałam sobie dość - ja chcę mieć życie prywatne. No ale co robić...rozwój... no też pomysł, ale ile (jestem już taka rozwinięta). Podróże, zapędzasz się w kozi róg organizacji, wyjeżdżasz i od nowa.
To, że mnie tak trudno się od niego oderwać, to fakt, że natknę się na totalną dziurę w moim życiu emocjonalnym. Mam rodziców, przyjaciół (wszystkich daleko, ale ze mną są - jednak każdy z nich ma własne sprawy). On jest. A nawet, jak prawie nie było z nim prawie kontaktu przez miesiąc, dwa...to wisiał w powietrzu, istniał. Mogę robić dużo dla ludzi, ale robię już w pracy, zaangażuję się w coś jeszcze to znowu braknie przestrzeni na życie osobiste, które.... nie istnieje. To mnie tak przeraża... ta dziura, z którą będę musiała się w najbliższym czasie zmierzyć... pomyślcie ile dodatkowo czasu poświęcacie na "niebycie z toksykiem", to też zajmuje. Nawet tego nie będzie, bo wiem, że on zniknie tak szybko jak się pojawił.
I kilka historii. Myślałam, że poznałam tu dziewczynę, która jest kwintesencją szczęścia w samotności. Wyjeżdża dużo i często. Bawi się. Mówi, że nie chce mieć dzieci i męża (ma już 40), że dobrze jej samej itp. itd. Zachwyciła mnie. Ja chcę mieć rodzinę. Ale rzeczywistość okazała się inna.... po pracy dziennie jest na siłowni po kilka godzin, bo... "mam popołudniu tyle wolnego, że nie mam co zrobić z czasem", co jakiś czas wdaje się w pobieżne romanse i seks na jedną noc, poza tym, jak tylko w kraju jest jej niedoszły mąż, z którym zerwała zaręczyny, to śpi u niego (ale nie z nim), spędza czas... hmmm tworzy otwarty związek (?) i gdzie tu ta piękna samotność? Właściwie z nim jest.
"zimny drań" Następny szczęśliwy samotny. Lat 44. Podróżnik i fan wszelkich sportów możliwych. Usytuowany, nieprzepracowany. Świetnie nauczony organizować sobie czas. Szczęśliwy samotny. Tyż kłamstwo. Na wiecznym haju kilku zakochań i płytkich relacji, nadziei że ta kobieta będzie ową jego życia. Non stop tak naprawdę w związku(ach).
I mogłabym dalej przykładzić. Jak dodać do tego ponad 80letnią wdowę, która się dniami całymi zajmuje wnukami, i mówi koleżance, by nie narzekała na swojego starego, bo jak go zabraknie, zobaczy jak będzie jej trudno.
I na koniec powiem szczerze. Nie wiem, gdzie mam szukać motywacji. Stąd pewnie ten pomysł (psycholog), by to było w nadziei na przyszły związek i rodzinę. I naprawdę czasem w mojej głowie się rodzi, że może warto z karaluchem jednak zawrzeć tę transakcję, zresztą temu też się godziłam na jego zasady - by... było coś. Chociażby było z kim wyjechać i nie płacić za hotel jak za zborze, z kimś się uśmiechać, jak zwiedzasz. Bo raz, drugi, trzeci można samemu i dla siebie, ale potem to nie smakuje.
zabka-k napisał/a:Ale Happy przyleciała z przesiadkami do Polski
A my na pewno postaramy się Ciebie przytulić 
Mam i przytulam.